Dziwny świat, świat ludzkich spraw…

11/6/2021

Zaczynam pisać, jest 1 listopada. Święto Zmarłych. Tu, w Ameryce, dzień jak każdy inny.  Nawet dla moich dorosłych dzieci nie ma specjalnego znaczenia. Dla mnie – dzień wspomnień, pamięci o zmarłych rodzicach, o tych wszystkich co już od nas odeszli. O tradycji, którą – może to dziwnie zabrzmi, lubiliśmy w Polsce jako dzieci. Nie kojarzyła się nam wtedy ze śmiercią i przemijaniem. Ten temat był odległy i abstrakcyjny.

Groby rodzinne nie sprawiały uczucia bólu. Były raczej melancholią listopadowego mglistego dnia, poczuciem rodzinnych więzi, spotkań przy grobach, wieczornych spacerów oświetlonych niesamowitą łuną bijącą od palących się zniczy i świec. Ta poświata widoczna była daleko, wiele kilometrów od cmentarzy. Nawet małe dzieci wyczuwały, że to dzień ciszy i szły grzecznie za rękę z rodzicami, obserwując cudowne ogromne chryzantemy – białe, żółte, złociste. Czasem lekko fioletowe. I dziesiątki lampek, lampionów, świec. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam zaraz przy wejściu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, długi grób Nieznanego Żołnierza i ogromną ilość świec zapalanych od rana aż do zamknięcia cmentarza przez przypadkowo przechodzących tamtędy ludzi. Pamiętam, jak bardzo każdego roku intrygowało mnie to – dlaczego..? Aż wreszcie zdobyłam się na odwagę i zapytałam Mamę, czyj to grób i dlaczego tam tak DUŻO świec.. Nie wiem ile mogłam mieć lat, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiorowa mogiła i że nie znamy imion tych ludzi, że byli żołnierzami, że zginęli podczas wojny i nikt z ich rodzin tu nie przyjdzie… Tej nocy beczałam długo w poduszkę nie mogąc zasnąć i nie umiejąc uporać się z dziecięcym smutkiem. Opowieść Mamy i wspólny grób nieznanych mi ludzi przemówił do mojej wyobraźni bardziej niż groby rodzinne odwiedzane wspólnie z rodziną. Myślę, że właśnie wtedy pojęłam pierwszy sens odejścia człowieka ze świata żywych. Od tego czasu zawsze jak wielu innych ludzi i ja pierwszą świeczkę na Rakowickim Cmentarzu zapalałam na grobie Nieznanego Żołnierza. 

Jedyne zachowane, bardzo stare zdjęcia z czasów sprzedaży świec i zniczy w harcerskich akcjach „Znicz” (myślę, że to zdjęcia ma już ponad 50 lat:)

Później, gdy byłam już zapaloną harcerką, czas listopadowego Święta kojarzy mi się z akcją “Znicz” (chyba tak się nazywała..) czyli sprzedawanie różnego rodzaju świec i zniczy, na kilka tygodni przed Świętem Zmarłych, koło cmentarza i na Kleparzu przez nasz Szczep “Harnasie” w celu zarobienia pieniążków na obóz letni. Ta akcja była wtedy bardzo popularna i wiele innych szczepów harcerskich w niej uczestniczyło. Wszystko było legalne, za odpowiednimi zezwoleniami, które załatwiali nam rodzice czyli “Koło Przyjaciół Harcerstwa”. Była to grupa rodziców, zorganizowanych i dobrze działających, pomagających nam w różnych akcjach. Coś na wzór komitetów rodzicielskich w szkołach. Wcześnie rano zabieraliśmy z garaży z tymi rodzicami pudła zniczy, stoliki i ustawialiśmy się przy wejściach do cmentarza albo na Kleparzu. Marzliśmy okrutnie, bo zazwyczaj o tej porze roku było już zimno, a my mieliśmy “warty” kilkugodzinne po dwie-trzy osoby. Rodzice pomagali nam i donosili gorącą herbatę w termosach i kanapki. A my byliśmy bardzo zadowoleni, bo na taką akcję oficjalnie zwalniano nas z lekcji szkolnych. Szkoła nie była za bardzo chętna, ale jakoś było to wpisane w porozumienie szkoły i organizacji i dyrekcja szkół tolerowała takie nieobecności jako usprawiedliwione. Byliśmy młodzi, radośni, uśmiechnięci, ludzie lubili harcerzy i chętnie od nas kupowali znicze. To były dobre akcje i przynosiły niezły jak na owe czasy zarobek na wakacyjny obóz. 

Miodek turecki- uwielbiany tradycyjny przysmak sprzedawany na stoiskach przy cmentarzu.

1-go listopada w Krakowie była jeszcze jedna “słodka” atrakcja, którą zapamiętałam na całe życie. Przed wejściami (a były dwa) na Cmentarz Rakowicki, oprócz stoisk z kwiatami i zniczami, były stoiska z “miodkiem”. Czasem nazywano go “miodkiem trupim” częściej jednak – tureckim. Był to po prostu karmelizowany cukier z dodatkiem pokruszonych różnych orzeszków, aromatów i barwników. Miał smak miodu, był twardy o wyglądzie nieregularnej bryłki, zazwyczaj o jasnym prawie białym kolorze. Z czasem pojawiły się inne smaki i kolory. Jako dzieci, uwielbialiśmy ten przysmak! Czekaliśmy cały rok na dzień kiedy się wreszcie pojawi a rodzice pozwolą nam go kupić i to nie tylko jedną paczuszkę (rożek, bo tak go sprzedawano, w celofanowym papierku w postaci rożka przywiązanego cienką kokardką) a przynajmniej dwie, trzy porcje na następne kilka dni.   

Słyszałam, że miodek wciąż jest i sprzedaje się tak samo dobrze dziś jak kiedyś, tyle że ja nie byłam już na Święcie Zmarłych w Polsce od 30 lat. Wstyd mi się przyznać, wstyd mi samej przed sobą, ale jakoś nigdy nie zmobilizowałam się, żeby odwiedzić groby najbliższych w ten wyjątkowy dzień. Kiedy przyjeżdżamy do Polski, zawsze pamiętamy o grobach rodziców. Ale nigdy nie zapaliłam im świeczki w dniu listopadowego święta… Co mnie powstrzymuje od tej wizyty? Dlaczego boję się tam być właśnie  tego dnia? Mam wyrzuty sumienia i równocześnie każdego roku odrzucam od siebie decyzję wyjazdu do Polski w tym czasie. Nasi rodzice odeszli, gdy my już mieszkaliśmy w Houston. Mam dziwne uczucie, że nie potrafiłabym udźwignąć ciężaru tego święta tam w Krakowie, że Święto Zmarłych, jakie zapamiętałam, to zupełnie inne święto.  Takie.. “nie-personalne”. A to, które mogłabym przeżyć teraz, gdybym pojechała do Polski, po raz pierwszy w życiu musiałabym zaakceptować jako Święto MOICH Zmarłych.. Jestem dorosłą, prawie starą kobietą i wciąż “NIE pochowałam” własnych rodziców.. 

Jednym z najpiękniejszych miejsc – wspomnień na krakowskim cmentarzu Rakowickim jest grobowiec Jana Matejki. Symbol krakowskich artystów . Tu każdy Krakus przystanie, zapali znicz, poduma przez moment. Ten grobowiec stoi na środku głównej alei i nikt nie przejdzie tędy obojętnie.

Świat uczuć jest dziwny. I trudno się nam przyznać do wielu myśli i uczuć. Boję się zaakceptować fakt, że jak każdy człowiek tak i moi najbliżsi mają swoje groby.  I nic tego nie zmieni. 

Takie rozważania nachodzą mnie każdego roku o tej porze.  Choć zazwyczaj zawiłości uczuć i skomplikowane przemyślenia potrafię samej sobie dość jasno wytłumaczyć, tak w tej kwestii od lat nie mogę sobie poradzić. Cóż, każdy ma jakieś wady, słabości. Ciche strony w zakamarkach własnego umysłu.  Nikt nie jest idealny. Nic w życiu nie jest białe albo czarne. Jest milion odcieni szarości i problem w tym, że większość z nas ich nie rozróżnia i nie potrafi ich w sobie odczytać.  

W czasach mojej młodości wszyscy zachwycaliśmy się piosenką Czesława Niemena “Dziwny jest ten świat”. Muzycznie, niezwykle nowoczesne opracowanie, natychmiast stała się hymnem naszego pokolenia. Słowa tego utworu elektryzowały przesłaniem rzuconym ludziom. Piosenka miała swoją premierę w 1967 roku. Były to czasy wojny w Wietnamie, ciągłych konfliktów społecznych w Polsce, wydarzeń marcowych ’68..  

“Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła..” – wołanie Niemena miało szczególne znaczenie. Porażało prawdą tamtych  czasów, szokowało niezwykle dosadnymi słowami, ale tak naprawdę z perspektywy minionych ponad 50 lat od pierwszego wykonania tej piosenki wiemy, że słowa te są ponadczasowe i odnoszą się do każdego z nas. Do każdej zwykłej ludzkiej sytuacji. Wtedy upatrywaliśmy w niej powiązań politycznych, manifestu wolności i sprawiedliwości. Dziś przywodzą mi na myśl zwykłe ludzkie codzienne relacje. Nasze poranki i wieczory, domowe i przyjacielskie układy, zmagania z samym sobą i z własnymi słabościami. 

Kiedy stajemy się ludźmi “z bagażem życiowych doświadczeń” (żeby nie podliczać nikomu wieku) 🙂 zaczynamy rozumieć ogrom dziejących się spraw wokół nas zupełnie inaczej niż przed laty. Widzimy zdarzenia z dystansu, spokojniej, doceniamy relacje, które nas łączą z drugim człowiekiem.  Nauczyliśmy się już odróżniać, co warto pielęgnować i jak tolerować wady innych i własne, by ochronić to, co istotniejsze niż duma, upór i własne widzenie świata. A jednocześnie, nauczyliśmy się, że mamy prawo do ochrony własnego “terytorium”, do nienaruszalnego własnego JA. Nikt już nie powinien mnie zmieniać, zmuszać i nakłaniać na swoje “podobieństwo”.  Jesteśmy jacy jesteśmy.  Zbudowaliśmy rodziny, wychowaliśmy swoje dzieci, pracowaliśmy na to długie lata. Mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jesteśmy “ludźmi dobrej woli”. 

Z piosenki Niemena: “ Lecz ludzi dobrej woli jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim..”

Nikt nie jest idealny. Ale mamy dobrą wolę. Nie ma ludzi dogłębnie złych. Są tylko tacy, co zagubili się. Złościmy się , wprowadzamy w swojej głowie stan chaosu, patrzymy na świat tylko z własnej perspektywy i wtedy często zapominamy o innych. Myślimy tylko o sobie. Zawężamy swój punkt widzenia w imię egoizmu i rozmyślamy coraz głębiej o sobie brnąc w jedną stronę..  Szukamy winnego, szukamy coraz więcej argumentów bardzo jednostronnych. I tak naprawdę ranimy siebie, bo taki sposób czucia i rozpamiętywania boli przede wszystkim NAS samych. I już nagle – świat odczuć i rozmyślań zamknął się tylko w naszej własnej głowie! Cierpimy. Boli nas. Nie rozmawiamy z nikim, nawet z samym sobą . Gubimy się. Tracimy “dobrą wolę”. Tracimy ją nie tylko wobec innych ludzi ale i dla siebie.. 

“Ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem” śpiewał Niemen. Słowa ranią i niestety wszyscy wiemy, że najbardziej i najczęściej ranimy tych, których kochamy najmocniej.  Bo zależy nam na nich najbardziej i nie potrafimy tego inaczej okazać. Błąd, który wszyscy popełniamy. Wszyscy i mówię tu też o sobie. Trudno jest spojrzeć z dystansem i powiedzieć: porozmawiajmy, nie rańmy się więcej, jesteśmy dla siebie ważni. Musimy spojrzeć na siebie z różnych stron, z każdej możliwej perspektywy.  Rozmowa to coś, co odróżnia człowieka od świata zwierząt czy roślin. Dialog to jedyny rozsądny sposób, by pokonać bariery nieporozumień i nienawiści. Zazdrości i naszej ludzkiej „inności”. Dialog uczciwy – to dobre słowo, uśmiech, zwyczajny uścisk ręki.

Ja przecież wiem, to nie jest łatwe! Każdy człowiek jest INNY. Nasze myśli i uczucia pracują inaczej. Żeby się spotkały, musi być w nas ogromnie dużo DOBREJ WOLI! Tej z piosenki i tej życiowej.  Tej, którą zdobyliśmy już w naszych doświadczeniach przechodząc w życiu przez wiele trudnych chwil. Każdy wie, że “co nas nie zabije to nas wzmocni”. Mamy już to za sobą. 

Moje życie emocjonalnie nie było łatwe.  Należę do osób wybuchowych, nerwowych i pewnie czasami nabuzowanych gorącymi trudnymi emocjami . To cechy, które ujawniają się na zewnątrz i dla otoczenia rodzinnego czy przyjaciół są łatwo zauważalne i… niełatwo przyswajalne.  Wiem o tym doskonale. Ale tak naprawdę nigdy nikomu nie życzyłam źle, nigdy nie miałam w sobie uczuć prymitywnej zazdrości, potrafiłam bardzo dużo poświęcić dla rodziny, wnuków i innych ludzi.  Praca dla innych zawsze sprawiała mi radość i często w moim życiu zdarzały się chwile, że moje działania przerastały moje własne potrzeby. 

Z dawnej perspektywy – nie zawsze to było przez innych zauważane czy doceniane. Dziś już mi to nie przeszkadza.  Dziś wiem, że to normalne. Ludzie widzą to, co potrzebują widzieć. Pewnie i ja tak kiedyś to widziałam. Myślimy dużo, wyobrażamy sobie jeszcze więcej, nakręcamy sobie w głowie różne obrazy ale… rozmawiać z drugim człowiekiem nie potrafimy.  Rozmawiamy o innym człowieku, ale nie z tym WŁAŚCIWYM Człowiekiem.

Strach? Brak słów? Trudności w formułowaniu własnych myśli, uczuć? Czasem udowodnienie sobie własnej siły wobec drugiej osoby. „Leczenie” własnych kompleksów… Pewnie wszystko po trochu. Człowiek to skomplikowana machina. Mózg i uczucia nie zawsze umieją współpracować. Rozsądek bywa czasem na zupełnie innej planecie niż nasze prawdziwe uczucia. 

Uważamy się za “normalnych” ludzi. Ale tak naprawdę co to znaczy “normalny”? Czy człowiek, który wstępuje do klasztoru i przez całe życie każdy jego dzień jest zupełnie inny niż nasz, jest NIE-normalny? Czy ktoś kto zostawia swoją rodzinę, wyjeżdża do dalekiego, nieznanego mu kraju, postanawia żyć i pomagać ludziom, którzy są dla niego pozornie obcy a potem to oni stają się ważniejsi od jego własnej matki czy siostry, jest także NIE-normalny?  Albo ktoś kto podejmuje decyzję wspinania się na najwyższe szczyty Świata mimo, że wie iż niesie to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niego i może ból i tragedię dla najbliższych. A jednak nie rezygnuje ze swoich planów…

Jak zrozumieć ludzi innych od nas? Jak znaleźć w sobie siłę dla tolerancji i zrozumienia?  Tak, świat jest dziwny. Ludzie są dziwni, bo są różni. I w tym tkwi piękno i bogactwo człowieczeństwa. Człowieka wielkiego, który dokonuje nieprzewidzianych odkryć, nieprzeciętnych dokonań dla ludzkości,ma odwagę polecieć na Księżyc, czy po prostu Człowieka  zwykłego, takiego jak każdy z pośród nas.  Pan Bóg, Los czy jakkolwiek to nazwiemy, wyznaczył nam do przejścia kawałek drogi na tej Ziemi. 

I dobrą wolę. I umiejętność wyboru. I mózg i serce. Jaki zrobimy z tego użytek – zależy całkowicie od nas. 

Cudowna nasza noblistka Wisława Szymborska pisała w swym wierszu  “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” :

..”Twarze.
Miliardy twarzy na powierzchni świata.
Podobno każda inna
od tych, co były i będą.
Ale Natura – bo kto ją tam wie –
może zmęczona bezustanną pracą
powtarza swoje dawniejsze pomysły
i nakłada nam twarze
kiedyś już noszone.”


Trochę ironicznie, z przymrużeniem oka, ale jakże sensownie.. Jesteśmy tacy sami. Jak ci co już minęli, jak ci co przyjdą długo po nas. Każdy inny a jednak podobny. Mijają wieki, świat zmienia swój wizerunek, zmieniają się wizje, priorytety, marzenia, ale człowiek pozostaje taki sam. Potrzebuje zawsze ciepła drugiego człowieka, miłości, przyjaźni, poczucia bezpieczeństwa i wiary, że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim.


BACK

Dodaj komentarz