“Jadą wozy kolorowe” – Agnieszka, Marylka i teatralny Dzień Matki w 2003 roku. 

8/10/2021   

We wczesnych latach dwutysięcznych Teatr Ogniskowy w Houston miał się dobrze i pracował intensywnie. Nadal w warunkach “podziemi domowych” prób, wieczornych spotkań, przeważnie u mnie w domu. Mieliśmy już całkiem nieźle dopracowany sposób przygotowań naszych przedstawień. Najpierw pomysły – co wybieramy, potem spotkania z Beatką, wielogodzinne, przegadane przy pomidorówce (tomato soup – jak to się to elegancko nazywa) 🙂 sałacie i winku  w naszej ukochanej Madlence, którą tylko czasem zamieniałyśmy na jacuzzi u Beatki na patio.  Prawie zawsze był to mój pomysł, ale Beatka natychmiast rozwijała koncepcję o dodatki muzyczne i zaraz robiło się sensownie, wesoło i kreatywnie. W tym czasie wciąż głęboko siedziałyśmy w fascynacji piosenkami Agnieszki Osieckiej, jej “Listami Śpiewającymi”, z których już kilka pokazałyśmy naszej publiczności.  

Cały zespół Teatru Polskiego – Maj 2003

 Wspominałam już kiedyś, że moje opowieści a raczej wspomnienia teatralne nie są kroniką, a więc nie mają charakteru zapisu według dat kolejnych przedstawień.  Po tylu latach pamięć jest zawodna, wiele faktów pewnie podałabym niedokładnie i pominęłabym niechcąco to, co dla innych mogłoby być bardzo istotne. Wybierając formę luźnych wspomnień, a przede wszystkim nastawiając się na  opowieść o aktorach, twórcach i o przeżyciach, których czas teatralny nam dostarczył, mogę nie trzymać się historycznej kolejności przedstawień. Aczkolwiek – mam uporządkowane listy wszystkich spektakli, miejsc gdzie się odbyły, spis aktorów, którzy w nich grali.  Jest możliwe, że istnieją wciąż jeszcze jakieś luki, ale większość tych informacji jest rzetelnie spisana. Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś do tego sięgnie, ale zainteresowanych odsyłam do wpisu w dziale teatralnym blogu z dnia 5 maja 2021 pt. “ Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka”. Znajduje się tam spora ilość informacji, liczb, dat i nazwisk o teatrze, a więcej zawsze można dowiedzieć się bezpośrednio ode mnie. 

Pierwsza strona programu

To tylko mała dygresja celem wyjaśnienia, dlaczego tematem dzisiejszego wspominania będzie spektakl wystawiony w maju 2003, który zbiegł się z amerykańskim Dniem Matki obchodzonym zawsze w drugą niedzielę maja. 

Strona programu „Wystarczy mocno zacisnąć powieki” i „Jadą wozy kolorowe” Maj 2003

 Z “Listów śpiewających” Osieckiej podobał nam się jeszcze jeden pt. “Wystarczy mocno zamknąć powieki”. I chociaż bawił nas pomysł i natychmiast po przeczytaniu tekstu widziałyśmy w naszej wyobraźni obsadę do tej inscenizacji, to z góry wiedziałyśmy, że na samodzielne przedstawienie tekst jest za krótki i że po kilku innych wcześniej wystawionych “Listach Śpiewających” nasyciłyśmy już naszą widownię tą tematyką.  Trzeba było znaleźć coś innego, a moje myśli wciąż krążyły wokół kochanej Agnieszki. I wtedy po wymianie korespondencji, e-mailów moja nieoceniona przyjaciółka Nina znalazła książkę w polskim Empiku bardzo “na czasie”.  Wiedziała, że lubię czytać wszelkiego rodzaju biografie (wbrew pozorom i ostatniej spowiedzi o książkach kryminalnych nie myślcie sobie, że nie czytam niczego innego 🙂 i przysłała mi książkę Maryli Rodowicz pt. “Niech żyje bal”.  Były to czasy, gdy pisanie i wydawanie własnych biografii przez ludzi sławnych, celebrytów zaczęło być bardzo modne. Przeczytałam szybciutko, bo książka lekka i przyjemna. Postacie, które kręciły się wokół Maryli Rodowicz były niemal z mojego “podwórka”. Rodowicz była studentką na Akademii Wychowania Fizycznego, gdy po raz pierwszy o niej usłyszałam. Byłam jeszcze w szkole podstawowej, gdy wieści o dziewczynie, która biega, skacze przez plotki i śpiewa zaczęły nam młodym obijać się o uszy. A gdy zaczęła śpiewać pierwsze piosenki Osieckiej…

I tu zrodził się pomysł nie do odrzucenia! We wspomnieniach Rodowicz znalazłam wiele o Osieckiej, o jej piosenkach i tak powstała idea napisania scenariusza spektaklu o Marylce, ale którego “bohaterami” miały być piosenki Agnieszki Osieckiej.  

A potem już pomysł rozwijał się z godziny na godzinę! Pomiędzy Osiecką a Rodowicz było prawie 10 lat różnicy, spotkały się kiedy Agnieszka była już dojrzałą poetką, znaną w kręgach literackich, podczas gdy Maryla stawiała dopiero pierwsze artystyczne kroki. Ale szybko zaiskrzyło. Osiecka napisała wiele piosenek, które stały się wielkimi przebojami Rodowicz, do dziś są rozpoznawalne, lubiane i nigdy niezapomniane. 

Zanim zacznę jednak opowieść  o tym jak powstawała nasza sztuka biograficzna, wrócę do krótkiej części pierwszej majowego wieczoru 2003 roku,  do ostatniego “Listu Śpiewającego” wystawionego przez nasz zespół. 

“Wystarczy mocno zamknąć powieki”.  Rzecz dzieje się w ..Nowej Hucie. Może dlatego ten tekst przyciągnął moją, Krakuski,  uwagę 🙂  Jak wszystkie listy śpiewające, spektakl zachowuje formę  pisania i przesyłania listów pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi (mężem Tadeuszem i żoną  Joanną). 

Tadeusz jest inżynierem na wysokim stanowisku w wielkim kombinacie w Nowej Hucie, bardzo zapracowanym i zaangażowanym w tym co robi. Jego żona – odwrotnie. Nie pracuje, nie bardzo umie sobie wypełnić dnia własnymi zajęciami, jest marzycielką i wymyśla sobie coraz to większe, bardziej skomplikowane scenariusze, że mąż ją zdradza, nie interesuje się nią i nie poświęca jej odpowiedniej ilości czasu i zainteresowania. Motywem scalającym a zarazem podtytułem sztuki jest słynne tango “Jalousie” skomponowane w 1925 r. przez  duńskiego kompozytora Jakoba Gade. Słowo “jealousy” pochodzi z języka francuskiego i znaczy zazdrość. Joasia wpada w coraz większa paranoję, pisze listy do wielu osób  powiązanych z jej mężem w kombinacie po linii służbowej i nie tylko, a odpowiedzi na te listy są pięknymi scenkami, które bawią widzów – urzędniczka, czyli pracowniczka wydziału kadr, wodniak z klubu kajakowego, góralka, dziennikarka, której kiedyś mąż Joanny opowiadał w wywiadzie o wielkich piecach w hucie i był w tych opowieściach bardzo… czarujący 🙂 Potem jeszcze zazdrosna żona znajduje panią doktor, taką seks-bombę, która sama ma problemy ze sobą i która opowiada Joannie o swoich potrzebach i pragnieniach męskich, o typach mężczyzn jakich  ona uwielbia i wreszcie uświadamia Joasi, że jeśli naprawdę chce znać przyszłość, to powinna się udać do wróżki, a nie do lekarza.. Ostatnią postacią, która przemawia do zazdrosnej żony jest owa wróżka. Mówi: “Choroba jest blisko ciebie, ale nie w żołądku, ani w wątrobie, tylko w głowie. Myśli ty masz czarne, niedobre. Człowiek przy tobie jest. Przyjaciel.”

A potem wróżka zapowiada, że problem pomoże rozwiązać .. przypadek! Joanna jest na granicy histerii, szaleje z rozpaczy, z zazdrości, nie umie sobie poradzić  ze swoimi wyobrażeniami i nikt nie umie jej w tym pomóc. Kiedy już jest na granicy obłędu krzyczy sama do siebie: „Muszę usłyszeć jakiś ludzki głos, zatelefonuję na 926  i wszystko powiem tej obcej i obiektywnej kobiecie!!!” Wykręca ten numer – i tu wypada mi już wyjawić tajemnicę równie śmieszną co zaskakującą – jest to numer do zegarynki (tym, co nie mają pojęcia co to takiego albo nie pamiętają wyjaśniam, że w tamtych czasach był to rodzaj idealnego zegarka telefonicznego podającego non stop, minuta po minucie czas, przez całą dobę, przez telefon. Monotonnym, nudnym głosem 🙂  Tak więc Joasia rozładowywała swoje emocje do kogoś kto nie odpowiadał jej, nie udzielał niechcianych niemiłych odpowiedzi a jednocześnie stwarzał poczucie, że wysłuchuje pytań i narzekań “nieszczęśliwej” żony. 

I wtedy nagle wpadł do domu wściekły, zazdrosny mąż, z wrzaskiem już od progu: „Kto to jest ten facet? Z kim ty flirtujesz już od czterech godzin?? Dzwonię do domu i nie mogę się dodzwonić! „

 I tak, oto przepowiednia wróżki się spełniła. Głos zegarynki powtarzający monotonnie “siedemnasta czterdzieści jeden, siedemnasta czterdzieści dwa…” stał się szczęśliwym rozwiązaniem małżeńskiego konfliktu.  W trakcie całej sztuki, która ma charakter bardzo lekki i komediowy (choć z mojego opisu może tak nie wynika 🙂 wciąż przewijają się takty muzyczne Tanga “Jalousie” i to one są elementem scalającym całość, podsycającym atmosferę, rozpalającym uczucia i wreszcie uświadamiającym Tadeuszowi, co Joasia czuła kiedy praca, piece hutnicze, konferencje, fundusze itd. są tak ważne, że człowiek spada w hierarchii ważności na dalekie miejsce.  Oraz najważniejsze – że tak naprawdę oboje kochają się mocno i wzajemnie!

Zapytacie dlaczego tak dokładnie opisałam treść spektaklu? Otóż, okazało się, że jest to jedyna sztuka, której nie mam w swoich nagraniach. Nie wiem jak to się stało, zwłaszcza, że była to część pierwsza wystawiona w ten sam dzień, gdy po przerwie zaprezentowaliśmy “Jadą wozy kolorowe”.  Poczułam się z tym źle, że nie będę mogła przypomnieć dziś  “na żywo” nagrania z tego przedstawienia. Niestety, mam tylko zdjęcia. I tylko to mogę udostępnić. Może ktoś po tym artykule znajdzie w swoich domowych archiwach to nagranie?… Główne kreacje Joanny i Tadeusza grali Edyta W. i Jacek M.  i były to naprawdę świetnie zagrane role. 

W poszczególnych scenkach wystąpili: wodniak – Ben S, Urzędniczka – Ewa K, Góralka – Joasia S, Dziennikarka – Kasia K, Pani Doktor – Ewa T, Wróżka – Emilia S.

Spektakl bawił, śmieszył, bo choć temat wydaje się poważny, to jednak forma była bardzo lekka, z przymrużeniem oka.  Dużo poezji, liryki, jak to u Osieckiej. 

Jak wspomniałam na początku, nasz spektakl odbył się 3 maja, tuż przed Dniem Matki i był pomyślany jako prezent dla Mam. Prezent słowny, muzyczny, radosny, kolorowy. O kolory na scenie zadbała Krysia P., która kolejny raz współpracowała z nami przy dekoracji. Wszyscy wiemy, że Rodowicz od początku pierwszego wyjścia na scenę (niemal do dziś) 🙂 zawsze miała szalone pomysły, niekonwencjonalne sposoby zaskakiwania publiczności. Zachowując zwariowaną konwencję Krysia także wymyśliła na głównej ścianie postrzępione wizerunki blond roześmianych twarzy, na białych koszulach (lnianych – jak w “Małgośce”) tło niebiesko-żółte, gdzieś konie, płoty jak w Zakopanem, jakieś kanapy, jakieś poduchy.. Musieliśmy dokonać dużo zmian w czasie przerwy, a jeśli ktoś pamięta, to w St. Thomas w sali teatralnej nie było sceny z kotarami, więc musieliśmy się bardzo się zorganizować i sprężyć, żeby w czasie krótkiej przerwy niemal na oczach publiczności dokonać szybkiej wymiany całej dekoracji. Na szczęście winko pomagało, każdy chętnie wypił kieliszeczek i pogadał o wrażeniach z pierwszego przedstawienia. 

Kreatorskie kolorowe dekoracje Krysi P.

“Jadą wozy kolorowe” to jedyne widowisko, rozpoczynające się tą właśnie roztańczoną piosenką o tym samym tytule, które zostało pomyślane jako spektakl biograficzny. Scenariusz został napisany na podstawie biografii Rodowicz “Niech żyje bal”. Nie jest to książka wysokich literackich lotów, ale moim zamiarem było napisać scenariusz, który byłby zgrabnym połączeniem i podkładem dla piosenek Rodowicz.  Chcieliśmy je przypomnieć naszym Mamom, Babciom, naszej publiczności. 

 W tej biografii Maryla opowiada swoje wspomnienia z młodości, z początków swojej kariery ale także z lat późniejszych aż do 90-tych. Jakoś nie bardzo widziałam tę opowieść w wykonaniu jednej aktorki, więc wymyśliłam, że stworzymy Marylkę bardzo młodą, niemal nastolatkę, szaloną, często zakochaną, zwariowaną. A także tę starszą, już dojrzałą artystkę, żonę i matkę  trójki dzieci. Scenariusz skonstruowałam w taki sposób, by młoda Marylka “przeplatała się” ze starszą i ich wspomnienia mieszały się niemal równocześnie.  Tak jakby w jednej osobie istniały dwie, które wzajemnie przypominają sobie strzępki wspomnień życiowych. Marylki – młoda czyli Kasia L. i starsza – Ania B. są na scenie obok siebie przez cały czas i uzupełniają się niemal w każdym wspomnieniu.

Dwie Maryle Rodowicz – Kasia L. i Ania B.
Migawki z widowiska „Jadą wozy kolorowe” – najbardziej rozśpiewane i kolorowe przedstawienie

To był dobrze pomyślany “zabieg” choć mocno pokroiłam opowieść autorki, ale przecież była to interpretacja i sposób na włączenie do przedstawienia ulubionych piosenek.  I tak się stało, że aktorską część grały tylko dwie osoby, cały ciężar tekstowy spadł na te dwie panie. Cała reszta to piosenki. Piosenki pochodzące z różnych występów scenicznych Rodowicz. Wybrałyśmy bardzo fragmentaryczne wspomnienia, ale tak by pokazać Marylę artystkę, Marylę zakochaną i dokonującą nie zawsze udanych wyborów męsko-damskich, Marylę – Matkę trójki dzieci, Marylę, której nie znaliśmy i Marylę, którą lubiliśmy. Piosenki potwierdzały i ilustrowały te wybrane momenty jej życia. Użyłyśmy  ich jako ilustracje do życiowych wydarzeń artystki.  Wybrałyśmy z Beatką (tu Beatka miała pierwszy głos!) piosenki, które najbardziej lubiłyśmy. Stworzyłyśmy połączenie piosenek niekoniecznie w kolejności ich debiutów. Zresztą wybór wydarzeń z jej życia to także subiektywna moja decyzja. Tak więc wszystko w tym przedstawieniu może niekoniecznie jest zgodne z kolejnością realnych  i prawdziwych zdarzeń, ale myślę, że widowisko przybliżyło wszystkim wizerunek Maryli i przypomniało wiele jej pięknych przebojów. Potem już była tylko dyskusja, JAK je zaśpiewać, jak je rozdzielić, by każda śpiewająca osoba miała swoją ’’cegiełkę”.

Oczywiście zaczęłyśmy od początków kariery i jej pierwszej wielkiej miłości – Daniela Olbrychski. Posłuchajcie fragmentu wspomnienia o pierwszym spotkaniu z aktorem.

I jednej z pierwszych piosenek, która utorowała Maryli drogę do niesamowitej kariery.

A oto jeszcze jedna chwila wspomnień o Olbrychskim i jego ulubiona piosenka, która stała się przebojem całego mojego pokolenia. I moją osobistą piosenką ślubną !

Były też wspomnienia o ważnym w jej życiu związku z Krzysztofem Jasińskim, ojcem dwójki jej dzieci i wreszcie o szczęśliwym trwającym już ponad 20 lat związku małżeńskim z Andrzejem Dużyńskim (ojcem, trzeciego dziecka Jędrka)

Z czasów fascynacji Jasińskim pochodzą miedzy innymi piosenki: „Leżę pod gruszą” i „Bossa nova” – na naszej scenie obie w wykonaniu Kasi K.

Zdecydowałyśmy się też na deklamację na oryginale piosenek Rodowicz. Przypomnę tutaj piękne wykonanie Maryli „Polskiej”Madonny i naszą rodzimą Edytę deklamującą ten wspaniały, porażający dreszczykiem wzruszenia tekst.

Piosenki Rodowicz, to przeboje, na których wychowało się nasze pokolenie, a i młodzież teatralna także bardzo chętnie je śpiewała. Sztuka wystawiona 18 lat temu, nagrania czasem bardzo słabe (cóż, techniczna strona nie była naszą mocną stroną) ale emocjonalne wspomnienia, ciepło tego wieczoru wciąż jest odczuwalne. Dla mnie zawsze będą to godziny prób, przygotowań, emocji, rozmów, śpiewania. W domu, w teatrze i na przedstawieniu. Ogrom tekstu, który Kasia i Ania musiały opanować, choć dziś myślę, że miałabym inny pomysł na “Marylkę”, to podziwiam ich pamięć, wspólne próby, dogrywanie się w “jedną osobę”, uzupełnienie się, wytrzymanie przez cały czas trwania spektaklu w perukach. Były znakomite! 

 Na koniec posłuchajcie rewelacyjnie zaśpiewanej i opracowanej ruchowo piosenki “Kolorowe jarmarki” do której pomysłów na rekwizyty nasi aktorzy mieli chyba więcej niż cały zespół prawdziwej Maryli Rodowicz!

I na koniec – piosenki zamykającej nasze kolorowe widowisko “Ale to już było”. 

Na koniec nie mogę pominąć faktu, że oczywiście pojawił się na scenie Jasiu K. z gitarą i dwaj panowie Jacek M. i Ben S. (kompletnie nie śpiewający) 🙂 ale grający w pierwszej części spektaklu i siłą rzeczy włączeni do drugiej – jako część jarmarkowej inscenizacji, z czym doskonale sobie poradzili. Podobnie w końcowej scenie. 

Reżyser i autorka scenariusza czyli ja i moja prawa ręka – Beatka, asystentka śpiewająca 🙂

Drogie aktorki i aktorzy! Dziś już prawie każdy z was jest Rodzicem. Jeśli najdzie was nostalgia, pomyślcie sobie o pewnym przedstawieniu, które podarowaliście swoim Mamom 18 lat temu. Może zechcecie przypomnieć sobie, posłuchać i przyjąć te wspomnienia jako prezent dla was? 

Życzę wam miłych wspomnień i ciepłych wzruszeń 🙂


BACK

Dodaj komentarz