„Właściwy czas” połączył nas w radosnej zabawie i polskiej tradycji

10/10/2021

“Czas nas uczy pogody” – tak śpiewała Ewa T. w piosence w jednej z naszych sztuk teatralnych. Ale tym razem nie o teatrze będzie a o życiu. 

Słynne zdjęcie pierwszego zebrania zarządu, podczas którego uformowało się OGNISKO POLSKIE w Houston

Był wrzesień 1994 rok. Spontanicznie, choć nic nie dzieje się bez przyczyny – powstało w Houston Ognisko Polskie. Powstało z potrzeby kontynuowania nauki języka polskiego dla naszych dzieci. Byliśmy wtedy rodzicami dzieci, które potrzebowały lekcji języka polskiego prowadzonych przez nauczycieli – entuzjastów, którzy chcieliby w soboty poza regularnymi zajęciami w szkole amerykańskiej, dać dzieciom polskość w takiej postaci, by sprawiała im radość, uczyła języka, zbliżała do tradycji i kultury ich rodziców.  Tak zrodziła się idea Ogniska, która w szybkim czasie zaczęła spełniać wielowymiarową rolę. I o jednej z tych ról dziś opowiem. 

Od pierwszych dni powstania szkoła dla dzieci  była fantastyczna, szybko potem dołączył do jej działalności polski Teatr. A wszystko to zaistniało dzięki magicznym warunkom, które grupa ludzi napotkała na swej drodze życia. 

 “Wszystko ma swój właściwy czas..” często wracam do tej  harcerskiej sentencji, którą kiedyś, dawno dawno temu, ktoś ważny napisał mi na chuście harcerskiej na pożegnanie zimowego obozu. 

Dla nas, młodych Mam i Ojców, w pełni sił, pomysłów i energii, lata 90-te w Houston stały się “właściwym czasem” dla zbudowania niesamowitej przyjaźni, która w różnych kręgach z różnym nasileniem trwa do dzisiaj. I choć energia już w nas nie ta, radość dawnych spotkań a przede wszystkim wspomnienia, które nas łączą są wciąż wielką siłą emocjonalną. 

Długo myślałam co w tamtym czasie w Ognisku jednoczyło nas najbardziej. Najłatwiej powiedzieć – wszystko! Nasze dzieci, praca dla nich, wspólne wyjazdy, wycieczki, biwaki, festiwale, szycie kostiumów na występy, spotkania świąteczne, tańce dzieciaków, muzyka, przedstawienia teatralne. Ale – przecież nie można tak o wszystkim wspomnieć na jednym oddechu!  Życie jest sztuką wyboru. Pisanie jest wyborem. Wspominanie jest fragmentem odczuwania, otwarciem “szufladki”, która dziś przepełniła się myślami… więc otwieram moją szufladkę naszych szalonych imprez Ogniskowych!

Będzie dziś o tym jak organizowaliśmy w Ognisku, dla nas – dorosłych zwariowane spotkania Halloweenowe, polskie tradycyjne Andrzejki, Bale Sylwestrowe i Ostatki czyli tradycyjne zakończenie karnawału. Zapytacie, skąd taki wybór? Pamiętam… byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy szaleństwa, dobrej zabawy, ale też łaknęliśmy czegoś polskiego. Byliśmy na tyle dojrzali i odpowiedzialni, że rozumieliśmy potrzebę utrzymania polskości w swoich rodzinach, bliskości polskich przyjaciół. A te właśnie imprezy dawały nam szansę połączenia tych potrzeb razem. No i prozaiczna konieczność..  Musieliśmy szukać sposobów na zbieranie pieniędzy na potrzeby szkoły, a zabawy dla dorosłych zawsze przyciągały dużo chętnych. Tak więc sami przygotowywaliśmy każdą imprezę za darmo (bo przecież dla naszych dzieci) 🙂 płaciliśmy za bilety wstępu, zachwycaliśmy się bufetem i barem, potem bawiliśmy się świetnie wszyscy razem, a na koniec zabieraliśmy się do sprzątania, też razem. W ten sposób osiągaliśmy cel potrójnie – wspólna praca, wspólna zabawa i jeszcze pieniążki dla szkoły.

Halloweenowe migawki

Byliśmy jak wulkan! Jak kilka wulkanów naraz!  Bardzo szybko podzieliliśmy się na grupy “fachowców” od gotowania, dekoracji, zakupów, muzyki a potem już łatwo wciągaliśmy nowych do pomagania jednorazowo lub wielokrotnie.  Zaczęliśmy od Halloween. Dzieci oczywiście miały swoją imprezę, bo nawet polska szkoła nie mogła tej tradycji ominąć. A  dorośli, tak jak dzieci – przygotowywali swoje najbardziej wymyślne kostiumy na wieczór, by zaskoczyć innych, by wygrać konkurs na najśmieszniejsze, najbardziej pomysłowe przebranie.  Mieliśmy wielkie ambicje uszycia czy zrobienia kreacji, które z żadnym wypadku nie byłyby kupione w sklepie. Koniecznie coś specjalnego, wyjątkowego, nietypowego, zaskakującego!  Pamiętam kilka niesamowitych inwencji. Ania S. stworzyła sobie kostium jesienny tak piękny i kolorowy, że dech zapierało!  Rysiek S. zdobył gdzieś oryginalny mundur rosyjskiego żołnierza z ogromną ilością prawdziwych orderów. Twierdził, że jest rosyjskim generałem, wierzyliśmy mu tylko na okoliczność nocy halloweenowej. 🙂 Mnie udało się kiedyś dostać od koleżanki, z którą pracowałam przez krótki czas a która pochodziła z Ghany, jej narodowy strój łącznie z turbanem na głowę. Był szeroki, długi i przypasował świetnie mojemu mężowi.  Całą “ekipą rodzinną” pomalowaliśmy mu twarz  w kolory plemienne z buszu (według całkowicie naszej wyobraźni!) i jako wódz mało znanego albo raczej nieistniejącego plemienia “Tumbo- Bumbo” zrobił na wszystkich duże wrażenie. 

Niezmienną i zawsze pojawiająca się u nas  postacią był Presley, zawsze też miał swoje “pięć minut” muzycznego występu, bo jakże mogłoby być bez tej tradycji?!  Bywali u nas szejkowie, ludzie z prehistorycznych pieczar i diabły i korsarze. Kleopatra i klaun, czarownice i Indianie. Janek K. wystąpił jako zakonnica a Młodzi przybyli prosto z wysp Hawajskich. 🙂

Kilka tygodni wcześniej  załoga organizatorów rozpoczynała pracę nad dekoracją, instalowała muzykę, przygotowywała zawsze dobrze zaopatrzony bar. A nie było to łatwe. Proszę sobie uświadomić, że Ognisko nigdy nie miało swojego miejsca, w którym mogłoby takie imprezy organizować. Zawsze trzeba było dobrze “pogłówkować”, żeby wynająć miejsce, zrobić zaproszenia, dowieźć dekoracje, jedzenie, naczynia.. Dzięki zaangażowaniu każdego z nas udawało się zlepić wszystko razem i zawsze wychodziła fantastyczna impreza! Jedni załatwiali nam wypożyczenie swojego klubu osiedlowego, inni godzinami tworzyli dekoracje na ściany, dmuchali dziesiątki balonów, gotowali bigos, piekli schab, robili śledzie i co tylko można było wymyśleć. Każdy COŚ.  Niełatwa jest rola organizatorów w takich warunkach. Trzeba wiele zaparcia, czasu i wielkiego pomyślunku organizacyjnego. I chęci. Chęci, których nam wtedy nie brakowało. A przecież wszyscy pracowaliśmy zawodowo, każdy z nas miał dzieci w wieku szkolnym, byliśmy z wielkim życiowym biegu i znajdowaliśmy czas na pracę społeczną i wspólną zabawę. 

Każdego roku pomysły na kostiumy były bardzo kreatywne

Kilkuosobowy zarząd Ogniska a przede wszystkim nauczycielki, cztery niesamowite szalone kobiety – to była czołówka, która nie ustawała ani na chwilę w coraz to nowszych pomysłach, niewyczerpanych sposobach pozyskiwania chętnych do pomocy w pracy, znajdowania kolejnych przyjaciół i sponsorów Ogniska, zawsze dobrych rad, ciepłych słów, i pozytywnych fluidów rozsiewanych wokół. Krąg dobrych ludzi rozszerzał się szybko. Ogniskowe ciepło ogrzewało każdego, kto do nas dołączał.  

Halloweenowe wieczory szybko przyciągnęły młodzież czyli nasze “duże” dzieci, w tym czasie już będące studentami uniwersytetów, którzy przyprowadzili swoich amerykańskich przyjaciół. W ten sposób tradycja amerykańska połączyła dwie społeczności i bawiliśmy się razem, przy okazji zbierając coraz więcej pieniędzy na potrzeby szkolne. 

Wróżenie z wosku było kulminacyjnym punktem wieczoru.

A po kilku latach – ktoś rzucił pomysł, żeby przerzucić się na polską tradycję “andrzejkową” która kalendarzowo wypada w tym samym czasie, a była polskiemu towarzystwu bliższa. I spróbowaliśmy czegoś innego. Chwyciło za pierwszym razem. Andrzejów w naszym gronie mieliśmy pod dostatkiem, otrzymali specjalne zaproszenia jako goście honorowi.  Lanie wosku przez duże ucho od klucza, wróżenie z ustawiania i wyścigu butów, wypisywanie imion męskich i żeńskich na wielkim sercu i trafianie w nie lotką z zawiązanymi oczami, wkładanie pod kubki różnych przedmiotów symbolizujących andrzejkowe wróżby np. pierścionek – zaręczyny, obrączka – ślub, kostka cukru-szczęście, kluczyk- dom, moneta- bogactwo… to były nowe atrakcje, które natychmiast zdobyły wielką popularność i całą gromadę zachwyconych taką zabawą.  Zwłaszcza udało się przyciągnąć młodzież, a dla nas to było ważne. 

Andrzejkowe czary-mary  miały podobny do halloweenowego nastrój, a jednak był to wieczór na wskroś polski.  Nie pamiętam ile razy bawiliśmy się wspólnie na imieninowych wieczorach Andrzejów, ale mam nadzieję, że wiele dobrych wróżb z naszych “andrzejkowych” wieczorów sprawdziło się pannom i kawalerom w przyszłości. 🙂

Wpis z kroniki Ogniska o pierwszym Balu Sylwestrowym – 1994/95

Od jesieni niedaleko do zimy, od Halloween i Andrzejków do magii Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku już tylko jeden krok. Szczególnie tu w Ameryce okres świąteczny to czas radości i zabaw. Tak nas rozochociły te sukcesy organizacyjno- zabawowe, że  już w grudniu 1994 roku postanowiliśmy zorganizować nasz pierwszy Bal Noworoczny. To było wielkie wyzwanie. To już nie było “tylko party”.  Trzeba było pomyśleć nie tylko o pięknym miejscu, ale o takim miejscu, gdzie będzie można usadzić gości przy stolikach, zrobić zarówno zimny bufet jak i gorące dania, jak przystało na prawdziwy polski Sylwester, i dobra muzyka. I konkurs – niespodzianka czyli coś specjalnego, czego nie było na innych balach… I najpiękniejsza dekoracja..  Czyli  – po prostu… zwariowaliśmy! Równie dobrze mogliśmy się podjąć lotu na księżyc. Ale – Ognisko potrafi! Bo Ognisko to byliśmy my. My – to grupa młodych, napalonych, nieokiełznanych, żywiołowych, brawurowych przyjaciół. Zabraliśmy się do roboty już dwa miesiące wcześniej. Spotkania, gorące dyskusje, pomysły wrzucane, odrzucane. Kawa, wino, herbata i znów wino. Czasem piwo i znów kawa. Układaliśmy menu. Grażyna M. “dyrektorowała”.. Tworzyła ekipę główną i  “podkuchennych” – do pomocy. Ania S. zajmowała się stroną artystyczną czyli dekoracjami. 

Dalej ruszyły zaproszenia i cały marketing. Wykorzystywaliśmy wszystkich, kto się tylko nawinął nam na myśl i pod rękę. I ludzie pomagali. 

Nie pamiętam kto, ale na pewno ktoś z nas na zebraniu zarządu wpadł na pomysł, że powinniśmy zainicjować jakąś specjalną, tylko naszą tradycję przypadającą tuż po życzeniach noworocznych o północy.  I wymyśliliśmy, że będą to wybory Królowej Balu. Aby połączyć przyjemne z pożytecznym powstał pomysł sprzedawania malutkich bukiecików sztucznych kwiatków w postaci przypinek dla pań, które mieliby kupować dla swych wybranek panowie. Te bukieciki każdego roku miały inna formę, Raz to były broszki, raz bransoletki na rękę. Różne kolory, różne kwiatki, pięknie udekorowane bardzo pracochłonne i… całymi tygodniami robione ręcznie przez nas!  Były to zazwyczaj malutkie różyczki, które kleiliśmy z listeczkami, wstążeczkami  i układaliśmy pojedynczo, piątkami, dziesiątkami albo po dwadzieścia pięć. Były śliczne! Robiłyśmy je przez kilka tygodni a pracowała nad nimi ekipa kilkunastu a czasami kilkudziesięciu Mam szkolnych dzieci albo nasze dorosłe córki, które także nam pomagały. Nierzadko do projektu “różyczek” włączały się nasze Mamy-Babcie. 🙂 

Nie wiem jak dawaliśmy sobie z tym radę. Przez kilka lat nasze Bale Sylwestrowe stały się tak popularne, że pamiętam, iż w dniu Sylwestra na kilka godzin przed rozpoczęciem balu musieliśmy dostawiać stoły, niechętnie zmniejszać przestrzeń pomiędzy krzesłami, bo ludzie błagali nas o bilety wstępu w ostatniej chwili.. 

Na balu około godziny 23.00 kilka młodych dziewczyn wchodziło na salę z koszyczkami i rozpoczynało sprzedaż różyczek. Panowie – mężowie, narzeczeni, wielbiciele byli bardzo podekscytowani, bardzo chcieli, by ich wybranki zostały Królowymi balu.  A każda pani przekonywała swojego “rycerza”, że warto w nią zainwestować. 🙂  Aby zostać Królową trzeba było uzbierać największą ilość ręcznie robionych różyczkowych bukiecików. 

Gdy wybijała PÓŁNOC – przerywaliśmy sprzedaż i przy dźwiękach muzyki zwiastującej nadzieję dobrego szczęśliwego NOWEGO ROKU wszyscy wszystkim składali życzenia. Najpierw najbliższym: żonom, mężom, partnerom, potem przyjaciołom bliskim i dalszym. Każdy każdemu. Szampan lał się strumieniem, mieszał się ze łzami wzruszenia, ciepłymi słowami i świadomością, że jesteśmy tu jedną silną polską rodziną.  Nie dziwota, że czas życzeń ciągnął się prawie całą godzinę, a my wciąż mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia. Było nam ze sobą dobrze. 

Jedna z kilku Królowych Balów Sylwestrowych – Basia S.

Wreszcie DJ zapraszał wszystkich do pierwszego tańca w kolejnym nowym roku, a za chwilę przystępowaliśmy do momentu kulminacyjnego naszego balu czyli policzenia różyczek i ogłoszenia kto zostanie Królową balu. Nie jestem pewna czy na naszym pierwszym balu już wybraliśmy królową i nie wiem czy pamiętam wszystkie Królowe, ale pamiętam, że przez kolejne lata królowały nam Kasia Ch, Grażyna M, Basia S, Natalia M.  Ta akcja miała dla nas dodatkowy plus, bo utarg z niej był całkiem pokaźny i stanowił dobry zastrzyk finansowy dla szkoły.  

Bale nasze odbywały się w różnych miejscach, zazwyczaj były to sale balowe, gdzie na co dzień odbywały się zajęcia nauki tańca. Był to czas kiedy jedna z naszych nauczycielek Ania G. szalała ze swoim mężem na parkietach takich sal i dzięki jej znajomościom udało nam się też skorzystać z parkietu. 🙂  Nie tylko umieścić tam naszych gości, ale także raz nawet atrakcją naszego wieczoru był pokaz tańca profesjonalnego. Staraliśmy się zawsze dodać coś ciekawego do programu naszych balów. Mieliśmy występ kwartetu smyczkowego ze Szkoły Muzycznej z Rice University, długi “przerywnik” muzyki zespołu meksykańskiego. 

Nasz ostatni bal sylwestrowy 1999/2000 zaczął się bardzo niefortunnie. Właściwie wszystko szło nie tak!  Cały świat przepowiadał jakieś katastroficzne wieści, zwłaszcza komputerowo-technologiczne, bo miała przecież nastąpić zmiana numerów z 1999 na 2000 i nikt tak naprawdę nie wiedział co może się stać, jak nagle numerki zareagują.. Chodziły już niemal histeryczne przepowiednie co i jak należy zabezpieczyć na ten moment zmiany, który – niestety – przypada dokładnie na noc sylwestrową. W związku z tym, pierwsze co się zdarzyło, to dawno już załatwiona sala w Baker College na Rice University odmówiła nam wstępu na teren uniwersytetu. Stało się to w momencie kiedy mieliśmy już wszystko załatwione i tak daleko posunięte organizacyjnie, że stanęliśmy w pierwszym momencie w bezdechu.. Wszystkie znane i dostępne nam finansowo miejsca były już pozajmowane. Ogarnęła nas panika, ale jakimś cudem znaleźliśmy coś w zastępstwie! Honor Ogniska został uratowany i balu nie odwołaliśmy. 

Ale nieszczęścia, jak wiemy , chodzą parami. 🙂  Grażyna, główna szefowa organizacyjna poparzyła sobie nogę i to tak okrutnie, że o chodzeniu nie było mowy!  Nie zapomnę takiej scenki: jesteśmy w Sams’ie, Grażyna na wózku z nogą w ogromnych opatrunkach, wyciągniętą do przodu na podpórce, Kasia L.  popycha wózek od stoiska do stoiska według Grażyny instrukcji, ja za nimi z drugim wózkiem, nakładam do niego artykuły, które kupujemy do gotowania.. A ponieważ miał być to Sylwester Millenium – po raz pierwszy mieliśmy ambicję obiadu serwowanego przez naszą młodzież, która miała pełnić rolę kelnerek i kelnerów, a  dopiero po obiedzie dołączyć do grona “balowiczów” gdy już będzie otwarty zimny bufet. 

Nie wiem ile razy odbyły się takie zakupy, nie wiem, jak i gdzie gotowaliśmy te niezwykłe dania i serwowaliśmy je dla 160 osób. Nie mam pojęcia jak udało nam się to przetrwać, zorganizować, przeżyć i dożyć Nowego 2000 Roku, bez katastrofy komputerowej, organizacyjnej ani żadnej innej. A działo się każdego dnia coś niespodziewanego, co mogło przyprawić o zawał serca. Jakby naprawdę świat chciał nam udowodnić, że organizowanie balu w takim przełomowym momencie jest szaleństwem, na które nawet wariacka “społeczność ogniskowa” nie powinna się porywać. Ale – my twardo, do przodu. Tak jak Grażyna z wyciągniętą nogą na wózku!  Siedziała zresztą w kuchni do końca wydawania  obiadu i dyrygowała wszystkimi wszystkimi, jakby była wirtuozem muzycznym. 

Każdego roku sylwestrowe kreacje prezentowały się znakomicie!

Kelnerki i kelnerzy sprawnie, w eleganckich białych koszulach i muszkach roznosili gorące dania, prawdziwy meksykański zespół sprowadzony na tę okazję z Meksyku przygrywał delikatnie do obiadu, a potem już z całą  meksykańską energią, na zmianę z naszym kochanym DJ Christianem grał do końca balu. 

Jedyne zdjęcie- błyskawicznie zrobione przez „przytomnego” w tym momencie Christiana P. Następnego dnia zostało wydrukowane i podpisane przez tych którzy kontynuowali celebrację Nowego Roku na Meeting Ln. i byli świadkami zaręczyn

Dla mnie osobiście, dla mojej rodziny ten wieczór był wyjątkowy.. Przez pierwsze dwie godziny wszyscy byliśmy bardzo spięci i podenerwowani, wiedzieliśmy, że dopiero rozluzujemy się po zakończeniu obiadu.  Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle w połowie obiadu ucichła muzyka, Christian P. przybiegł do mnie niesłychanie podniecony krzycząc “pani Mucha, pani Mucha, niech pani patrzy! On się oświadcza!”  Nie rozumiałam co on mówi.. I nagle zobaczyłam, że na scenie stoi moja córka – kelnerka w śnieżno-bialej koszuli i czerwonej muszce a przed nią klęczy Bill z kwiatami..  Tak – to były oświadczyny!  Powoli wszyscy przerwali obiad i patrzyli jak urzeczeni. Bill, amerykański chłopak mojej córki wybrał polski Sylwester 1999/2000 jako TEN moment, najważniejszy moment, by zapytać moją córkę czy zostanie jego żoną..  To była wielka niespodzianka, nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich gości. Nieplanowana atrakcja wieczoru.

Później, w damskiej toalecie, gdzie zawsze wymiana plotek i ploteczek jest szybka i ciekawa jednak z moich koleżanek powiedziała: “ wiesz, oświadczył się w obecności 160 osób. Teraz musimy być wszyscy świadkami ich ślubu.” 🙂 I niemal tak się stało. 13 sierpnia 2000 roku w podobnym choć oczywiście nie identycznym gronie, bawiliśmy na pierwszym polskim weselu pary dzieci z naszego grona przyjaciół.  Dziś takich wesel mamy za sobą już bardzo wiele, dużo wnuków, niektóre prawie dorosłe, a my wciąż tacy sami i wciąż  tak samo lubimy być ze sobą razem. Niewiele się zmieniło..

Najtrudniejszy moment nadchodził, gdy goście około godziny 2-3 nad ranem zmęczeni ale szczęśliwi opuszczali salę balową, a my, organizatorzy, równie zmęczeni i szczęśliwi zostawaliśmy z brudnymi naczyniami, stołami, zniszczoną już nieco dekoracją i musieliśmy przystąpić do sprzątania. Oj, bolesny to był moment.. Nie wszyscy potrafili to wytrzymać. Ale byli tacy, co nie musieli zostawać a dotrzymywali nam towarzystwa i oferowali swoją pomoc do końca. Wychodziliśmy  do domów kiedy jaśniał nowy pierwszy dzień roku. Czasem musieliśmy wrócić po południu żeby dokończyć sprzątania choć staraliśmy się  zabrać wszystkie “resztki” jedzenia i picia (ogromne zazwyczaj) 🙂 pozostawić miejsce tak, by profesjonalna ekipa sprzątająca mogła przystąpić do pracy. 

Po balu – czyli ciąg dalszy – Nowy Rok na Meeting Ln.

Na odpoczynek i sen po balu czasu mieliśmy niewiele, bowiem tradycją było, że kontynuowaliśmy nasz dobrze i radośnie rozpoczęty nowy rok u Grażyny i Marka w domu. Wprawdzie w bardzo zmniejszonym gronie, ale za to wśród najbliższych przyjaciół.  Już około 1 w południe pierwsi wyspani pojawiali się na Meeting Ln. i tak już było do późnej nocy. Nie wiem skąd w nas było tyle siły, tyle radości i potrzeby bycia razem!? Rozpamiętywaliśmy wydarzenia ostatniej nocy, śmialiśmy się z małych pomyłek, plotkowaliśmy o sobie i o gościach, zjadaliśmy to, co pozostało niezjedzone i piliśmy wino za naszą przyjaźń i kolejny udany wspólny bal. Niezwykły bal. Bal nasz, bal w którym razem powitaliśmy kolejny Nowy Rok. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, widzę te same twarze, które dziś nadal są ważne w moim życiu. Minęło prawie 30 lat a ja wciąż widzę moich przyjaciół wokół siebie. Już nie organizujemy balów, już nie szalejemy przez całą noc, ale to co urodziło się w tamtych latach nie odeszło z przemijaniem. Trwa…

Talenty nasze były nieograniczone! kto oglądał te wyczyny zapamiętał je na długo!

Jeszcze jedna polska “ zabawowa” tradycja zawojowała nas w tamtych latach.  Zakończenie karnawału czyli polskie OSTATKI. Amerykanie już dawno zapomnieli o świętach i nowym roku a my polskim zwyczajem na różnych mniejszych czy większych spotkaniach bawiliśmy się, bo dla Polaków (zresztą nie tylko dla nas!) karnawał kończy się we wtorek, dzień przed Środą Popielcową. A że trudno przygotować party dla większego grona pracujących ludzi w środku tygodnia, więc zorganizowaliśmy te Ostatki i żegnaliśmy każdy odchodzący czas balów w ostatnią sobotę karnawału. Ostatki Ogniskowe to były przede wszystkim polskie PĄCZKI i wymyślony przez nas POKAZ STARYCH TALENTÓW.  

Pączki – to była przede wszystkim Grażyna M. Nikt w naszej Polonii takich dobrych pączków nie robił! Cała reszta dziesiątek osób to tylko dobrze ustawiona ekipa “pomagierów” do różnych prac pączkowych. Mnie zdarzyło się być przypisaną do przewracania smażących się pączków w ogromnym garze pełnym rozgrzanego tłuszczu.  To była bardzo trudna rola! Uchwycić moment kiedy pączek ma właściwy kolor paseczka w połowie i sprytnie go obrócić, a potem wyjąć na tacę z bibułką – to nie było proste zadanie.. Innym razem dostałam przydział do lukrowania pączków i posypywania ich skórka pomarańczową. O, to mi się podobało! Były wtedy już gotowe i takie cudownie pachnące!  

Te paczki piekliśmy w różnych dziwnych miejscach: raz u Grażyny w kuchni, a raczej na zewnątrz w ogródku tuż przy kuchni.  Innym razem u mnie w domu. Przebywali wtedy u nas teściowie z wizytą, którzy nigdy w życiu nie widzieli takiej akcji, nigdy nie oglądali na własne oczy takiej ilości pączków – a upiekliśmy ich wtedy tysiąc!!  Tak, tak – nie przesadzam, było tysiąc pączków! 

1000 pączków smażonych u nas w domowej kuchni – 1996

I w dodatku Mama – teściowa cały czas brała czynny udział w ich pieczeniu choć reszta ekipy zmieniała się przez cały dzień. Nawet dzieci ze szkoły polskiej i młodzież nam pomagała. Teścia, moja córka wywiozła na wszelki wypadek “na wycieczkę”, bo trochę baliśmy się o wytrzymałość jego serca w tym tłumie i w takim pomieszaniu zapachów, ludzi, tłustej podłogi w kuchni itd. 

Jakie było nasze zaskoczenie jak to właśnie on zdecydował, że jednak pójdą z nami na party, choć wcześniej upierali się oboje z Mamą, że zostaną w domu.  Był taki szczęśliwy, gdy któraś z moich koleżanek poprosiła go do tańca, że potem “rozszalał” się ze swoją wnuczką – Kasią i jeszcze innymi. Oczy mu się świeciły łzami radości kiedy mówił do mnie: ”Gosiu, ja dzisiaj tańczyłem”.  To był jego ostatni taniec w życiu. Trzy miesiące później już nie żył…

Później już było lepiej, Grażyna miała pracę w profesjonalnej kuchni, którą mogła wykorzystywać na smażenie pączków i to bardzo ułatwiło nam kulinarne życie.   Przynajmniej już nikt więcej nie miał takiego “lodowiska” z tłuszczu jakie było w mojej  kuchni. 🙂 🙂

Oczywiście, Ostatki to nie tylko pączki, to także tradycyjny śledzik – tych mieliśmy zawsze kilka, do koloru do wyboru!  W śmietanie, w occie, w oleju, rolmopsy, z jabłkiem i ogórkiem i już chyba nie pamiętam co jeszcze tam było. A jak śledzik to i polska sałatka jarzynowa, w tym przodowała Zosia P. Ale były i inne wersje. Bigos, polskie wędliny, pasztety, rolady. Musiało być bogato i tłusto bo wiadomo – od następnego dnia post przez sześć tygodni aż do Wielkanocy.

Muzyka grała, wszyscy tańczyli, bawili się młodzi i starsi czekając na specjalną atrakcję. Bo my nie mogliśmy żyć, by czegoś specjalnego nie zaserwować naszym gościom. Kulinarnie, wiadomo  – śledzik i pączki, ale dla intelektu też coś potrzeba! 

Pierwszy Pokaz Starych Talentów zorganizowaliśmy w 1996 roku. Niektórzy buntowali się, dlaczego “starych” ale jakoś udało nam się wyjaśnić, że nie o nas “młodych” chodzi, tylko żeby było w odróżnieniu od pokazu młodych talentów w szkole polskiej, który już organizowano kilka razy. Wiedzieliśmy, że pierwszy raz  nie będzie wielu chętnych, ale zaryzykowaliśmy..  To był ten sam raz kiedy Grażyna u nas nocowała, bo musiała wstać o 3 rano by “zarobić” ciasto na pierwszą partię pączków. W piątek wieczór pojawiła się u nas nie tylko Grażyna ale także Ania G. i Kasia L. czyli cała czwórka nauczycielska, która dla przykładu (były też pomysłodawcami ) postanowiła wziąć udział w konkursie i przygotować swój popisowy numer. Miał być to taniec z piosenką “Cztery słonie, zielone słonie”. Jaka szkoda, że nie mam z tego wieczoru żadnego filmiku, bo byłby to nieoceniony materiał wspomnień! Cóż, mogę tylko zaproponować parę zdjęć, resztę polecam waszej, mam nadzieję szerokiej wyobraźni. 🙂 Myślę, że obserwacja naszej próby, wieczór pełen śmiechu radości i zabawy, zanim naprawdę miałyśmy stać się na drugi dzień “aktorkami” przekonało ostatecznie moich teściów, że warto wybrać się na nasze Ostatki. 🙂 

A mój mąż nikomu nic nie mówiąc, w sobotę rano zamknął się w pokoju, z pudłami, kawałkiem czerwonego materiału, klejem i nożyczkami i cały dzień aż do wyjścia na party ćwiczył swój własny numer. Ja jedna po cichu domyślałam się co to będzie, ale oczywiście nie wiedziałam, że tak sobie świetnie poradzi z dekoracją i rekwizytami.  Był ostatni w programie (wcześniej był numer muzyczny, piosenka Jerrego i skecz Andrzeja i Ryśka) i gdy  wyszedł na scenę (no, umowną) 🙂 ustawił sobie czerwona mównicę  ze znakiem sierpa i młota i zaczął fantastyczną parodię przemówień towarzysza Gomułki (ciekawe czy dzisiejsza młodzież polska wie kto to był??). My wszyscy pamiętaliśmy jego charakterystyczny sposób mówienia, jego akcent i głupoty, które wygłaszał. Te teksty były zresztą wycinkami jego autentycznych przemówień. Ludzie niemal tarzali się ze śmiechu, dla naszego pokolenia to był więcej niż kabaret!  Ten numer Wacek miał już dobrze opracowany i wypróbowany ale dla przyjacielskiej publiczności w Houston był całkowicie nowy. Był rzeczywiście świetny!!  Wacek wygrał bezdyskusyjnie, komisja nawet nie zastanawiała się komu przyznać 1-sze miejsce. My jako Słonie byłyśmy zawiedzione i uważałyśmy nawet, że to nie było całkiem sprawiedliwe, ale ostatecznie – zostało w rodzinie. 🙂 

Znakomita parodia „Hamleta” Wacek M w roli głównej i Kasia L jako Ofelia

Takich Pokazów Starych Talentów odbyło się jeszcze kilka. Wyrosły nawet grupy konkurencyjne jak Beatka M. ze swoim zespołem, słynny występ Osiedlowego Teatru z parodią “Hamleta” (znów Wacek w roli głównej).  I znów powtarzam – jaka szkoda, że z tego “małego śmiesznego” ostatkowego teatrzyku nie ma filmików. Dziś bawilibyście się tak samo dobrze jak wtedy. 

Właściwy czas.. Tak nazwałam w swoich myślach ten rozdział naszych wspólnych działań. Może powinnam powiedzieć – zabaw i radości. A może po prostu małej cząstki tego, co wtedy robiliśmy razem. Bo przecież działo się dużo dużo więcej. Otworzyłam przed sobą i przed wami tylko jedną szufladkę wspomnień. Tak jak czytamy jeden rozdział książki i znów ją zamykamy. Bo zamknęliśmy to, co zrobiliśmy wtedy razem.  Zostały nam wspomnienia.  Dużo dobrych i bogatych wspomnień. I wyjątkowa przyjaźń.  30 lat temu spotkaliśmy się we właściwym czasie, na właściwej drodze i stworzyliśmy właściwy sens dobrej przyjaźni, fajnego życia, szczęśliwych dni. 

Jeśli udało mi się niektórym przypomnieć dobre chwile – cieszę się. 

Może ktoś inny znajdzie swój “właściwy czas” i wykorzysta go tak my..  Życzę tego każdemu człowiekowi  z całego serca.


BACK

2 myśli na temat “„Właściwy czas” połączył nas w radosnej zabawie i polskiej tradycji

  1. Jako prawdziwy, uznany przez publicznosc i ogloszony przez jury przynajmniej dwukrotny zwyciezca Pokazu Starych Talentw a zarazem rowniez prawdziwy i uznany przez publicznosc zwyciezca wszystkich pozostalych pokazow, lecz nieogloszony przez jury, bo niby nie wypada, zeby jedna osoba wygrywala je wszystkie dolaczam sie do tego opisu lat dziewiecdziesiatych i pierwszego dziesieciolecia dwudziestego pierwszego wieku calym sercem i dusza i podpisuje sie pod nim obiemi rekoma (a moze rekami). Widze tu swietnie wylowione szczegoly i drobnostki,tyvh lat, o ktporych sie normalnie nie mysli i nie mowi, ale ktore wlasnie byly zasadniczymi punktami tego, ze nam sie tak wiodlo w tym przyjacielsko-kolezenskim srodowisku jak nikomu sie to nie moze nawet wymarzyc. Dzieki za te opisy i za umiejetnosc wywolania tego, czym to naprawde bylo.
    Wacek

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz