Europa 2021 – część II
09/14/2021
Kilka miesięcy temu w sobotnio-niedzielnych rozmowach na Skypie z Kolegowstem powstał pomysł powrotu do tradycji wspólnego wyjazdu wakacyjnego. Wybór padł na Grecję a właściwie na Kretę. W Grecji byłam wiele lat temu, w młodości, a potem jeszcze raz już z moją rodziną na rok przed wyjazdem do USA. To była piękna wycieczka choć dość „biedna” w porównaniu do dzisiejszych możliwości. ” Wdrapaliśmy się” Fiatem na boską górę Olimp, musieliśmy zostawić gdzieś po drodze małą przyczepkę, bo nasz silnik co chwilę gotował się z wysiłku i para buchała jak z lokomotywy. Widzieliśmy wtedy dużo ciekawych miejsc miedzy innymi Meteora, klasztory greckich mnichów z XIV wieku, wydrążone w skałach. Ale na Krecie nie byłam jeszcze nigdy, więc chętnie przystaliśmy na tę propozycję, zwłaszcza że Pan Kolega wziął na siebie całą stronę organizacyjną. Połączyliśmy te plany z wyjazdem do Polski i zaczęliśmy wspólne przygotowania.
Już kilka lat temu solidnie obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę leciała tzw. “tanimi liniami”. I co? – “masz babo placek”! I nie dlatego, że są niewygodne i że nie pozwalają zabrać normalnej walizki jako bagaż. Bo w końcu loty nimi zazwyczaj nie trwają dłużej jak 2-3 godziny, więc można wytrzymać w niewygodnej sztywno siedzącej pozycji. Takie teraz czasy, że niemal każde linie są już niewygodne, ciasne i jeśli nie korzystamy z klasy biznesowej czy pierwszej, to podróż samolotem nie jest komfortowa. Też nie dlatego, że bagaż jest bardzo ograniczony, bo w końcu ile rzeczy potrzebuję wziąć na Kretę na jeden tydzień, gdzie spodziewam się pięknej słonecznej pogody? Ale dlatego, że tanie linie lotnicze mają najbardziej barbarzyńskie godziny swoich lotów! Nasz lot był o 4.20 rano! I to z Katowic. Bardzo spodobało mi się podsumowanie tego faktu przez znajomego Jagi, który na wieść, że lecimy o takiej porze stwierdził, że on nigdy by z takiego lotu nie skorzystał bo – cytuję: “czy ja zrobiłem komuś coś złego??” Ja też nic nikomu nie zrobiłam złego, a jednak jeszcze raz dałam się namówić. No, ale jak to mówi przysłowie: “dla dobrego towarzystwa Cygan dał się nawet powiesić”. Ten nocny plan oznaczał, że najpierw trzeba było w lekkiej nerwowości (albo mniej lekkiej) 🙂 pakować swoje rzeczy, setki dokumentów, wypełnić dziesiątki covidowych papierów, wyjechać na lotnisko Katowice/Pyrzowice o północy, zostawić auto na parkingu u “pana Janka” i stanąć w jednej z kolejek, których było kilkanaście w malutkiej hali. Wszyscy ludzie mieli loty mniej więcej o tej samej porze i w tych samych kierunkach i tymi samymi “tanimi” liniami. Potem znów ogromnie długa, fatalnie zorganizowana kolejka do odprawy i kontroli bagażu. Nie dziwię się, że dzieciaki głośno płakały i marudziły, bo ja byłam blisko takiej reakcji.
Najbardziej zaskoczyła mnie praca obsługi samolotu. Najpierw pilot, który podawał informacje dla pasażerów w języku angielskim i polskim z taką prędkością i tak niewyraźnie iż choć wydaje się, że obydwa znam, to nie rozumiałam żadnego słowa. Ani o wysokości lotu, ani o czasie i długości lotu. Ani “życzymy miłego lotu” ani.. – zero kontaktu.. Gdyby mamrotał, bełkotał, mówił po chińsku czy w jakimkolwiek innym narzeczu świata, to brzmiałoby tak samo. Zupełny bezsens tej części jego pracy. A dwie panie stewardessy? To dopiero parodia pracy!! Przy wchodzeniu pasażerów do samolotu uprzejmie mówiły “dzień dobry” następnie, tak jak trzeba, pokazały jak odpinać – zapinać pasy i poszły na koniec samolotu usiąść na swoich małych siedzeniach. Plotkowały i to dość głośno, bez żadnego skrępowania, na bardzo prywatne tematy przez całe dwie i pół godziny. Wiem, bo siedziałam w ostatnim rzędzie, tuż przy paniach stewardesach. Mogłabym ze szczegółami powtórzyć ich opowieści. Ponieważ linie te nie proponują niczego do picia, nie mówiąc już o orzeszkach, paluszkach i kanapce, panie nie miały NIC do roboty. Na 15 minut przed końcem lotu wzięły wózek, załadowały go kilkoma produktami kosmetycznymi i dosłownie przebiegły jak w maratonie wzdłuż i z powrotem przejście pomiędzy pasażerami. Trwało to może 4-5 minut.. Gdy samolot stanął na płycie lotniska, niektórzy pasażerowie nie bacząc na kolejność miejsc poderwali się i zaczęli przepychać się do wyjścia, mimo że drzwi wciąż były zamknięte i jakiekolwiek szybsze dojście do wyjścia było nieuzasadnione, wręcz niebezpieczne i bezsensowne. A panie stewardessy nie powiedziały jednego słowa, nie upomniały pasażerów, nie przypomniały jakie są podstawowe zasady zachowania w takim momencie, co wydaje mi się, że należy do ich obowiązków pracy… Swoją drogą, chciałabym wiedzieć ile “tanie” linie płacą swoim pracownikom za taką pracę??? Dużo latałam i różnymi liniami w najrozmaitszych krajach świata ale takiej ignorancji nie spotkałam.
Ale – samolot wylądował bezpiecznie i o wyznaczonym czasie, co dla nas oznaczało już prawie godzinę 10 rano (czas w Grecji przesuwa się o jedną godzinę do przodu). Jakby nie patrzeć, lot z Katowic na Kretę zabrał nam CAŁĄ noc. W naszym superowym resorcie znaleźliśmy się po 11 godzinie, wykończeni i zmęczeni, jakbyśmy odbyli podróż co najmniej z Australii…
Po godzinnej podróży autobusem dojechaliśmy do naszego nowego miejsca zamieszkania na najbliższy tydzień. Nasz resort okazał się być nowiutki, oddany do użytku dopiero w tym roku, w lutym. Piękne nowoczesne rozwiązania, dużo wody wszędzie – baseny, baseniki w rozmaitych kształtach i rozmiarach, zarówno w sensie użytecznym jak i dekoracyjnym. Budynki tak zaprojektowane, że tworzą małe bryły, które na dole posiadają pokoje wychodzące swoimi tarasami na podłużne baseny ( można sobie w nich dowolnie siedzieć i popijać zimne drinki 🙂 Następnie na piętrze są apartamenty dwupoziomowe, gdzie na dolnym poziomie jest salon, łazienka i duży balkon z widokiem na morze i na baseny, palmy i dużo zieleni, a na górze (kręte ładne, ale mało przyjazne dla “staruchów” schody 🙂 wygodna duża sypialnia. Nowoczesne meble, dużo szkła, wygodnie wbudowane szafy, szuflady etc. W częściach końcowych segmentów budynków pokoje miały na dachu baseny “prywatne” czy raczej rodzaj jacuzzi. Nie wiem dokładnie jak to wyglądało, bo znam tylko opis od pań, które tam mieszkały. Część “publiczna” czyli restauracja, bary, hol główny równie piękne i nowoczesne. Czysto, przejrzyście, wygodnie. Obsługa bardzo miła, uczynna i.. dużo Polaków! Są także inni, ale język polski można usłyszeć na każdym kroku.
Jedzenie.. cóż .. dużo, ładnie podanie w bufecie, ale według moich obserwacji i doświadczeń – wybór jest zbyt duży, a cały czas niemal taki sam. Ale jest to pierwszy sezon po otwarciu, pewnie jeszcze nie mają zbyt wielu kucharzy i dobrze dobranego menu. Głodni nie jesteśmy, wręcz przeciwnie! A poza tym nie przyjechaliśmy to tylko dla jedzenia – zwłaszcza my NIE powinniśmy. 🙂
Nie jedliśmy też cały czas tu na miejscu w resorcie, na naszych wycieczkach i wyjazdach próbujemy lokalne greckie potrawy. Jedliśmy już wszystko co nam polecono. Mnie najbardziej smakowały maleńkie smażone rybki, które zjada się w całości nie bacząc na głowy czy ogonki. Chrupiące i smaczne, podawane jako przystawka. Pyszna jest też Moussaka – plastry bakłażana, ziemniaka i warstwa sosu beszamelowego, wszystko razem zapiekane. Niby brzmi prosto, ale ma w sobie tyle specyficznych przypraw i tak jest połączone, że na początku nie sposób odgadnąć co jemy. Grecy mają całą gamę pysznych serów, bardzo różnych od naszych, sałatki, do których te sery zawsze są dodawane, zioła najróżniejsze. Jeśli mięsa to baranina, cielęcina. Trochę widać tu wpływ kuchni włoskiej, co nie może dziwić jeśli posłuchamy historii Krety.
Oczywiście, natychmiast po przylocie rzuciliśmy się do rozglądania się wokół: baseny, wygodne leżaki, morze o cudnym kolorze granatu i fale szumiące i uspokajające MÓJ system nerwowy, 🙂 bar, zieleń.. Naszą uwagę zwróciło pięknie podświetlone drzewko oliwkowe, ładnie wyeksponowane, w centralnym miejscu, tuż po wyjściu z holu głównego jadalni. Tradycja drzewek oliwkowych na Krecie ma 5500 lat. Ma ono głęboka symbolikę i wielkie zastosowanie w wielu dziedzinach. Można o nim przytoczyć dziesiątki opowieści, kupić je w każdym sklepie, zjeść w każdej postaci. Są czarne, zielone. Rosną na drzewach przydrożnych na ulicy, w gajach i ogrodach. Są symbolem tego skrawka świata.
Oprócz tego pięknego drzewa w naszym resorcie, zauważyliśmy drzewka oliwkowe spacerując zwykłą ulicą, gdzie nikt pewnie na nie nie zwraca specjalnej uwagi.
Sezon wakacyjny się skończył więc tłumów nie ma, a poza tym ten nasz hotel to wyraźnie nowe miejsce i chyba dość drogie. Nikt nie musi wypadać rano o świcie, żeby zająć leżak, po trzech dniach już zaprzyjaźniliśmy się z wieloma osobami, głównie młodymi rodzinami z małymi dziećmi. 🙂 Połączyło nas poszukiwanie włączenia się na TV lub Internecie w możliwość oglądania meczów Polski z San Marino i Anglią. Młodzi byli zdecydowanie bardziej operatywni niż nasi panowie i w efekcie poradzili sobie znacznie lepiej, ale dyskusja o meczach, a potem o ich sympatycznych maluchach połączyła nas wymianą miłych i przyjaznych rozmów. Ciekawa obserwacja: jadąc na te wakacje spodziewaliśmy się tu większości “emerytalnych współwakacjuszy” a okazało się, że nie tylko chyba jesteśmy tu najstarsi, ale prawie nie ma tu “starszych”. Młodzi przeważali i w dodatku my starzy wcale im nie zawadzaliśmy. 🙂 To miłe!
Ponieważ Pan Kolega znany jest z tego, że nie potrafi usiedzieć na swoich “czterech literach” dłużej jak 10 minut, więc panowie jak “papużki-nierozłączki” natychmiast zaczęli biegać w celu.. albo bez celu – w każdym razie co kilka minut kreowali bardzo ważne zadania – a to zapytać w recepcji o ręczniki na plażę, a to o wycieczki, a to o wymianę pieniędzy, a to pójść na drugą stronę ulicy i znaleźć bankomat i kupić Metaxę i wodę.. Cokolwiek, by COŚ się działo. Dzięki temu, zanim na drugi dzień miało się odbyć oficjalne zebranie informacyjne, między innymi o wycieczkach i atrakcjach w tutejszym resorcie, to my już mieliśmy wybrane i wykupione dwie wycieczki, i na pierwszą z nich pojechaliśmy już we wtorek, o 5.00 rano, na Santorini. A w środę o 7.00 rano do Knossos i Heraklion.
Uznaliśmy jednomyślnie, że jednak te dwa miejsca lepiej zwiedzać z przewodnikiem, dojechać autobusami i zdać się na organizację tutejszych, niż wynajmować auto i samemu każdą z tych części organizować według własnego pomysłu. To długie i bardzo intensywne wycieczki, zwłaszcza ta na wyspę Santorini. Kilka godzin autobusem, dwie i pół godziny ogromnym promem (katamaranem) na ponad tysiąc ludzi, potem znów autobusem po wąskich drogach-serpentynach wyżłobionych w wulkanicznej skale, do miejscowości tak malutkich i tak urokliwych, że do dziś nie wiem jak ten wielki autobus był w stanie dojechać tam, znaleźć miejsce do parkowania i orientować się, co gdzie i jak..
W takich miejscach dobry przewodnik to osoba na wagę złota a my taką mieliśmy. I w dodatku, tak dużo było Polaków, że nasz autobus miał przewodnika w języku polskim. Wyspa Santorini ma niezwykle ciekawą historię. Na długo przed wybuchem wulkanu Thera, na tej wyspie już 3000 lat p.n.e pojawili się pierwsi mieszkańcy Minojczycy, przedstawiciele wysokiej cywilizacji. Niestety, wybuch wulkanu spowodował koniec kultury minojskiej, nie tylko zresztą na Santorini. Na skutek wybuchu powstało ogromne tsunami i zatopiło Santorini, sąsiednie wyspy i całą cywilizację “zmiotło” z ich powierzchni. Ponownie na wyspie pojawili się mieszkańcy dopiero w starożytności i ziemia ta przechodziła z rąk do rąk w posiadanie kolejnych władców – Greków, Wenecjan, Bizantyjczyków, Turków. Dopiero od 1830 roku wyspa należy oficjalnie do państwa greckiego.
Kolejny wielki kataklizm wyspa przeżyła w 1956 roku, gdy nastąpiło trzęsienie ziemi, zginęło wówczas ponad 800 osób, wiele domów i wiosek całkowicie osunęło się do morza a wyspa przybrała zupełnie inny kształt niż miała poprzednio. I wtedy właśnie pojawiła się idea stworzenia na Santorini oazy dla turystów. Wiele starych zniszczonych domów wykupiono, odbudowano i zmieniono na cudowne hoteliki, z basenami, ogrodami bajecznie kolorowych kwiatów, zbudowano drogi dojazdowe na zboczach gór, których 80 procent stanowi..pumeks. Tak! Ta wulkaniczna wyspa zbudowana jest z pumeksu! Wydaje się to nieprawdopodobne. Ale – jest prawdziwe!
Dziś Santorini przyjmuje tysiące turystów. Każdego dnia przesuwa się wąskimi uliczkami tłum zachwyconych obcokrajowców z całego świata. Podziwiają krajobraz, pomysłowość tubylców, właścicieli hoteli, którzy doglądają swoich posiadłości przez 6 miesięcy trwania sezonu turystycznego, a potem wyspa niemal całkowicie pustoszeje. Większość ludzi wyjeżdża na zimę do Grecji na ląd, by wrócić ponownie na kolejny letni sezon.
Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na własne zwiedzanie, ale miasteczko OLA zrobiło na nas duże wrażenie. Białe małe budynki z szafirowymi okrągłymi dachami (kopułami), wąskie uliczki, kaskady mocno różowych bugenwilli, fioletowych, białych, zielonych kwitnących krzewów i niesamowicie kolorowych sklepików – wszystko to na tle turkusowego morza w dole miasteczka sprawia wrażenie bajkowej scenerii. Oczywiście błękitne niebo, słońce i tłum roześmianych szczęśliwych ludzi. Kiedy jeszcze przewodnik dołączy do tej scenerii kilka ciekawych faktów, kilka legend, opowieści niesamowitych – nawet jeśli jest to tylko “pigułka” tej pięknej wyspy, to warto było długo jechać, długo płynąć, by przeżyć takie doświadczenie.
Później znaleźliśmy się w stolicy Santorini, Firze, gdzie również podziwialiśmy piękne widoki, kilka ciekawostek historycznych i wreszcie dotarliśmy do lokalnej restauracji na lunch. To znaczy ja dotarłam, bo reszta naszej “drużyny” po prostu – zgubiła się! Nie wiem jak oni to zrobili, gdzie patrzyli, jak szli i gdzie się zapatrzyli… weszłam do umówionej restauracji, gdzie był tłum i wielka zawierucha wygłodniałych klientów i chętnych do złapania wolnego stolika, a ja usiłowałam znaleźć moich kompanów telefonicznie i zatrzymać stolik, który zajęłam. To był duży wyczyn, bo restauracja była jak ul szalonych pszczół. Na szczęście, zguby się odnalazły, zjedliśmy bardzo dobry lunch, nawet wino udało się znaleźć nie najgorsze. Dla mnie był to ważny dzień, bo to tego dnia przypadała nasza 47 rocznica ślubu. Miałam nadzieję, że ten lunch będzie spokojniejszy i bardziej “uroczysty” ale wyszło jak wyszło. Za to miejsce okazało się specjalne. W życiu tak bywa, nigdy nie wiadomo, co jeszcze ciekawego może przydarzyć się na naszej drodze życia. 🙂
Powrotna droga była równie długa i męcząca, ale warto było. Jak powiedział pan z naszego biura podróży – Santorini, to wyspa, którą raz w życiu trzeba zobaczyć. Nie sądzę, że zobaczę ją kiedyś po raz drugi..
Następnego dnia znów wstaliśmy bardzo wcześnie, by tym razem pojechać na wycieczkę do Knossos i Heraklion. Pałac a właściwie jego rekonstrukcja ruin to największa atrakcja turystyczna tego regionu. Knossos było stolicą Minojczyków a ruiny pałacu są cudem archeologii i historii. Oglądając resztki autentycznych murów i rekonstrukcję pozostałych fragmentów, słuchając przy tym ciekawych opowieści przewodnika mieliśmy poczucie uczestnictwa w czymś niezwykłym, niedostępnym i niesamowitym. Knossos to miejsce wyjątkowe, to magia dalekiej przeszłości, która daje nam świadomość jak głęboko w niej tkwimy i jak mocno jesteśmy z nią związani.
Gdy już nasyciliśmy się historią, idąc za sugestią pani przewodniczki znaleźliśmy miłą lokalną knajpkę z pysznym jedzeniem – ryby różnego rodzaju, moje ulubione opiekane małe rybki, które je się w całości, wreszcie dobre winko, którym celebrowaliśmy urodziny Pana Kolegi (tak jakoś nam się zdarza, że każdego dnia mamy inna okazję do specjalnej celebracji. 🙂
W drodze powrotnej padał deszcz, ale szczęśliwie gdy dojechaliśmy do naszego resortu, wieczór był piękny, świeży i po deszczu nie było śladu. No, może zapach roślin był intensywniejszy..
Kolejne dni to już tylko wakacyjne leniuchowanie na plaży, niezbyt wygodnej, bo jednak piasku na niej mało, raczej żwirek i kamyki. Ale za to kolor wody i szum fal wynagradza te niedogodności. Poza tym były zadaszenia osłaniające od intensywnego słońca, wygodne łóżka – leżaki no i stoliki na orzeźwiające drinki. 🙂 W końcu co więcej potrzeba leniuchom wakacyjnym?? A że w naszym przypadku leniuchowanie trwać za długo nie może, więc jeszcze raz pojechaliśmy późnym popołudniem do Chani. Chania jest cudownym miasteczkiem, nazywanym też “drugą Wenecją”, bo taki styl nadali jej kiedyś Wenecjanie rządzący tym miastem przez długi czas. Klimat tego zakątka jest fantastyczny! Po południu przyjechaliśmy taksówką (mieszkaliśmy w resorcie, który znajdował się niby w Chani, ale jednak 18 kilometrów od niej) i ponieważ pierwszego dnia naszego pobytu byliśmy tam wieczorem, tym razem chcieliśmy zobaczyć koloryt miasta za dnia. Stare mury wplecione w nowsze budowle, wokół sklepiki zarówno te małe z tysiącem pamiątek, drobiazgów dla turystów, biżuterii, lokalnych smakołyków jak i takich z towarami ekskluzywnymi bardzo drogimi. W malutkich wąskich uliczkach dziesiątki stolików i krzeseł, kaskady kolorowych kwiatów. O tej popołudniowej porze jeszcze nie było tłoczno w restauracyjkach. Ale zanim zrobiliśmy nasze zakupy, zanim zdążyliśmy pooglądać, nacieszyć się widokiem zachodzącego słońca, miasto zmieniło swój wygląd. W uliczkach zatopił się tłum ludzki, morze zmieniło kolor na granatowy, a kafejki i restauracje zapełniły się wielojęzykowym gwarem i szumem.
A my poczuliśmy wielki głód i zaczęliśmy się rozglądać, którą restauracyjkę wybrać na dzisiejszy obiad. Padło na taką przy nabrzeżu morza i taką, która oferowała prawdziwe greckie jedzenie, przy stolikach w niebiesko-białą kratkę. Zamówiliśmy po prostu półmisek wszystkiego greckiego! A raczej dwa półmiski i okazało się to dużym błędem, bowiem była to porcja dla pułku wojska a nie dla czterech osób! Za to atmosfera tego obiadu w tle z szumem morza, lokalne wino, które nam pan kelner polecił okazało się wyjątkowo dobre i jedzenie bardzo smaczne, choć nie było takiej siły byśmy zmietli z tych wielkich talerzy wszystko! Choć północ zbliżała się szybkimi krokami, miasto żyło całą pełnią, a nam (no, może nie wszystkim..) nie chciało się kończyć tej nocy.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Podobnie jak nasze wakacje. Po tygodniu beztroskiego wakacyjnego życia, mimo covidowych przeszkód, wciąż gdzieniegdzie nakładanych maseczek, sprawdzanych papierów z potwierdzeniem szczepień, trzeba nam było wracać.
Ale to jeszcze nie koniec naszych wakacji. Na deser pozostał Kraków, a wraz z nim miejsca dzieciństwa, młodości, grono rodziny i wciąż bliskich przyjaciół. Opowieści o następnym tygodniu spotkań i przeżyć w trzeciej części wakacyjnego tryptyku. 🙂











