6/25/2021
Wymyśliłam taki tytuł, że pewnie nikt nie wie o czym będę dziś pisać i co mi po głowie chodzi. Sama nie wiem tak do końca. Tekst ma być o mnie o dziewczynce – o kobiecie, w której dojrzewała Babcia, jaką dzisiaj jest.
Każdy człowiek ma, jak mawiała moja Mama „białe noce”. Takie dziwne noce, które nie chcą być nocami, utulającymi nas w cichym spokojnym śnie. Śnie, który przerywa zmęczenie po całym dniu, przynosi spokój, ukojenie myśli, daje wytchnienie zmęczonym mięśniom. Wyłącza nas na kilka godzin z kieratu dobrego spokojnego czy też nerwowego i trudnego życia. Czasem tak, czasem siak. Sen – dobra wróżka, zamykająca powieki, zamykająca szufladki myśli, problemów i kłopotów. A nawet radości, nadmiernych egzaltacji i uniesień.
Gdy jednak ogarnia nas „biała noc”, gdy noc przeobraża się w dalszy ciąg dnia, choć za oknem ciemność i gwiazdy na niebie – nasz mózg ma się źle. Myśli nie chcą dać mu odpocząć, mimo wygodnego łóżka i cieplutkiej pościeli nie możemy ułożyć się w pozycji gotowej do snu. Kręcimy się, siadamy, wstajemy, idziemy po szklankę wody, sprawdzamy godzinę na zegarku i dziwimy się, że czas tak powoli płynie..
Znacie to? Ja aż za dobrze.. Tak było w głębokim dzieciństwie gdzie potrafię sięgnąć pamięcią, w młodości szkolnej. Tak było w czasach, kiedy wydawało się, że po dniu pełnych miliona spraw rodzinnych, zawodowych, domowych, szkolnych, po sprzątaniach, praniach, telefonach towarzyskich, odrabianiu lekcji z dziećmi, kłóceniu się z mężem, planowaniu zakupów na następny dzień, wieczorem już tylko mogę paść na łóżko i zapaść natychmiast w najgłębszy wielogodzinny sen (och, jeśli życie pozwalało to może 6, 7- godzinny.?) A jednak, mimo, ze padałam, dopadała mnie „biała noc” . Najpierw była mgła, już zbliżała się czarna dziura nocy a kiedy zbawienny sen prawie nadchodził, już był blisko – zaczynał się taniec rozmyślań. I nie miałam szans go powstrzymać. Nie umiałam go odtrącić przegonić..
Jako mała dziewczynka nigdy nie miałam babci. Swojej „własnej” babci. Ponieważ Mama pochodziła z wielkiej wielodzietnej rodziny, gdy ja się urodziłam mama mojej Mamy właśnie wtedy umarła. Miałam dwa miesiące, więc nigdy jej nie poznałam. Widziałam zaledwie może dwa-trzy zdjęcia, bo przecież kto w tamtych czasach, zwłaszcza w biednych rodzinach, troszczył się o udokumentowanie kogoś na zdjęciach. Jedyne, które wbiło mi się w pamięć, to zdjęcie babci na łożu, już po śmierci, bo (niestety) takie rodzina postanowiła uwiecznić wśród świec i kwiatów. Cóż, takie były czasy i takie obyczaje. I to zdjęcie znalazłam w rodzinnym albumie jako nastoletnia dziewczynka. Babcia wydawała mi się bardzo stara, w czarnej chuście na głowie, ubrana oczywiście na czarno. A miała tylko 62 lata. Ale żadne z tamtych starych zdjęć nie zachowało się do dzisiaj, przynajmniej w moich „archiwach”.
Pomyślałam wtedy, że.. nie chciałabym mieć nigdy takiej babci.. Nie miałam wtedy pojęcia, ile ta kobieta w swoim życiu przeszła, jak ciężko pracowała. Urodziła czternaścioro dzieci, gotowała posiłki na piecu, codziennie rozpalanym zwykłym drewnem. Nie miała pralki, przeżyła wojnę, nie wiedziała co to chwila dla siebie, odpoczynek, co to kino, książka. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że ta pani w czerni była moją babcią.
Drugą babcię pamiętam bardzo mgliście. Mieszkaliśmy razem z nią w małym dwupokojowym krakowskim mieszkaniu, ale gdy miałam pięć lat babcia umarła. Niestety, wcześniej długo leżała sparaliżowana i pokój, w którym przebywała zawsze był zamknięty. Moje dziecięce wspomnienie kojarzy się tylko z zapachem, brzydkim zapachem, który zawiewał z tamtego pokoju. Mama często kazała nam rano leżeć okrywając kołdrą po samą brodę, gdy szeroko otwierała okna. Niejeden raz bywało bardzo zimno, a ona wietrzyła pokój bardzo długo, rano i wieczorem. Nie rozumiałam, co się dzieje. Nie wiedziałam, jak bardzo trudno jest rodzicom, a zwłaszcza mojej Mamie, która mając dwoje malutkich dzieci, jeszcze opiekowała się dniami i nocami swoją teściową, nie ruszającą się z łóżka ponad półtora roku. Czasy były takie, że chorzy starzy ludzie po prostu leżeli – umierali w domu. Pewnego dnia Mama wzięła mnie za rękę i powiedziała, że za chwilę wejdziemy do pokoju babci, bo babcia chce mnie zobaczyć. I żebym uścisnęła babci rękę i uśmiechała się do niej. Pamiętam doskonale ten moment. Nie wiem dokładnie kiedy to się zdarzyło, pewnie na kilka tygodni przed babci śmiercią. Miałam 5 i pół roku. Weszłam, zobaczyłam siwą bielusieńką staruszkę, pamiętam ten obrazek jakby dziś był wciąż przede mną! Babcia uśmiechała się. Nie miała zębów. Jak taki obrazek mogło zapamiętać tak wyraźnie 5-letnie dziecko? Nie wiem. Ale jestem pewna, że zapamiętałam. I zapamiętałam strasznie przykry zapach. Nawet jako dziecko nie mogłam go znieść. Do dnia dzisiejszego mam ogromną wrażliwość na zapachy. Poznaję i zapamiętuje wszystkie zapachy. Wiele sytuacji życiowych, dobrych i złych, najszczęśliwszych i trudnych kojarzy mi się właśnie z zapachami.
I już nie uścisnęłam babci ręki. A w każdym razie nie pamiętam tego. Mama wyprowadziła nas z pokoju babci. Mnie i mojego brata, którego trzymała na ręku. Miał niewiele ponad rok.
W październiku, był piękny słoneczny jesienny dzień. Nasza sąsiadka – opiekunka zabrała nas na spacer. Kiedy wróciliśmy, Mama paliła w pokoju w piecu. Mieliśmy ładne piece kaflowe. Pamiętam, że zapytałam ją dlaczego pali w piecu, przecież jest tak ciepło na polu.. (wiecie przecież, że nie na DWORZE! mówi do was Krakuska!) Nie wiem, co Mama odpowiedziała, ale już więcej babci nie zobaczyłam, a po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się, że w domu były dwa pokoje a odór leków, mięty, moczu i czegoś pewnie jeszcze zniknął na zawsze. Jest mi bardzo smutno, bardzo ciężko i nie wiem, czy już kiedyś o tym komukolwiek mówiłam, ale obraz drugiej babci kojarzy mi się z tym brzydkim zapachem. I gdyby gdzieś się pojawił koło mnie, pewnie natychmiast bym go rozpoznała. Miałam tylko kilka lat i nawet fakt, że moja babcia była chora nie był dla mnie straszny. Tylko ten zapach był porażający. Zapach, który był koło mnie długie miesiące, choć jako dziecko nie byłam tego świadoma..
Wiedziałam, że moje kuzynki mają babcie, że jeżdżą do nich na wieś, spędzają tam wakacje. Kiedyś nawet, gdy już byłam w szkole podstawowej, pojechałam razem z nimi na taką wyprawę. Zazdrościłam im, że mają swoje babcie. Ale równocześnie NIE chciałam mieć moich babć, bo bałam się ich starości, ich zapachu a przede wszystkim tego, że ich – zupełnie NIE znałam..
Z czasem zaczęłam dorastać i rozumieć, co znaczy mieć babcię. Wiele rodzin było wokół nas trzypokoleniowych. Jeździli na wakacje do dziadków, zostawali na ferie szkolne z babcią, mieli swoje święta rodzinne w gronie, gdzie babcia i dziadek byli ważnymi osobami. W moim dzieciństwie i młodości często natrafiałam na książki i opowieści, gdzie starsza pani – babcia była ogniwem spajającym rodzinę, przykładem dla młodych, a przede wszystkim niemal zawsze była chodząca łagodnością, dobrocią i ciepłem. Wciąż jednak była dla mnie postacią daleką. Książkową, filmową, ale nigdy nierealną. No i zawsze.. starszą, siwą, troszkę zmęczoną. A potem gdzieś pojawiła się w moich wyobrażeniach staruszka wesoła sprytna, taka, która potrafiła przechytrzyć niejednego naiwnego młodego człowieka. Już nie pamiętam, jaki to był film, gdy staruszka uwielbiająca podróżować po świecie, wsiada sprytnie bez biletu do samolotu i uwikłana w tragiczną sytuację z terrorystą (który przypadkiem jest jej sąsiadem na siedzeniu obok) i bombą na pokładzie – przydaje się w ostatecznym uratowaniu samolotu przed nieuchronną katastrofą. W zamian za to babcia – staruszka otrzymuje już do końca życia darmowe bilety na kolejne loty po świecie. Film trzymał w napięciu, był dość dramatyczny, ale sympatyczna i bardzo sprytna staruszka zmieniła moje wyobrażenia o babciach. Tytułu filmu nie pamiętam, ale z pewnością ktoś mi pomoże i podpowie, za to obrazek babci zapamiętałam do dzisiaj.
W latach mojej młodości polska szara rzeczywistość nie dawała naszym mamom, które powoli zostawały babciami zbyt wiele szans na modne stroje, odważne kolory. Wiek „wymagał” powagi, przekroczenie 40-ki to był próg, który w latach 70-tych nie pozwalał na sukienki czy spódniczki przed kolana, na modne szerokie nogawki spodni czy plastikowe kozaki. Te wszystkie akcesoria ówczesnej mody dostępne były tylko dla młodych kobiet. A czterdziestolatka czy pięćdziesięciolatka to już przecież była stateczna osoba. Zwłaszcza jak.. była babcią. Dziś czasy zmieniły się kompletnie. Czasem trudno odróżnić Mamę od Babci, Córkę od Mamy. Sama byłam niejeden raz świadkiem sytuacji, gdzie córka z nagannym spojrzeniem mówiła do swojej Mamy – Babci: mogłabyś mieć trochę dłuższa tą sukienkę! A Babcia – Mama odpowiadała ze szczerym śmiechem: a mnie się taka bardzo podoba😊 !
No i fryzury! Moda na „trwałą” – sposób na postarzanie nawet najbardziej młodych i świeżych twarzy. I jeszcze tapirowanie włosów, im wyższa „wieża” tym lepiej.
Długo zeszło naszym Mamom, by przekonały się, że zmiana koloru włosów z siwych na kasztanowe czy lekko blond a może trochę czarne jest zdecydowanie korzystniejsza niż naturalna babcina siwizna.
Nigdy nie widziałam mojej Mamy w spodniach! Tak, była przy tuszy (och, coś o tym wiem, niestety!) ale myślę, że nie nosiła tych spodni, głównie z powodu wpojonej jej zasady, że kobieta po 40-ce spodni nosić NIE może. Dziś każda kobieta grubsza (gruba i najgrubsza) znajdzie sposób na chodzenie w spodniach, z tuniką, długim swetrem, luźną koszulą. Stawiamy na wygodę, na luz i nikogo to nie dziwi. Moda ma swoje prawa. Poczucie swobody, zasady i czasy w jakich przyszło nam żyć zmieniają nasze wyobrażenia i marzenia.

Moje dzieci miały więcej szczęścia. Do czasu naszego wyjazdu do Stanów wychowały się w bliskości dziadków, choć od początku mieszkaliśmy w innym mieście, więc nie był to kontakt codzienny. Ale większość świąt spędzaliśmy razem, często przyjeżdżaliśmy do rodziców na weekendy, moi rodzice uwielbiali zabierać dzieci na wakacje i wyjazdy na ferie wiosenne czy jesienne. Każda Babcia oferowała cos innego, każdy Dziadek był troszkę inny. Wnukom pozostały bardzo różne wspomnienia. Ale cała czwórka dziadków zaoferowała wnukom tak wiele dobrego, że do dziś noszą w sobie bogactwo wspomnień i doświadczeń tamtych lat, choć dziś są dorosłymi ludźmi. To właśnie Dziadek Bronek zaszczepił w moich dzieciach bakcyl wędrówek i potrzebę nieustających wycieczek poznawania Świata. Babcia Helenka opowiadała historyjki rodzinne i lepiła z kolorowego papieru i złotek ozdoby na choinkę, których już dziś nich z nas nie potrafi odtworzyć. Babcia Janka czytała książeczki, godzinami rozmawiała o polskiej historii a Dziadek Władek rozśmieszał naiwnymi pytaniami i rozbawiał swoim bardzo specyficznym naiwnym humorem.
Kiedy już byliśmy w Houston, Helenka przyleciała do nas kilka razy, w pierwszym małym mieszkaniu dzieci dzieliły z nią pokój, pomagały jej dzielnie przetrwać bardzo ciężki czas po śmierci Dziadka Bronka. Babcia odzyskała równowagę i chęć do życia tylko dlatego, że miała koło siebie swoje wnuki. Piekła ciasta, pączki, gotowała obiady, jeździła z nami na wycieczki, cieszyła się ich nowym lepszym życiem i miłość pokoleniowa działała w obie strony. Po kilku miesiącach mogła wrócić silna i znów gotowa pomagać wnukom, których jeszcze trójkę miała w Polsce.

Potem przyjechali rodzice mojego męża. Znów moje dzieci na kilka miesięcy mieli Babcię i Dziadka obok siebie. To były wyjątkowe chwile. Trzy miesiące później dziadek Władek zmarł na wylew.
Babcia Janka dożyła 96 lat. Moje wnuki przez kilka lat miały pra-babcię. To wielkie szczęście. Coś, co uważam za „podwójne” błogosławieństwo. Babcia Janka cieszyła się ich przyjazdami do Polski i choć najmłodszego z nich, Chase’a, nie poznała osobiście, to miała dużo jego zdjęć, opowieści. Piękny to prezent od życia – być Matką, Babcią i pra-Babcią…
Kiedy moja Mama została Babcią miała 53 lata. Ja także miałam 52 lata. Czy byłyśmy takimi samymi babciami? Pod wieloma względami tak. Obie byłyśmy niezwykle szczęśliwe, że zostałyśmy obdarowane przez los wnukami. Byłam ogromnie dumna, że jestem młodą babcią. Chwaliłam się tym faktem wokół i z radością oświadczałam, że być BABCIĄ jest fantastycznie! A byłam jedną z pierwszych babć w moim koleżeńskim i przyjacielskim gronie. Dobrych kilka lat upłynęło zanim inne koleżanki poczuły i zrozumiały moje uczucia świeżo upieczonej babci. Nie miałam żadnego poczucia, że muszę zmienić swoje zwyczaje, stać się „babcią stateczną”, a już – nie daj Boże! siwą i poważną! Moje życie nie zmieniło swoich zwyczajów, moje ubrania nie zmieniły kolorów, które lubiłam i nadal lubię. Uwielbiałam tańczyć, pracować i cieszyć się życiem, choć już wiedziałam, że nasza rodzina jest teraz trzypokoleniowa. Nie unikałam dodatkowych babcinych „obowiązków” , wręcz przeciwnie, z całą radością rzuciłam się w wir pomocy opiekowania się maluchem. Zajmowanie się niemowlakiem. Każdego możliwego dnia obserwowanie jego nieporadnych ruchów rączek, fikanie nóżek, każdy uśmiech, pierwszy ząbek, spacer z nim – wszystko to daje babci tak wielkie szczęście, jakiego nikt kto NIE jest Babcią nie może sobie wyobrazić. Wiadomo, że każda babcia była kiedyś matką i przeżyła wszystkie etapy macierzyństwa. Bóg tak skonstruował „instytucję rodziny” by dać nam najpiękniejsze ludzkie doznania, by nauczyć nas kochać we wszystkich wariantach. Przez lata każdego dnia doświadczamy wszystkich kolorów miłości i kiedy myślimy, że znamy i wiemy już wszystko o kochaniu – pojawiają się wnuki i jeszcze jedna miłość.. Tak silna, tak niesamowita, tak elektryzująca, ze choć czasem babcia jest zmęczona po godzinach dniach „dyżuru” z maluchem, to nigdy niczego nie żałuje, żadnej minuty nie oddałaby za czas spędzony z wnukami.


Dziesiątki wspólnych chwil spędzonych z wnukami, chwil bezcennych i niezapomnianych.

Mijały więc lata, odbierałam chłopaków ze żłobka, przedszkola, szkoły, jeździliśmy razem rodzinnie na wakacje, jeździliśmy tylko my – dziadkowie z nimi do Polski, pokazywaliśmy im to, co ważne dla nas i dla nich, by poznawali od wczesnych lat korzenie nasze, ich rodziców i ich własne. Polubili Kraków, smoka wawelskiego, góry polskie, poznali prababcię Jankę, przyjaciół ich rodziców i naszych, Warszawę i Gdańsk, rodzinę i dziesiątki opowiadań o naszej młodości, o i rodziców dzieciństwie, o wakacjach na jeziorem na Kaszubach. Nauczyliśmy ich języka polskiego wspólnie z ich rodzicami i nasze wnuki, dziś już duże i wielce „samodzielne” są świadome swoich korzeni i z dumą mówią, że są Amerykanami i Polakami. Najmłodszy wnuk, choć po polsku nie mówi, zna kilka słów polskich, przyjaźniąc się z kuzynami coraz częściej wciąga się w polskie tematy i już nawet miał w szkole swą pierwszą prezentację o Polsce – kraju swojego Taty.
Mam takie babcine marzenie – może niedługo pojedzie do Polski i powoli, podobnie jak Christoph i Lukas pozna miejsca związane z życiem swojego Taty – Polaka. I nas – jego dziadków i pradziadków..
Lata lecą, wnuki rosną a my.. starzejemy się. Cóż, tego także ukryć się nie da.
Babcia 50-letnia to zupełnie co innego niż taka, co ma prawie 20 lat więcej. Można żartować, że dzisiejsze (prawie..) „siedemdziesiąt” to jak kiedyś 50-ka, ale tak naprawdę każda babcia wie..
Budzimy się rano i wstajemy powoli, pijemy kawę bardzo powoli, z rąk wypada filiżanka albo łyżeczka. Każda prosta czynność zajmuje dużo więcej czasu niż kilka lat temu. To wkurza. Złości. Przeraża i denerwuje. Głowa pracuje jeszcze całkiem dobrze. Czytam dużo książek, pisze ten blog, biegam na spotkania towarzyskie, uwielbiam nadal moje wnuki , spotkania rodzinne, a jednak – życie zwalnia tempo choćbyśmy bardzo bardzo tego nie chcieli..
Nigdy nie byłam osoba bezczynną, zawsze COŚ robiłam. Nie jest to najlepsza cecha w życiu, że nie umiem się wyluzować i odpoczywać, choć i tak troszkę i bardzo powoli się już tego uczę. Nie, nie będę ukrywać – nie z własnej woli, raczej z przymusu życiowego, bo coraz częściej zwyczajnie już nie mogę tak biegać jak kiedyś, jak jeszcze całkiem niedawno. Tu boli, tam strzyka, tu łamie.. Kolana „nie moje”, siły brak, wejść na drabinę nie mogę, podnieść ciężkiej torby nie dam rady, kręgosłup boli, gdy sadzę kwiatki w ogródku.. Ja NIE CHCĘ!! Ale babcie już nie mogą sobie tak do końca z tym poradzić. Już muszą balansować mądrze, z głową do góry, pomiędzy swoimi marzeniami o babci silnej zdrowej, modnej, radosnej, pięknej i aktywnej a coraz starszej, spowolniałej, ograniczającej bieganie życiowe.
Muszę pozostawić dla moich wnuków wspomnienie Babci, która przez lata była obok. Dawała im ile tylko potrafiła, ale nie zatraciła siebie tylko dlatego, że stała się Babcią. Wnuki powinny mieć dziadków aktywnych zdrowych ciepłych ale i mądrych – takich, których zapamiętają, kiedy już będą zupełnie dorośli.
Ja takich nie miałam. I wiem, że nie ma w tym winy ani moich dziadków ani rodziców.
Dlatego tak bardzo jako mała dziewczynka, może nieświadomie, ale już gdzieś w głębokiej wyobraźni, obraz siebie jako Babci kreował się w mojej głowie.
Jestem Babcią spełnioną. Jestem Babcią szczęśliwą.
I wiele Babć na świecie, w tym momencie uśmiechnie się do siebie i powie: WIEM, CO CZUJESZ!
BACK




Jeszcze raz o filmie. Ten „Airport” wyszedł w 1970 roku. Były jeszcze dwa: „Airport 75” i „Airport 77”. Niestety o babci nie dowiedziałem się więcej. Może kiedyś ktoś zrobi film o Babci Małgosi…
PolubieniePolubienie
Ten film pamiętam dobrze. W Polsce nazywał się „Port lotniczy”. Kilka kat później zrobiono „Port lotniczy 2”, więc być może ten oryginalny teraz jest „Port lotniczy 1”. Choć wątpię. Nie wiemy, jakie zdanie o tej babci miały jej wnuki, ale chciałbym, żeby taką Babcię, jaką Ty jesteś, zapamiętali na zawsze jako najlepszą na świecie
PolubieniePolubienie