Urodzinowo, imprezowo, kapeluszowo – po naszemu

7/11/2021

Kiedy byłam dzieckiem nie obchodziliśmy urodzin. Nie było takiej tradycji. Nikt z nas nie bardzo wiedział, kiedy urodzili się rodzice czy rodzeństwo. Z czasem trzeba było nauczyć się swojej daty urodzenia, bo było to potrzebne do wypełniania różnych papierków, których i tak było dużo mniej niż dzisiejsza komputerowa technologia tego wymaga. Nawet prosta czynność odebrania lekarstwa w aptece wymaga podania daty urodzenia a nie nazwiska.  Za to kalendarz imion był zawsze ważny. Już na trzy dni przed Nowym Rokiem czekałam na dzwonek do drzwi, w których ukazywał się umorusany na czarno kominiarz i wręczał nam zwykły jednokartkowy kalendarz na następny rok z życzeniami: Pomyślnego czy Do Siego Roku! 

Kto pamięta takie kalendarze? I takie kominiarskie życzenia Noworoczne?

Otrzymywał za to drobną opłatę i oczywiście wzajemne życzenia. Dużo później pojawiły się kalendarze ścienne z możliwością odrywania codziennych kartek, na których nie tylko widniały imiona (po dwa trzy a nawet czasem więcej dziennie) ale także ciekawostki dnia, przepisy kulinarne czyli każdego dnia nowe kalendarzowe atrakcje. Kolorowe kalendarze ze zdjęciami pięknych widoków z egzotycznych krajów, rasowych psów, milusińskich kotków czy przystojnych strażaków, to już dużo późniejszy wymysł. Wiadomo, każdy biznes lubi się rozwijać. Kalendarz też przecież służył do celów praktycznych. W kuchni na gwoździku (kto tam miał pinezki!), w podręcznej torebce mały kalendarzyk do zapisków i większy, już bardziej finezyjny – do celów biznesowych, dla wybrańców. Może dlatego wychowana z polskim kalendarzem i kominiarzem na szczęście nadchodzącego roku, do dziś mam w głowie daty wielu polskich imienin i wciąż poczucie, że to przecież nasza tradycja, więc trzeba o niej pamiętać. Nic wielkiego, ale kiedy budzę się i uświadamiam sobie, że dziś np. 11 września to pamiętam, że to imieniny Jacka i wysyłam życzenia imieninowe mojemu synowi, który.. zawsze jest „deczko” zdziwiony😊 

Staram się pamiętać o rodzinnych imieninach tych, którzy mają imiona w polskim kalendarzu. Ale oczywiście już od lat, jak chyba w całym świecie celebrujemy głównie urodziny. Tak to się zrobiło, że uroczyste urodziny obchodzą niemowlaki, gdy tylko ukończą swój pierwszy roczek życia, choć wcale tego nie potrzebują i nie rozumieją. Urodziny ważne są 13-te, bo pierwsze „nastoletnie” a potem 16-te, bo jak mówią, te są „sweet” (czyli słodkie!) no i słynna osiemnastka (którą ja też jedyną w życiu miałam urodzinowo obchodzoną specjalnie!). No i tak się dziwnie porobiło, że nieważne, które mamy urodziny, ważne jest tylko, że to nasz wyjątkowy personalny dzień. I obchodzimy go uroczyście w domu z rodziną, w pracy. Osoby publiczne – w telewizji, w prasie, w Internecie. Powinien to być jeden ważny dzień w roku, ale czasem celebracja rozrasta się do tygodnia i dwóch i już nie jest naprawdę urodzinowa, ale wciąż jest okazją do wspólnej radości, składania sobie życzeń, wypicia toastu za zdrowie i szczęście.

Moja 18-ka wypadła w kwietniu 1971r. Mama właściwie chętnie zgodziła się na prywatkę, bo tak to się wtedy nazywało, zgodziła się, żeby zrobić mi imprezę koedukacyjną w domu i o dziwo, nie oponowała się, żebym zaprosiła gości (głównie chodziło o męską część) z harcerstwa, bo Nina była moją przyjaciółką, którą Mama dobrze znała. Ciekawe jest to, że zupełnie NIE pamiętam kto był na tej imprezie oprócz towarzystwa harcerskiego, a nie wydaje mi się, że Mama zgodziłaby się na obecność tylko nas dwóch dziewczyn i samych facetów, w dodatku nieco starszych od nas. Chyba.. że już wtedy była pod urokiem mojego chłopaka a potem męża, co jest możliwe, bo zawsze była z nim w lepszej komitywie niż z kimkolwiek innym😊 Jeszcze jeden ważny fakt pamiętam z tych urodzin i chyba jest to fakt znaczący i symboliczny jak na 18-kę. Otóż nasz szczepowy, przez nas wszystkich zwany „Szefem” czarował wtedy moją Mamę, by zgodziła się zmienić godzinę moich wieczornych powrotów do domu z 21.15 na 22.00. Mieliśmy co tydzień w piątki dyżury i zebrania rady szczepu o 19.00 i gdy skończyły się, zanim dotarłam do domu, zawsze zresztą odprowadzana grzecznie przez chłopców, byłam spóźniona w stosunku do godziny wyznaczonej przez rodziców, a głownie przez Tatę. Czy ktoś dziś może sobie wyobrazić, że 18-letnia dziewczyna musiała wracać do domu o 21.15???  Mama z uśmiechem trochę się wykręcała, ale Szef był czarujący, umiał bajerować i Mama obiecała, że zrobi co się da.  No i jakoś przekonała Tatę, bo wprawdzie bez oficjalnego oświadczenia o odwołaniu czy zmianie godziny, ale cichutko i powoli wracałam na 22.00 a rodzice już nigdy tego nie komentowali.

Tak oto w ten sposób moje jedyne polskie urodziny przeszły do historii w mojej pamięci i zmieniły życie w pewien sposób na „doroślejsze”😊 

Kiedy mieszkaliśmy w Polsce nasze dzieci miały imprezy urodzinowe, choć nie pamiętam od kiedy i jak ważne one były, ale chyba urodziny stawały się już wtedy coraz bardziej popularne. Im bardziej Polska otwierała się na świat tym więcej i takich tradycji przyjmowaliśmy z Zachodu. 

Po przyjeździe do Ameryki chłonęliśmy sposoby na życie w każdym wymiarze. Obserwowaliśmy ludzi, oglądaliśmy telewizję, uczyliśmy się języka oglądając filmy, dzieci przynosiły opowieści ze szkoły, wsiąkały w różne nowe tradycje, o których nie mieliśmy pojęcia.  Wszystko toczyło się tak szybko, że nie zauważyliśmy jak wiele uczymy się każdego dnia, każdej minuty. Dodatkowo zaczynał otwierać się świat Internetu, e-maili, szybkich technologii, które fascynowały, a które dla nas były zupełną nowością. Ba, czarną magią – nową nieznaną, pasjonującą, porywającą rzeczywistością .

Szybko poznaliśmy nowych ludzi – w pracy wielu Amerykanów ale nie tylko. Mój mąż zorientował się, że w tym kraju każdy pochodzi z innego miejsca na świecie. Ludzie mają swoje historie, ludzie pracują wspólnie, ludzie szanują się, swoje tradycje a jednocześnie przesiąkają tradycjami wspólnymi. Tu współgrały różne religie, na jednej ulicy znajdowały się różne kościoły i powiem dziś szczerze, że wtedy, ponad 30 lat temu miło mnie to zaskoczyło.

Niemal natychmiast też dotarliśmy do środowiska polskiego skupionego wokół polskiego kościoła i tam zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma rodzinami. Jednak pierwszą rodziną, którą Wacek spotkał na Rice University byli Marek i Basia K. (ja poznałam ich tydzień później gdy doleciałam z dziećmi z Albuquerque). Przyjechali do Houston w tym samym czasie, ale z Nowego Jorku więc mieli już kilkuletnie amerykańskie doświadczenie. Zobaczyli mojego męża na kampusie uniwersyteckim i jak zawsze wspomina Basia ze śmiechem, od razu wiedziała, że to „świeży” Polak, bo miał białe skarpety do sandałów i palił carmeny😊  Basia jest osobą bardzo kontaktową, więc zaraz zagadała do niego i poprosiła o poczęstowanie carmenem (potem ciągle te carmeny palili razem aż wyczerpał się zapas przywieziony przez nas z Polski i skończyli tę swoją wspólną przyjemność już na zawsze!) 

Gdy pojawiłam się w Houston znałam już historię zaprzyjaźnienia się z Basią i Markiem, wiedziałam, że mają dwoje dzieci młodszych od naszych i że mieszkają niedaleko. Hmm.. niedaleko w warunkach houstońskich to nie to samo co w Polsce. Ale – ja wciąż myślałam polskim sposobem i skąd mogłam to wiedzieć??  Gdy więc Basia zadzwoniła i zaprosiła nas na obiad ucieszyłam się bardzo, że będę miała polską nową koleżankę. Nie znałam w ogóle angielskiego, nie znałam miasta, potrzebowałam przewodnika, żeby zacząć jakoś funkcjonować. Basia zaoferowała, że przyjedzie po nas, ale ja odpowiedziałam, ze nie trzeba, że to przecież blisko (2 km?) Trzeba dodać, że był początek września, temperatura ok. 95F czyli jakieś 35 C.. A my całą rodzinką, pomaszerowaliśmy po głównej ulicy w Houston – Westheimer i potem San Felipe – piechotką z kwiatkami, ja w jedwabnej sukience… Kiedy Basia otworzyła drzwi, to osłupiała z przerażenia na widok naszego „rodzinnego wyglądu”  Do dziś mówi, że takich czerwonych „bladych twarzy” to w życiu nie widziała.  I tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do dziś a toczyła się różnie, bliżej i dalej, ciszej i szumniej.  Jak to w życiu. Ale w każdym ważnym momencie byliśmy obok siebie. Nasze dzieci pokończyły studia, otrzymały dyplomy, żeniły się i wychodziły za mąż. Były i wspólne wakacje, wyjazdy do Nowego Orleanu, urodzino-imieniny „Marek i Wacek”, przeprowadzki – od małych, gdy przewoziliśmy ich meble starym Dodge Coltem aż do celebracji otwarcia wielkiego domu z windą.

Słynne party w stylu retro „Marek i Wacek” – 40 urodziny Marka i imieniny Wacka. wrzesień 1993r.

Rok po przyjeździe do Houston Wacek obchodził 40-te urodziny. Już wtedy wiedziałam, że tutaj to duża tradycja – „Over the Hill”. Mieliśmy małe mieszkanko i mało znajomych ale urodziny odbyły się w iście amerykańskim stylu. Jakieś czarne dekoracje, tort z świeczkami – numerkami. To były pierwsze „równe” urodziny rodzinne.  Moja 40-ka była już dużo bardziej tajemnicza i atrakcyjna. Zwłaszcza, że zorganizowana jako niespodzianka, która naprawdę mnie całkowicie zaskoczyła.  Odbyła się u naszych znajomych, z którymi wtedy byliśmy w bliskiej zażyłości. Mieszkali poza Houston, mieli dużą posiadłość i duży teren wokół domu.  Była sobota, ja wtedy uczyłam w polskiej szkole kościelnej, więc byłam zajęta przez kilka przedpołudniowych godzin i nawet nie zauważyłam, że mój mąż coś tam organizował z Jackiem. Dostałam tylko wiadomość, że popołudniu mamy jechać do tych znajomych na ognisko i smażenie kiełbasek. Bardzo się ucieszyłam.

 Cała rodziną wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do nich. W połowie drogi Wacek otrzymał telefon, żebyśmy po drodze zatrzymali się w sklepie i kupili… musztardę?? (tak właściwie to nie pamiętam co to było, coś chyba dziwnego, bo nie mogliśmy tego znaleźć w zwykłym sklepie spożywczym).  To już było dość blisko ich domu i wtedy mój mąż oddzwonił, że NIE ma tego, co szukamy, a oni odpowiedzieli, że to ok, jakoś sobie poradzą). Podjechaliśmy pod dom, lekko się już ściemniało, weszliśmy do ogrodu za domem, pan domu zaprosił mnie do ogniska mówiąc, że ja jestem „stara harcerka’ to na pewno umiem sprawnie zapalić ognisko.. Zaczęłam ambitnie zapalać od jednej zapałki – jak to powinno być w wydaniu prawdziwej harcerki – i wtedy zza każdego drzewa, zza każdego krzaka zaczęły wybiegać postaci ubrane na czarno z balonami, krzyczeć „Surprise” i śpiewać: Happy birthday i sto lat!  A ja – byłam tak skołowana i zaskoczona, że potrafiłam tylko powtarzać, iż „ja nie mam jeszcze urodzin!”, co było prawdą, bo cała impreza była na tydzień przed datą moich urodzin, stąd nie miałam najmniejszego przebłysku nawet, że niespodzianka mogła być organizowana dla mnie. Szybko znalazłam się w uścisku Tatusia Basi, który wtedy przebywał w Houston i był moim dobrym kolegą na zajęciach angielskiego i w ogóle bardzo się polubiliśmy.  Byli też przyjaciele, z którymi uczyłam w polskiej szkole a którzy nie pisnęli słówka rano, że zobaczymy się w tak innej scenerii wieczorkiem. To były niesamowite urodziny. Słynna amerykańska niespodzianka, z czarną koszulką „40” i czarnym kapeluszem, z balonami i tortem, na którym było dużo świeczek. 

kilka migawek z 40 urodzin Wacka (rok po przyjeździe do Houston) i moje- pierwsze urodziny-niespodzianka ! (1993r)

 Miałam pomyśleć życzenie i zdmuchnąć. No i dmuchałam. I dmuchałam.. i znów się zapalały. I znów dmuchałam.. Wtedy po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się,  że istnieją świeczki, które zdmuchujesz a one zapalają się ponownie😊 Bardzo się wszyscy z mojej zdziwionej miny uśmiali.  To były świetne, niezapomniane urodziny. Mój mąż, moja rodzina stanęli na wysokości zadania. Mąż zaskoczył mnie, zresztą nie jedyny raz w życiu.

Nasza grupa towarzyska i przyjacielska rozrastała się przez lata a celebracje i imprezy z różnych okazji nadarzały się niemal co tydzień. Bywały czasy, że zdarzały się dwie „balangi” (ulubione słówko mojego przyjaciela z Florydy) w tę samą sobotę i potrafiliśmy być na obu..  Były takie czasy. Dawaliśmy radę. Niemal do białego rana. Mieliśmy siłę, pomysły, energię i taką ogromną niepowstrzymaną chęć spędzania czasu razem.  Urodziny, to jedna z okazji, która zawsze nas scala i zbliża.  Wymyślaliśmy przeróżne ciekawe „prezenty” takie, żeby nie były prosto ze sklepu, ale żeby upamiętniały urodzinowy dzień, zwłaszcza te okrągłe liczby.  Były więc różne zmyślne laurki, zdjęcia, wiersze, nagrania, krótkie przedstawienia. Wymyśliłam tego całe setki. Każdemu co innego, każdemu z serca, sama i z koleżankami. A przede wszystkim- starałam się zawsze dobrać coś, co pasowałoby do tej osoby osobiście. Co byłoby tylko o niej – z nią i dla niej. Na 50-te urodziny mojego męża kiedy już z Olą, moja chrześnicą przygotowałyśmy domek, pomysły, listę gości i pojechałyśmy do Galveston, reszta rodziny przywiozła tatusia wieczorkiem do miejsca spotkania.

 Mieliśmy rodzinny obiad i półwieczny Jubilat nie miał pojęcia, że następnego dnia dziwnym trafem na tej samej plaży zaczną pojawiać się znajomi i przyjaciele. I tak już pojawiali się przez dwa dni. Jedni na chwilę, inni na kilka godzin, jeszcze inni zostawali na nocowanie w naszym domku. Pachniał grill, mieszaliśmy mięso na hamburgery, smażyliśmy kiełbaski, piliśmy winko i piwko i cieszyliśmy się sobą, szumem morza i gwiazdami na niebie do późnej nocy.

Migawka z 60 urodzin Wacka – w Galveston – 2011

Za 10 lat na 60-kę powtórzyliśmy Galveston, już w nieco zmniejszonym gronie, ale równie fajnie, gorąco i miło. Znów przyjechali najbliżsi i najważniejsi, znów szumiało morze i znów przybyło nam lat.  I dobrych życzeń.

W tych latach zaczęłyśmy często spotykać się towarzysko w kręgu samych dziewczyn. No, może już nie dziewczyn, ale kobiet, których mężczyźni coraz bardziej zapracowani, spoważnieli, a my łaknęłyśmy więcej rozmów, plotek, babskich opowieści. Dzieci były już odchowane, potrafiłyśmy dobrze zorganizować sobie czas i zaczęłyśmy spotykać się w mniejszych lub większych grupach z różnych okazji, które zdecydowanie były bardzo „kobiece” i bawiły nas doskonale. Nie wiem kiedy i nie wiem kto pierwszy wymyślił, ale padł pomysł urodzin babskiej 50-ki. Chyba (?) zaczęłyśmy od Beatki.. Nie dam głowy za to, bo jak wiadomo z pamięcią w tym wieku kiepsko, ale tak mi coś po głowie biega…

A potem to już tak przejęłyśmy się tą naszą tradycją, że tylko dodawałyśmy pomysły coraz to okazalsze i zaskakujące jubilatkę. Najpierw więc jedna z nas Halinka D, utalentowana graficzka, tworzyła przeróżne kombinacje stron czasopism, kolorowych magazynów, w których to pojawiałyśmy się jako słynne kobiety – modelki, aktorki, pisarki, w wywiadach ze słynnymi ludźmi itd. Cuda!  Ja np. zostałam uwieczniona z Czesławem Miłoszem i tak to zostało fantastycznie zrobione, że nawet najbardziej mądrzy i spostrzegawczy ludzie nie zaskoczyli, jaka to piękna fikcja artystyczna😊 

Moje 50 urodziny obchodzone wspólnie z urodzinami Ani S. W górnym prawym rogu- pamiątka niezwykła,: z Czesławem Miłoszem na okładce Przekroju:)

Później przyszedł czas na inne pomysły np. na party hawajskie w hawajskich strojach i przy hawajskich rytmach, potem było party z masażami dla wszystkich pań, a z czasem ktoś wpadł na pomysł, że atrybutem piękna dojrzałej kobiety jest CZERWONY kapelusz i od tego momentu każda Jubilatka jako dodatek do tortu urodzinowego dostawała czerwony kapelusz. Wszystkie inne przynosiły swoje kapelusze, by dołączyć w nich i solidaryzować się pięknem dojrzałego wieku. Nasze spotkania odbywały się w domach, ogrodach, na basenach, w restauracjach. Każda okazja, każde miejsce było dobre. Z czasem grono trochę się skurczyło. Cóż, dzieci nam wychodziły za mąż, żeniły się, rodziły się nam wnuki. Jedni przechodzili na emeryturę inni wyjechali do Polski.. Drogi się krzyżują albo rozdzielają. Takie życie.  Każdy rok przynosi coś nowego. Ani nie oglądnęłyśmy się, a już trzeba było zmienić kolor kapeluszy, czyli w życiorys wkroczyły nam 60-ki. Zrobiło się fioletowo. Też ładnie.  Nikt nie posmutniał. Ktoś zarządził swoje 60-te party na biało, więc goście – i panie i panowie – w różnym stylu, ale w jednym młodym kolorze tańczyli i bawili się radośnie. Kapelusze dodały kolorytu czerwonego i fioletowego. Nadal wszystkich rozpierała radość,  czas leci a my wciąż razem.

Wciąż okrągłe urodziny pieczętujemy kapeluszami (jaki kolor wymyślimy na 70-ki?  Ja proponuję różowy.. w tym wieku już wszystko nam wolno😊 )

Spotykamy się na lunche, pamiętamy o sobie wzajemnie. Ostatnio mimo, że pandemia popsuła nam normalne życie towarzyskie, nie zapomniałyśmy o sobie. W pierwszych miesiącach odbyły się urodziny na zoomie (czego ja osobiście bardzo nie lubiłam, ale to  takie moje odczucie). Później jednak, wprawdzie w małym gronie, ale organizowałyśmy celebracje i spotkania. To nie był sprzyjający rok dla uścisków i przytulań, ale nie zamknął nam głowy na pomysły i serc na wrażliwość.

Pandemiczne 65 urodziny Grażyny M. im trudniej tym tym więcej inicjatywy, kombinacji i fantazji !

Dla naszej przyjaciółki, której 65 urodziny wypadły w samym środku roku pandemicznego wymyśliłyśmy fajny prezent składający się z 6 butelek wina i jednej butelki małej (połówki) na które wymyśliłyśmy naklejki ze zdjęciami Jubilatki z każdej dziesiątki jej życia i z odpowiednim napisem, sentencją dostosowaną do tego  okresu. Wszystko to fantastycznie estetycznie i profesjonalnie wykonane przez Anię W.  Na połówce – czyli ostatniej „piątce jej życia” dodałyśmy bieżące pandemiczne życzenia i w kilka najbliższych koleżanek spotkałyśmy się w ogrodzie. Urodziny miała niezapomniane i wyjątkowe. Urodziny Pandemia/2020 w jej życiorysie na pewno przejdą do historii!

Wiem, że są ludzie, którzy uważają, że to wszystko jest niepotrzebne. Można żyć bez celebracji, otwierania siebie i opowiadania innym kiedy mamy urodziny czy inne ważne rodzinne daty. Bywają ludzie bardzo skryci i drażni ich postawa ujawniania prywatności. Też to rozumiem i respektuję. Wciąż i uparcie powtarzam: jesteśmy różni! Myślimy różnie, czujemy różnie. Mamy do tego pełne prawo. Także do tego, żeby inni ludzie tolerowali nasze prawo do bycia innym.

Moje serce jest otwarte. Ja cieszę się, gdy mogę komuś złożyć życzenia, zrobić przyjemność, coś miłego zorganizować, napisać kilka ciepłych słów. Sprawia mi to przyjemność.

Ostatnio spotkałam się z takim rozważaniem – co jest ważniejsze: urodziny czy imieniny ?  Bo urodziny każdy człowiek ma „swoje”. Własną datę. Tę jedną w kalendarzu, która w jakiś sposób przynależy do niego. Ale – także do tysiąca innych ludzi, którzy urodzili się tego samego dnia.. 

Taki malutki domowy kalendarz rodzinny

Imieniny – dzielimy z innymi, których rodzice nazwali tym samym imieniem. I nieważne jakie powody nimi kierowały.  Ważne jest, że zarówno urodziny jak i imieniny, to okazja do powiedzenia komuś bliskiemu dobrego ciepłego słowa. Do uścisku, do wręczenia kwiatka, do przytulenia. Do okazania mu naszego uczucia.  I tylko to się liczy.

Cieszmy się więc, że mamy urodziny, imieniny, rocznice, sukcesy i każdy nowy dzień razem.


BACK

3 myśli na temat “Urodzinowo, imprezowo, kapeluszowo – po naszemu

  1. Bardzo piekny temat i tak unikalnie opisany, nie wiem, czy w calej literaturze polskiej znajdzie sie chociaz jedna analiza imieninowo-urodzeniowych wydarzen taka, jaka Ty tu zrobilas. Oczywiscie, przeczytalem z pocacymi sie oczami (dlatego nie moge tego czytac w innej kompanii niz z samym soba) i jestem zachwycony. Oraz zaskoczony bijacym z tego wpisu optymizmem, zwlaszcza w koncowce. Co nie znaczy, ze nie mam technicznych uwag: na 50-ke chyba jeszcze nie dawalyscie sobie kapeluszy, to przyszlo nieco pozniej; a okladka przekroju z Twoim wywiadem z Miloszem jest nie w prawym, a w lewym gornym rogu tego kolazu. Ale czy to wazne – tekst jest niezrownany.

    Polubienie

Dodaj komentarz