Od „Ani…” Baśki Wołodyjowskiej do „Chyłki” Mroza – rozważania o romantyzmie i sile kobiety

6/30/2021  

Od dzieciństwa uwielbiałam czytać książki. Nie było to łatwe, bo książek za dużo nie było, ale były biblioteki. W szkole można było wpaść na dużej przerwie i pogrzebać po półkach jak już zaprzyjaźniło się z panią bibliotekarką. Panie bibliotekarki lubiły uczniów, którzy kochali książki i bardzo podsycały tę miłość. Oczywiście w  pierwszym rzędzie musieliśmy czytać lektury obowiązkowe niezależnie w której byliśmy klasie. Każdy z nas pamięta, że trudno było pokochać tamte wszystkie tytuły. Potem już jako nauczycielka polskiego (i dziś z perspektywy czasu i logicznego spojrzenia) wiem, że połowa tych książek nie była nam potrzebna do rozumienia świata i samodzielnego myślenia. Ale – nie będę krytykować dziś szkoły, która mnie i całe moje pokolenie wychowała. Większość z  nas wyrosła na mądrych i myślących ludzi, więc lektury szkolne nam nie zaszkodziły. Jako nauczycielka mocno się nagłówkowałam, by dodać do tych najbardziej szablonowych i ciężkich do przełknięcia obowiązkowych dla uczniów lektur, trochę psychologii, trochę pikanterii, trochę analogii do współczesnego im życia, trochę nieszablonowej interpretacji, by każda książka nieco „ożyła”.

Pierwsze książki dzieciństwa i młodości wciąż na mojej półce

Kiedy miałam 10 -11 lat pani bibliotekarka wskazała mi pierwsze książki, które pokazały mi inny świat niż ten, co krążył wokół mnie codziennie. Może dziś już nie pamiętam wszystkich tytułów (och, ta pamięć, jak ona się starzeje😊) ale „Ten Obcy”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanka”, „Biały kieł”, „O psie który jeździł koleją” czy „Lessie wróć” potrafię wymienić jednym tchem. Potem była cała seria książek Krystyny Siesickiej, by nagle przerzucić się na serię „Przygód Tomka” autorstwa Alfreda Szklarskiego, czy „Wyspę skarbów”. Nie pamiętam nawet kolejności tych lektur, która z nich była ta pierwsza, a z którą spotkałam się dużo później.

Wtedy dość często odwiedzaliśmy z rodzicami rodzinę od strony Taty, mieszkającą niedaleko nas.  Wujek M, starszy brat  taty, był moim chrzestnym ojcem. Mieli troje dzieci i najmłodszy z nich, Kazik, był w moim wieku. Dużo nas wtedy rodzinnie łączyło. Kazik też uwielbiał czytać i tak zaczęły się nasze dziecięco – młodzieńcze dyskusje książkowe. To właśnie on wskazał mi Trylogię Henryka Sienkiewicza i jeśli dobrze pamiętam byliśmy wtedy w szóstej może w siódmej klasie. Wyprzedzał mnie zawsze o kilka rozdziałów albo o cały tom, co mnie doskonale mobilizowało do czytania i gotowości do dyskusji przy następnym rodzinnym spotkaniu. Dołączała się do nas starsza siostra Kazika, Ela, choć ona była dość cicha w tych rozmowach. My zaś, jak na dzieciaki w takim wieku, solidnie rozgadani i zapaleńczo rozdyskutowani. Do dziś pamiętam rozmowy o bohaterach każdej z tych części. Żyliśmy wtedy fascynacją każdej nowej akcji, mogliśmy o tym gadać godzinami. Dziś wydaje mi się to dziwne, że dzieci w wieku 11-12 lat zamiast biegać po podwórku albo po krakowskich plantach siedzą w pokoju dyskutują o akcji czytanych książek. Wtedy wierzyliśmy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie wyobrażaliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak świat wykreowany przez pisarza. Dla nas TO działo się gdzieś obok, a my byliśmy gdzieś tam w samym środku akcji. Lata mijały, moja droga życiowa z kuzynem zetknęła się jeszcze w liceum, ale byliśmy w innych klasach choć w równoległych (on, znacznie mądrzejszy był w klasie matematycznej!) a potem i tak okazało się, że dostał się na polonistykę, gdzie wciąż jest mądrym profesorem. 😊

Właśnie w czasie tych młodzieńczych przemyśleń, przy okazji zmagań dobrych i złych bohaterów Trylogii zwróciłam uwagę na kobiece postaci, na Oleńkę, Helenę Skrzetuską a przed wszystkim na Baśkę Wołodyjowską. Zafascynowała mnie jako Kobieta „z charakterkiem”. Nie na darmo nazywano ją też Hajduczkiem. Niby drobna, malutka, delikatna, a jednak jak na owe czasy zainteresowana „męskimi” czynnościami życia – jazdą konną, strzelectwem, polowaniem i wojną, która już na pewno nie była wskazaną i dostępna powinnością ówczesnych kobiet. Baśka zaimponowała mi wszystkim, co autor przypisał jej w swej powieści – kochała całym sercem bez granic (ba, to przecież ona oświadczyła się „Małemu Rycerzowi” a nie on jej!)

Z narażeniem życia uciekła od okrutnego Azji, opiekowała się rannymi.. pewnie dużo jej działań już zapomniałam a jednak to postać Baśki, jej mocny charakter w działaniu połączony z romantyzmem i szczerością serca wywarły na mnie tak silne wrażenie, że do dziś gdy staję w obliczu trudnych myśli, przełykam ciężkie chwile – w głowie mam cichy szept Michała Wołodyjowskiego: „Nic to, Baśka”  Ten cytat miał też ładny epizod w naszym małżeńskim życiu. Kiedyś nie tylko ja lubiłam „Baśkę”😊

„Ania z Zielonego Wzgórza” – wszystkie tomy znałam niemal na pamięć!

„Anię z Zielonego Wzgórza” czytaliśmy wszyscy. Wbrew pozorom nie tylko dziewczyny. Mój kuzyn świetnie orientował się w losach głównej bohaterki, zwłaszcza, gdy odkryliśmy, że istnieją kolejne tomy, mało znane i wtedy trudno dostępne. Zatrzymaliśmy się chyba na części zatytułowanej „Rilla ze Złotego Brzegu”, choć jak się dużo później dowiedziałam, powstały jeszcze jakieś następne tomy. Historię ognisto-rudej dziewczynki znali wszyscy  niemal na całym świecie. Jej życiowe perypetie, od biednej niechcianej dziewczynki z domu dziecka do obrazu dojrzałej mądrej ambitnej i dobrej kobiety, jej miłosne zakręty i niesłychana dobroć serca, dla każdej młodej dorastającej dziewczyny była marzeniem pięknego życia. Ale właśnie te mniej znane dalsze, już dorosłe losy Ani uświadomiły mi, że nikt nie ma życia bez kłopotów zawirowań, zakrętów i bólu. Śmierć pierwszego dziecka Ani, wojna, w której ginie syn – marzyciel i poeta, ciężkie dni choroby.. Tak, nawet Ania – romantyczka, chodząca dobroć w jednej potrzebnej chwili zamienia się w twardą skałę. Bo „po nocy nadchodzi poranek i wschodzi słońce”. Może nie zapamiętałam dokładnie tego cytatu i nie jest to odkrywcza myśl, ale w tamtych czasach marzeń o tym jakie będzie moje życie, wydawały mi się te słowa ważne. Zawsze trzeba wierzyć, że po nocy nadejdzie nowy poranek..

Czasy, w których dorastało moje pokolenie były „otwarte” dla kobiet. Pozornie – istniało równouprawnienie, większość kobiet pracowała, bo zarobki były niskie i zazwyczaj mężczyźni nie mogli sami utrzymać rodziny. Przynajmniej u mnie w rodzinie tak było. Mimo, że tata był inżynierem mama zgłosiła się do pracy, gdy już zaczęłam chodzić do szkoły, bo z jednej pensji ciężko było żyć na przyzwoitym poziomie. Ale w domu Mama robiła wszystko sama. Jakoś nie było „równości” w sprzątaniu, zakupach, gotowaniu, zajmowaniu się dziećmi. Nie pamiętam żadnego rodzinnego obrazka, by Tata pomagał Mamie w przygotowaniach świątecznych. A wiecie jakie to były przygotowania! Dwa tygodnie sprzątania z pastowaniem podłóg, myciem okien i trzepaniem dywanów, zakupów w wielogodzinnych kolejkach, gotowania, pieczenia itd.. Co najwyżej, znikał z domu, żeby nie plątać się pod nogami i nie zawadzać czytając gazetę. Czasem, zdarzało się, że gdy wyszedł, po kilku godzinach wracał triumfalnie wnosząc wysoko przed sobą siatkę z kilkoma pomarańczami, które zdobył w świątecznym szaleństwie, gdy „rzucili” je na stoiska.

Mama nigdy nie miała do niego o to pretensji, nie buntowała się, że tak to jest „poukładane”.  Ja natomiast, zaczęłam się temu dość wcześnie przyglądać i budził się we mnie bunt – dlaczego? Dlaczego facet, mąż nie może robić w domu domowych rzeczy?  Dlaczego obowiązki nie mogą być jakoś podzielone? Przecież mama też chodzi codziennie do pracy. Tata wracał z pracy do domu już parę minut po 15.00 (to były czasy😊) a Mama, ponieważ dojeżdżała tramwajem, docierała do domu dopiero po 16.00. Tata już wtedy był po swojej codziennej drzemce popołudniowej, Mama zabierała się za obranie ziemniaczków, bo reszta obiadu była zazwyczaj ogarnięta i przygotowana poprzedniego dnia.. Budziła się we mnie złość i kiedy już byłam w liceum, miałam dobry kontakt z Mamą, dużo rozmawiałyśmy. W tych rozmowach Mama przyznawała mi rację, ale też zawsze broniła Taty, a może nawet nie tyle jego, ile obyczaje, tradycję, w której wyrosła i w jakiej ułożyło się jej małżeństwo. Była z tym szczęśliwa. Te ich „trybiki” tak pracowały i to co mnie wydawało się niewłaściwe i niesprawiedliwe, dla nich było zupełnie normalne. Dziś to rozumiem, ale wtedy rozmyślałam o mojej rodzinie i wierzyłam, że u mnie będzie inaczej, ja będę silna i niezależna. Dam sobie radę we wszystkim sama. Nie uzależnię się od mężczyzny!

„Wiśta wio! łatwo powiedzieć” –to chyba powiedzonko z serialu „Dom” jeśli ktoś pamięta😊  Właśnie, łatwo powiedzieć, a zrealizować dużo trudniej. Ta moja niezależność szła sobie przez całe dorosłe życie trochę pokrętną ścieżką…

Każda kobieta ma w sobie trochę romantyzmu i choćby nie wiem jak go ukrywała to czasem lubi poddać się marzeniom, zasiąść do kolacji przy świecach, otrzymywać piękne kwiaty, tajemnicze ciepłe słówka w liście. Banalne ale piękne! Mężczyzna lubi to dawać, my lubimy otrzymywać. Także odwrotnie.  Lubimy wzajemną intymność choćby była najbardziej „lukrowana” i wydarzyła się już po raz milionowy. Bo jeśli wydarza się tylko nam i tu i w tej chwili, to jest tylko nasza. Bo dwoje ludzi ma prawo do romantyzmu, uniesień i równości w takiej chwili. Nic w tym złego.

Z romantyzmem czy z siłą babskiej wolności – na co dzień czy od święta.. Jakoś się kręci już ponad 47 lat…

Ale życie ma swoje prawa. Jest dom, jest praca, są obowiązki, stresy, nieporozumienia. Wyjazdy, rozstania, czekanie.

I ambicje: dam radę!  I dawałam sobie radę.  Miesiącami bywałam sama – dzieci zawoziłam do żłobka, do przedszkola, biegłam do pracy, dywan wielki kupiłam – przywiozłam do domu i założyłam na całą podłogę. Dziecko zachorowało – też dałam radę..  No i moja obserwacja z rodzinnego domu i teoria równości zadań rodzinnych gdzieś uleciała… Nawet nie zauważyłam gdzie i kiedy. Ale byłam silna. Jak trzeba było dawałam sobie radę w każdej sytuacji!

Pracowałam, gotowałam, sprzątałam, byłam z mężem zawsze, gdy gdzieś trzeba było być razem.  Po latach obsesja i perfekcja, by wszystko było bez zarzutu, doprowadziły mnie do punktu, w którym popatrzyłam na siebie do lustra i stwierdziłam, że ja NIE CHCĘ dawać sobie radę ze wszystkim! Ja bym chciała, nawet dziś kiedy wydaje się, że już za późno na zachcianki, żeby  ktoś o mnie się martwił, żeby ktoś dla mnie coś zrobił, o mnie zadbał jak o słabą osobę.. Nie zawsze trzeba być silną. Nie zawsze trzeba być „babą- siekierą”. Nie zwalniajmy męskiego świata od odpowiedzialności opieki i czuwania nad „drugą połową” tylko dlatego, że żona – kobieta jest silna, zaradna i zawsze da sobie radę. Zadba o wszystko, dopilnuje, poradzi sobie.. Napisze listę poleceń, wykona listę i jeszcze raz ją sprawdzi..

Oj, na mój stary babski rozum rozpuściłyśmy męski klan przez ten feminizm i konieczność własnej niezależności do granic przesady. Cóż, słyszę teraz krzyki oburzonych kobiet, że nie mam racji, bo silne wolne i wyzwolone CHCEMY być i równocześnie widzę panów poirytowanych i kipiących gniewem, że to nieprawda, przecież mężczyźni są silni i nie uchylają się od równych obowiązków i równego traktowania swoich (i innych) kobiet.. Wow, Wow! Kij włożony w mrowisko. Teraz można pogrzebać już tylko na „swoim podwórku” i pomyśleć: a jak jest u mnie w moim życiu?..

Teraz wiem, że ten idiotyczny status wyzwolonych niezależnych kobiet nie doprowadził nas do równości a do odciążenia świata męskiego od odpowiedzialności za „równość kobiet”  Mam wrażenie, że moja siła i niezależność w praktyce niewiele różni się od modelu „siły” mojej Mamy, choć tak bardzo tego nie chciałam.. Skoro mogę malować ściany, załatwiać fachowców, ustalać plany i pilnować ich realizacji, pamiętać o wszystkich rocznicach, uroczystościach rodzinnych, wysyłaniu i pisaniu kartek świątecznych i milionie spraw, których NA PEWNO nie muszę robić tylko ja, to znaczy, że jestem „sama sobie winna” jak mówi moja córka. Ustawiłam nasze życie tak, że mój bardzo dobry i kochany mąż dzięki silnej niezależnej żonie nie musi martwić się „po równo” 😦 (No tak, sama chciałam 🙂 ).

Mam wiele ciepła i romantyzmu w moim domu, często mam piękne kwiaty i wiele dobra rodzinnego, a jednak – dlaczego czasami czuję, ze „równość”, o której marzyłam kiedyś, oddaliła się się od moich młodzieńczych wizji i wyobrażeń??

Moja córka też jest z takich silnych kobiet.  Może jeszcze silniejszych niż ja, tyle że troszkę inaczej😊.  Czasem martwię się, że dużo w tym mojej winy. Cóż, geny robią swoje, wzory rodzinne, wychowanie obserwacja świata i ludzi idą swoja drogą. Ale wiem też, że ma w sobie wiele ciepła i romantyzmu, więc naturalny balans zachowa się sam.

„Chyłka” – i nie tylko, czyli Remigiusz Mróz w każdej postaci powieściowej

Ostatnie lata zaczytuję się w powieściach Remigiusza Mroza (zresztą nie tylko ja! W końcu jest na pierwszym miejscu najpoczytniejszych pisarzy współczesnych w Polsce). Przeczytałam wszystkie jego  książki, ale o tym kiedyś napiszę osobno, bo mam takie dziwne uwielbienie kryminalno-psychologiczne, filmowe i literackie. Dziś  w tym moim rozgadaniu chcę przywołać Chyłkę – prawniczkę, ulubioną bohaterkę już bodajże 12 tomów różnych niesamowitych i fantastycznie opowiedzianych historii kryminalno-prawniczych. Ale – uwaga! z wątkiem miłosno-romantyczno-żartobliwo-osobliwym Chyłki i Zordona.  Nie będę tu pisać recenzji ani zdradzać akcji, bo kto lubi to czytał albo przeczyta (Polecam! Polecam gorąco!) 

Chyłka jest pełnym obrazem stuprocentowej silnej kobiety! Współczesnej, niezależnej, ostrej (aż za ostrej!), która kocha swoją pracę, karierę, nie ma żadnych kompleksów, zahamowań, daje sobie radę w każdej sytuacji i wydaje się, ze nic nie może jej psychicznie powalić. Jej reakcje w najbardziej zaskakujących sytuacjach są szokujące, nieprzewidywalne i bardzo.. ”nie-kobiece”.

Obok pojawia się Oryński, młody prawnik, praktykant przydzielony Chyłce do współpracy i jak się okazuje.. na całe życie. A że nie jest to romantyczna historia z happy end-em więc zawirowań powikłań i problemów więcej nikt by nie wymyślił niż nasz autor, pan Mróz.

Tak, jesteśmy siłą! mamy to co chcemy w wszystkimi tego konsekwencjami, dobrymi i mniej dobrymi..

Tak, tak!  – wiem, że można mi zarzucić, iż mieszam literaturę z prawdziwym życiem a to nigdy nie jest to samo. To też wiem. Jestem już „dużą dziewczynką” i mam dawno za sobą takie doświadczenia. Nie każdy lubi analizować swoje życie, nie każdy potrzebuje wiedzieć, co naprawdę go ukształtowało i dlaczego. Ja coraz częściej chcę. I już nie boję się o tym sobie samej mówić. I wiem, że moje rozważania mogą być tylko MOJE, że nikt inny NIE musi się z nimi zgadzać.  Przecież jesteśmy różni. Czujemy różnie. I to jest piękne!

 Każdy człowiek nosi w sobie poczucie i potrzebę wolności i niezależności. Wolności płci, słowa, kariery. Ale z drugiej strony – człowiek jest „zwierzęciem stadnym”.  Szukamy drugiej połowy, przyciągamy do siebie innego człowieka, potrzebujemy wsparcia. Młodość potrzebuje innej wolności niż lata dojrzałe. Rodzina wymaga innej równości. Czasami pojawia się potrzeba dominacji i nawet nie zauważamy kiedy balans chwieje się i konsekwencje są bardzo poważne.

Literatura, poezja,  film od wieków o tym mówiły i mówią – ba, nawet krzyczą o tych problemach bardzo głośno! Dlatego myślę, że moje przemyślenia wychodzące od bohaterek dziecięcych powieści i wciąż pojawiającej się nowej literatury krążącej wokół mnie, wcale nie są tak odlegle od tego, co spotyka nas przez całe życie.

Jedni fascynują się rozprawami filozoficznymi, czy esejami psychologicznymi, inni lubią rozrywkę lekką i zabawną albo mrożące w żyłach kryminały. Wszędzie szukamy bohaterów, którzy nas zafascynują cechami, jakich często sami nie posiadamy. Głowa przyswaja sobie schematy, tworzy marzenia, układa własny sposób na życie.

Tylko – ile naprawdę możemy z tych marzeń i planów zrealizować?  Nie jesteśmy bohaterami książek czy filmów, nie możemy dowolnie jutro „napisać” siebie od nowa.

Ale możemy bardzo starać się być silną kobietą z odrobiną romantyczności – czyli Kobietą Idealną😊 choćby dla siebie samej..

P.S. Dla podtrzymania tematu odsyłam do napisanych już wcześniej wpisów o podobnych rozważaniach – choć bardziej teatralne: „Jej portret, twój portret, nasz portret” z 3 marca i „Być kobietą” z 4 kwietnia 2021.


BACK

Dodaj komentarz