8/3/2021
Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, dawno temu, bo siedem dziesiątek lat temu zaczęła się bajka jednego życia. Wprawdzie bez królewny, bo czasy były trudne i wszystkie piękne królewny wywędrowały do innych piękniejszych krajów, ale małe krasnoludki pojawiały się na świecie. Jeden nawet urodził się w pięknym mieście Krakowie. Naturę odziedziczył troszkę z „Mędrka”, troszkę z „Nieśmiałka”, dużo z „Wesołka”, a na starość zostało mu trochę z… ”Gapcia”😊 (Dla wyjaśnienia dodam, jakby ktoś zapomniał bajkę o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, że imiona pożyczyłam od tychże krasnoludków). Fajnie oddają cechy charakteru pewnego Krasnoludka, który dorastał w zwykłej rodzinie, powoli przeobrażając się w całkiem przystojnego i mądrego faceta..
Przez długie miesiące w siedmiomilowych butach stąpał twardo przez życie, brnął przez siedmiodniowe tygodnie i jeszcze dłuższe, długie lata by dziś stanąć na progu swojego 70-letniego wypełnionego wspaniałymi przeżyciami i osiągnieciami życia.
Siódemka zawsze była i jest uważana za liczbę wyjątkową, szczęśliwą i magiczną. Każda religia, każda kultura ma swoją interpretację i własne wiarę w ten numer. Liczba siedem to symbol pełni, doprowadzenia czegoś do końca. Bóg stworzył świat w ciągu siedmiu dni – mówi nam biblia. W chrześcijaństwie mamy siedem grzechów głównych (tu może nie będę ich na taką okazję wymieniać! 😊 ) Mamy siedem sakramentów w Kościele, Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach, jest siedem cudów świata i tak dalej i tak dalej.. Przykładów o wyjątkowości i szczęśliwości siódemki można by wymieniać bez końca! Na poważnie i w żartach. W nauce i w zabawnych historyjkach.
Historia 70 lat życia mojego męża, jak każdego człowieka ma swoje szare i kolorowe chwile. To wspomnienia, które znam tylko z opowieści i te nasze, wspólne prawie 50-letnie doświadczenia.
Każdy człowiek ma taką książkę życia.
Najpierw było dość biednie i ciężko. Trzeba było mieszkać w jednym pokoju i dzielić wspólną kuchnię z sąsiadami, w chłodne dni nosić do krótkich spodni niciane pończochy przypinane na zatrzaski do pasa (nie, to niemożliwe, żeby ktoś jeszcze dziś o tym pamiętał!..). Do szkoły chodziło się na piechotę (daleko!) bez żadnej opieki dorosłej osoby. Mijało się Planty Krakowskie, Barbakan, gdzie zaraz obok, wśród gęstych krzaków był mały cmentarz grobów kilku żołnierzy radzieckich. Tam właśnie w konarach drzew była świetna kryjówka, by schować się i wytoczyć walkę kolegom, z którymi miało się pewne bardzo ważne porachunki.. Miejsce na taką „męską” wojnę było wymarzone.
Zdarzyło się kiedyś (zupełnie niechcący😊) zamknąć bramę główną kamienicy, w której się mieszkało, tuż przed 15.00 gdy pracujący poczciwie lud wracał zmęczony z pracy i usiłował dostać się do domu.. Miało się też kiedyś pomysł zrobienia „małego ogniska” w piwnicy owej kamienicy. Na szczęście – pożaru z tego nie było😊 Wszystkie te historyjki ów „Krasnoludek – Wesołek” wymyślił na długo przed dorosłością i za wszystkie za każdym razem solidnie odpokutował, jako że czasy były takie, iż narzędziem wymierzającym sprawiedliwość i uwielbianym przez rodziców były wszelkiego rodzaju i maści pasy. Najlepsze były te wąskie plastikowe, łatwo wpijające się chłopięcy tyłek… Wtedy jeszcze nie odbierało się dzieciom za karę komputera na tydzień, nie było zakazu używania telefonu przez miesiąc. Nie, sposób był prosty. Trzy uderzenia za.. pięć za.. itd. Ale Krasnoludek był zwyczajnym chłopcem, mądrym i sprytnym, lubianym i inteligentnym, szybko radził sobie z codziennymi kłopotami małych ludzi, włączył się w życie gromadne, znalazł przyjaciół, został harcerzem i z „Wesołka” stał się bardziej „Mędrkiem”. I choć zdarzało mu się przynieść czasem czwórkę ze szkoły, co niestety, przy jego starszym bracie, absolutnie bez-czwórkowym(!), wypadało bardzo dla niego niekorzystnie i zawsze konsekwencje tego były (oj! Oj!) nieprzyjemne.. jakoś w życiu radził sobie całkiem dobrze.

W czasach licealnych było już dużo łatwiej, bo Krasnoludki stają się dużymi samodzielnymi Krasnalami i mają coraz więcej wolności i własnej radości. Świat kręcił się coraz szybciej i coraz więcej wokół harcerskiej braci i właśnie ten krąg przyjaciół stawał się najważniejszy. Od drugiej klasy, obok stał zawsze „Anioł” przyjaciel wierny z najwierniejszych, więc życie płynęło całkiem znośnie i wesoło.
W domu brakowało pieniędzy, ale i z tym można było sobie jakoś poradzić, kilka korepetycji uzupełniało kieszeń na własne potrzeby. Z Mamą paliło się w tajemnicy przed Tatą papierosy (choć on też palił, bo kto wtedy NIE palił?) Mama była bojaźliwa, nigdy nie sprzeciwiłaby się Tacie, więc jak Tata nie pozwalał synowi palić, to Mama lojalnie dotrzymywała tajemnicy i towarzystwa w tym papierosowym rytuarze. Wiem, bo byłam już wtedy świadkiem tych ukrywanych późnych „rozmów przy papierosku” choć było to już dużo później, gdy Krasnal był studentem Filologii rosyjskiej i pełnoletnim dorosłym człowiekiem, a ja jego dziewczyną. Tatuś jednak NIE pozwalał – a tatusia drażnić nikt nie chciał, więc nocne spotkania nikotynowe trwały nadal, jak za czasów licealnych. I jak wiele innych tajemnic..
Dziwne to było, ale jak każda rodzina tak i ta miała swoje „zwyczaje”. W końcu i w mojej też ich było wiele. Kiedy poznałam Wacka był drugim najpopularniejszym „Harnasiem” w Hufcu Kleparz. Gdy gromadka instruktorska (tylko męska!) wchodziła w wieczorny piątek do Hufca, wszystkie, zwłaszcza żeńskie głowy obracały się w stronę drzwi wejściowych i z zachwytem wpatrywały się w kilku młodych przystojnych, energicznych, zachwycających facetów. Szczep Harnasie cieszył się wyjątkową sławą i popularnością w Hufcu.
Byłam w pierwszej klasie liceum, przychodziłam na dyżur z zupełnie innym kolegą albo grupą kolegów i koleżanek, należałam wtedy do szczepu Czarnej Trzynastki. Prowadziłam drużynę zuchową i miałam bardzo dobre osiągnięcia. Zauważył to szef referatu zuchowego w hufcu, który, tak jakoś się złożyło, że był też instruktorem w Harnasiach i był jednym z tej grupy przystojniaków. Miał jeszcze jedna zaletę. Grał bardzo fajnie na gitarze i na każdym spotkaniu harcerskim był duszą towarzystwa. Wszyscy go lubili, wokół niego zawsze zbierała się spora gromadka i zawsze było wesoło. Był rówieśnikiem Wacka i trzymali się razem. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Z Januszem miałam dobre kontakty służbowe, jako szef referatu zuchowego w hufcu był moim przełożonym, po linii zuchowej.

Niemniej to właśnie on odegrał dużą rolę ściągając mnie później do Harnasi, kiedy to powoli wszystkie szkoły męskie stawały się koedukacyjne czyli harcerstwo krakowskie również. Harnasie musieli pogodzić się, że dziewczyny też ludzie i zasilą ich męski zamknięty krąg instruktorski. Tak oto weszłam w to „gniazdo os” jako pierwsza dziewczyna/instruktorka, która miała objąć żeńską drużynę zuchową we wrześniu 1970 roku (tak 70-go!)
Pierwsze zebranie rady instruktorów, na którym byłam obecna odbyło się w czerwcu, jeszcze przed wakacjami i dobrze pamiętam popisy „męskie” począwszy od Szefa Marka P. (naszego szczepowego, który zresztą był dużo starszy bo 10-12 lat różnicy w tym wielu to bardzo wiele!) i wszyscy mieli dla niego wielki respekt. Ich rozmowy miały bardzo specyficzny ironiczno-luzacki sposób i czuło się od razu, że to Szef narzuca taki rodzaj porozumienia. Szorstki ale zarazem humorystyczny. I można było łatwo wyczuć, że żaden z chłopców nie ma do niego żalu o taki (na moje „pierwsze oko”) niemiły sposób traktowania, że wszystkich to bawi, śmieszy, ale równocześnie każdy traktuje go bardzo poważnie i z dużym szacunkiem. Jak na grupę młodych ludzi w wieku licealnym czy studenckim, był to wyjątkowo „specjalny” układ, widać, że wypracowywany przez lata przebywania ze sobą razem.. Dla mnie było to duże zaskoczenie. Już na tym pierwszym zebraniu dało się łatwo zauważyć, że Wacek jest tam kimś ważnym, pierwszym po Szefie. Nie było wątpliwości, że pewna hierarchia jest w tym zespole ustalona i respektowana…
Na obóz, który odbył się w Bieszczadach nie pojechałam, choć bardzo chciałam, bo niestety miałam trochę problemów zdrowotnych. Byłam zła, nieszczęśliwa, bo już mnie bardzo do tych facetów ciągnęło. Ale zaraz po wakacjach zaczęło dziać się bardzo dużo, oficjalnie przeszłam do Harnasi, które zmieniły lokalizację i rozpoczęły działalność w dużej szkole podstawowej na Azorach a zaraz potem jeszcze w XIV liceum. Objęłam drużynę „Tatrzańskie Zuchy” i wciągnęłam do Szczepu moją przyjaciółkę Ninę. Pojawiało się w szczepie coraz więcej dziewczyn/instruktorek. Nasze życie harcerskie zmieniało się szybko, ale dla mnie dla Wacka ważniejsze było to, co budowało się pomiędzy nami.
6 grudnia na tradycyjne polskie Mikołajki, Harnasie (przy pomocy Koła Przyjaciół Harcerstwa, które tworzyli rodzice harcerzy) przeprowadzali akcję zarobkową. Azory, to była wtedy młoda dzielnica, gdzie mieszkało dużo rodzin z małymi dziećmi. Chętnie zamawiali do domu wizytę Mikołaja z Aniołkiem i Diabłem (no, czasem diabeł musiał pozostać za drzwiami..) Rodzice podawali nam prezent i małą instrukcję co Mikołaj ma powiedzieć dziecku i wchodziliśmy do domu spełniając życzenia Mikołajowe. Jak się domyślacie – Mikołajem był Wacek, ja przeobraziłam się w pięknego niewinnego Aniołka. Diabłem był mój wieloletni przyjaciel i adorator, świetny facet, Rysiek P. zwany przez nas „Koniem”. Sypał piękny gęsty śnieg, szliśmy od klatki do klatki nowoczesnych wówczas bloków, od mieszkania do mieszkania, gdzie mieliśmy zamówienia, chłopcy nosili mnie dla śmiechu i zabawy w wielkim koszu, który był pusty zanim ktoś z rodziców nie podał nam na klatce schodowej prezentów. Nie mieliśmy prawdziwych kostiumów, musieliśmy je sobie sami wymyśleć, więc nie były najlepszej jakości😊 Broda Mikołaja nie trzymała się zbyt dobrze, co jeden z małych chłopców postanowił nagłym ruchem sprawdzić i mieliśmy trochę kłopotów, żeby wyjść „z twarzą” z tej opresji.. Ja miałam bardzo ładną nocną koszulkę w błękitnym kolorze, tyle że nie bardzo nadawała się na taką pogodą jaka wtedy była😊 A najśmieszniejsza historia zdarzyła się, kiedy jedna z mamuś poprosiła Mikołaja, żeby koniecznie powiedział Jasiowi? Wojtusiowi?.. żeby nie cmokał w nocy… – i pokazała Wackowi robiąc przy tym cudne miny, które Mikołaj koniecznie miał powtórzyć! jak ów syneczek ma nie cmokać. Ta scenka Mikołaja (i nas także !) doprowadziła do totalnego wybuchu śmiechu, bo mamusia złożyła usta w dziubek i cmoknęła tak obrazowo i tak śmiesznie, że trudno było wytrzymać to z powagą.

Weszliśmy wtedy do mieszkania. Mały miał może 4-5 lat. Mikołaj pogadał, pogłaskał po główce i widziałam jak w całą siłą swojej powagi przymierza się do powiedzenia Malcowi o cmokaniu. No i powiedział. Gdy doszło do momentu pokazania JAK ma NIE cmokać, Mikołaj wybuchnął takim śmiechem, że o mało nie udławił się własną sztuczną brodą.. Już nie pamiętam czy mamusia śmiała się z nami, czy chłopczyk się wystraszył, czy wyrzucono nas, czy potraktowano z humorem, ale wspominaliśmy ten incydent później przez lata i śmialiśmy się zawsze tak samo radośnie. Przez dwa wieczory (w sobotę i niedzielę „mikołajowaliśmy”) a po akcji, już bez Diabła poszliśmy do mojego domu gdzie udało mi się ściągnąć Wacka na.. cukierki orzechowe w czekoladzie! Okazało się, że jest także wielkim łasuchem na słodycze. To była pierwsza wizyta w moim domu, jak się okazało nie ostatnia. I jak okazało się, był i jest łasuchem na wiele dobrych rzeczy, co moja Mama przez lata z całą radością wykorzystywała i karmiła mojego kolegę a potem chłopaka, dogadzając mu najlepszymi kąskami, jakie tylko potrafiła ugotować lub upiec.
A jeśli to był sernik to zawsze (po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem i mama była babcią naszych dzieci:) słyszała: „Babciu, ten sernik jest tak beznadziejny, że muszę go zjeść w całości i do końca, bo inaczej trzeba będzie go wyrzucić!” Nie mówiąc już o słynnych i najlepszych na świecie pączkach!
W grudniu, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia pojechaliśmy na zimowisko do Łysej Góry i tam w magicznym miejscu, gdzie pewnie była jakaś czarownica i tajemniczo pokierowała naszymi losami, 27 grudnia 1970r. (widzicie, znów te siódemki!) staliśmy się oficjalną parą. Jeszcze cichą nieśmiałą i chyba trochę wstydliwą, ale już po różnych lepszych i najlepszych, trudniejszych i trudnych, szalonych i pięknych czterech latach, 17 maja 1974r. ( siedemnastego!) jak zwykł mawiać mój mąż, nielegalnie, bo w urzędzie stanu cywilnego, a 7 września 1974r. (i znów siódemki!) już w kościele zostaliśmy małżeństwem, jesteśmy i trwamy razem.
Nie mieliśmy niczego, bo tak niemal wszystkie małżeństwa zaczynały w tamtych polskich realiach. Oderwaliśmy się od rodziców i poszliśmy „na swoje”. Czyli szybko nastąpiły zmiany w życiu: opuszczenie ukochanego Krakowa (miało być tylko na chwilę..), walka o miejsce w akademiku w Katowicach a potem w Sosnowcu, nowi przyjaciele, pomysły na życie, żeby jakoś utrzymać tę naszą samodzielność. A tych pomysłów mojemu „Wesołkowi- Mędrkowi” nigdy nie brakowało! Praca na Uniwersytecie, podróże po Europie, kontakty z ludźmi, przyjaźnie, które dawały tak wiele satysfakcji, wyjazdy do Związku Radzieckiego, niewiarygodne próby nawiązania kontaktów, biznesów, walka o każdy możliwy sposób zarobienia pieniędzy, żeby nam było lepiej. Szaleństwa towarzyskie, błędy młodości (!) i doświadczenia, które też trzeba było mieć, żeby nauczyć się wielu rzeczy na przyszłość. I dwoje dzieci. Dzieci, które dostały ojca wyjątkowego. Innego niż on sam miał. Który może nie miał zbyt dużo czasu dla dzieci, gdy były malutkie, ale który tak wiele poświęcił im czasu wtedy, kiedy nastały dla nich chwile, gdy obecność ojca i jego pomoc były najważniejsze.
Dzięki niemu nasze dzieci są w miejscu, w którym mogą od lat tworzyć i kreować najszczęśliwsze życie dla siebie i swojej rodziny. To odwaga Wacka, w czasach gdy tak trudno było wydostać się na niepewny grunt w innym świecie, otworzyła im szansę na nowy świat i nowe perspektywy. Jego wzór wskazał im dalsze własne wybory.
Wiem, że 70 lat (68 też..) człowiek już czuje w kościach i głowie. W codziennym zmęczeniu, czasem już brakuje optymizmu na jutro. Nachodzą nas różne myśli, podsumowania, strach – a jednak wciąż apetyt na to co jeszcze chciałoby się zrobić…
Jedno jest pewne: liczba siedem daje człowiekowi pozytywne wibracje, wyciszenie. Gotowość na jeszcze jeden sukces i rozwój duchowy. Ma podobno związek z Księżycem ( to może dlatego mój mąż tak „przypadkowo” znalazł się blisko NASA i tematyki księżycowej i wszechświata😊) doskonałością i mądrością. Siedem jest podobno też symbolem uporu i zwycięstwa. To też mnie nie dziwi.
Czy ON ma wady? O, ma dużo wad! Bardzo dużo!!! Ale kto ich nie ma?! Ma przede wszystkim okropnie trudną żonę, która go gnębi i pilnuje i sprawdza, i marudzi, i krzyczy, i każe sprzątać, pamiętać itd.. Pilnuje, żeby się nie garbił i żeby ubierał długie spodnie jak idziemy z wizytą w gości. I wybiera z anielską cierpliwością kolejną koszulę, i dobiera kolejny krawat.. Ta okropna żona wytrzymuje wszystkie wady, których z okazji 70-tych urodzin nie będzie dziś wymieniać w urodzinowym prezencie, bo zabrakłoby stron w komputerowym papierze.
Nie spodziewam się zmian w moim „Krasnalu”, niech już zostanie taki jaki jest.
Zgodnie z boskim prawem i medytacją nad sobą samą powiem: „To co dajesz innym, wraca do Ciebie siedmiokrotnie”. I to na pewno tyczy się mojego Faceta – dojrzałego Krasnala siedmiu mocy!




