6/16/2021
Byłam tuż po pierwszej klasie liceum, spędzałam wakacje w Gdańsku, u rodziny mojej Mamy, z kuzynami. Miałam 16 lat i teatr fascynował mnie ogromnie. Zwłaszcza, że ciocia, z którą byłam w dużej przyjaźni pracowała w Teatrze Wybrzeże, o czym już chyba wcześniej wspominałam pisząc o wakacyjnych czasach młodości. Spektakl „Niech no tylko zakwitną jabłonie” szalał już w wielu polskich teatrach od 1964 roku, kiedy to jego premiera odbyła się 16 czerwca.
W Teatrze Wybrzeże „Jabłonie..” zagościły w kwietniu 1967 roku i przez wiele lat (oczywiście z małymi przerwami na inne spektakle) nie schodziły z desek scenicznych. W czasie tych niezapomnianych wakacji 1969 roku, każdego wieczoru, kiedy tylko miałam możliwość byłam na przedstawieniu. Słuchałam piosenek, chłonęłam teksty, zafascynowana patrzyłam na dynamikę tańca, kombinację scen, które przecież nie mają ciągłości fabuły i nie stanowią jednolitości tematu. Każdego razu odnajdowałam coś innego, coś nowego, niesamowitego. Energia tego przedstawienia porażała. Miałam tylko 16 lat, ale ogromną wrażliwość na świat, miłość, budziła się we mnie jak w każdym 16-latku otchłań połykania wszystkich doznań życia, sztuki, muzyki. Nie znałam innych wersji tego przedstawienia choć wiedziałam, że jest ich kilka i że to warszawskie, w Teatrze Ateneum, jest owiane wspaniałą recenzją i zachwytem wszystkich, którzy zdążyli je oglądnąć… Wtedy jeszcze niezbyt wiele wiedziałam o Osieckiej, jej poezji i jej życiu. Ale od tamtego czasu Agnieszka Osiecka krążyła wokół mnie jak dobry niespokojny duch. Przewijała się w różnych momentach mojego prywatnego życia i pojawiała się moich w literackich zainteresowaniach.
Na festiwalach piosenki często gościły Jej teksty i zawsze były niezwykłe, nigdy nie „przechodziły” obojętnie niezauważalnie. Ja jednak, jak każdy młody człowiek miałam wiele swoich spraw, czas leciał zbyt szybko, by skupiać się na jednym temacie. W latach studenckich zachwycaliśmy się Marylą Rodowicz a jej piosenka „Małgośka, mówią mi..” była moim mottem i piosenką witającą mnie jako młodą mężatkę tuż po odejściu od ołtarza, gdy schodziliśmy po schodach do podziemnej sali krakowskiego SPATiF-u na przyjęcie weselne. Wtedy znów wróciło nazwisko Osieckiej, która choć starsza od Rodowicz napisała dla niej bardzo dużo tekstów. To był duet niemal doskonały.
No tak – ale nie o Osieckiej mam pisać, inni, mądrzejsi i ważniejsi napisali już o niej dziesiątki książek, wspomnień, pamiętników. A ja przez wiele lat starałam się to wszystko przeczytać, bo życie tej kobiety i poetki było niezwykłe i fascynujące a jej śmierć stanowczo przedwczesna.
Kiedy rozpoczęłam pracę w naszym Teatrze w Houston, znów powróciła myśl o Agnieszce Osieckiej i jej twórczości. Najpierw nieśmiało. Przeglądałam, czytałam „Listy Śpiewające”. Osiecka napisała kilka świetnych mini-dramatów: lekkie, przyjemne, z życie wzięte. Trochę zabawne, trochę liryczne, o miłości, rozstaniach, samotności. Wybrałam trzy i wystawiliśmy je w 2001 i 2003 roku. Jeszcze później w 2005 roku powróciliśmy do Osieckiej w sztuce pt. „Apetyt na czereśnie”, ale o tych wszystkich przedstawieniach opowiem innym razem.
Dziś mam nastrój i potrzebę zacząć swe wspomnienie o naszej Osieckiej od sztuki, która dla mnie była największym wyzwaniem i największym przeżyciem w ciągu 20 lat pracy w houstońskim Teatrze.
Jak bumerang powróciło marzenie wystawienia „Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Nie miałam niczego oprócz wspomnień z młodości, nie wiedziałam jak z Houston dotrzeć do oryginalnego tekstu. Wiedziałam oczywiście, że są zasady i prawa autorskie, ale pomyślałam, że jakoś sobie poradzę.. Dzięki kochanym przyjaciółkom w Polsce, gdzie jak wiadomo wszystko można załatwić, zdobyłyśmy tekst, piosenki i.. dziesiątki nieprzespanych, ale ekscytujących nocy i setki rozmów z Beatką co i jak zrobimy. Bo ja MUSIAŁAM to zrobić! Tyle, że szybko okazało się, że w naszych skromnych tutejszych warunkach jest to prawie niemożliwe.
P R A W I E, bo nie na darmo dwie głowy myślały dniami i nocami, żeby nie wymyśliły. Oczywiście – tekst oryginalny został nieco zmieniony i opracowany przeze mnie tak, by dostosować go do możliwości młodzieży polonijnej w Houston, bo wtedy w teatrze grała tylko młodzież. I aby nie zarzucono nam, że bez praw autorskich tworzymy oryginalne przedstawienie, nasza wersja była interpretacją – ale dość wierną, na ile możliwości i umiejętności nam pozwalały.
W tym spektaklu na scenie pojawiło się 16 osób i może to nie brzmi jak wielka obsada, ale dla nas była to największa grupa aktorska w historii naszego Teatru a i tak aktorzy pojawiali się na scenie w różnych odsłonach i rolach po kilka i kilkanaście razy. Do tego dodajmy dużo piosenek, do których NIE mieliśmy podkładów muzycznych, więc Beatka dobrze musiała się nagłówkować i napracować, żeby je wszystkie zdobyć, zagrać, uruchomić, przeprowadzić dziesiątki prób muzycznych, skoordynować z tekstem. W sumie – już naprawdę nie pamiętam ile miesięcy trwały próby, ale chyba bardzo bardzo długo. Zwłaszcza, że sztuka wymagała wiele prób zbiorowych, w dużych grupach, co w naszych domowych warunkach (u mnie w domu) wymagało nie lada wyczynów gimnastycznych, dobrze zaopatrzonej lodówki w zimne napoje, przegryzki i słodkości, winko dla reżysera i asystentki 😊, szczelnie zamkniętych drzwi do innych pokoi dla tych, co ćwiczyli granie na gitarze albo odrabiali zadanie domowe do szkoły. W innych momentach mieliśmy próby małymi grupkami, albo tylko z tymi co śpiewali.
Na początku nikt nie rozumiał, o czym właściwie jest ta sztuka. Nie ma w niej logicznej fabuły, trudno więc było młodym ludziom pochwycić jej sens. Przestrzeń czasowa obejmuje 40 lat i sztuka dzieli się na dwa akty, część przedwojenną i powojenną. Na jej tekst składają się oryginalne reklamy z gazet międzywojennych, ballady podwórkowe, wiadomości prasowe, jakieś instrukcje ZSMP-owskie, nawet fragmenty prywatnych pamiętników czy korespondencji Osieckiej. To była długa i trudna lekcja historii Polski. Zwłaszcza, że w naszym zespole mieliśmy wtedy obok młodzieży starszej już studiującej, także młodziutkich licealistów jak Joasia S. czy Benjamin S. Dla nich to było duże i przejmujące wyzwanie – nie tylko zagrać w takiej sztuce, ale i rozumieć co grają, jak bardzo zmieniają się, gdy kolejny raz pojawiają się na scenie w innym zupełnie wcieleniu. Spektakl trwał prawie dwie i pół godziny, z przerwą pomiędzy aktem pierwszym (przedwojennym) i drugim (powojennym). Aby oddzielić tematycznie sceny zastosowaliśmy przewijające się jak w niemym filmie napisy, które wnosiła Jessica B. wdzięcznie uśmiechając się do widzów (niestety, kamera ustawiona była tak niekorzystnie, ze żaden z napisów nie jest widoczny na nagraniu).
Część przedwojenna ma w sobie wartką akcję, dużo elementów podwórkowego życia biedoty i marginesu społecznego i dla kontrastu pojawiający się równie bardzo szybko bogacze, Rekiny finansjery, Kokoty czy nawet Poeci. Pełny przegląd przepływającej społeczności warszawskiej (polskiej).
A w tym obrazie nie zabrakło też przejmującej sceny zatytułowanej przez autorkę sztuki „Kochamy. Nie kochają nas” – opowiadającej o Matce-Żydówce (Kasia L) czytającej list od syna, który zapowiada swój powrót do domu (Mein Idische Mame). Statek nazywa się Lincoln. Sara, narrator (Natalia M) wprowadza nas w ostatnie chwile tęsknoty i matczynego oczekiwania. I tragicznego wydarzenia: katastrofy zatonięcia statku Lincoln…
Jedna z najbardziej emocjonalnych scenek zagrana fantastycznie przez obie nasze dziewczyny. Dla Natalii M. był to wielki wyczyn aktorski. Trudny tekst, dużo emocji a język polski wtedy stwarzał jej niemało problemów. Byłam pełna podziwu nad jej zmaganiami i fantastyczną robotą aktorską. Jak już napisałam – nagrania nie są dobrej jakości, ja jednak nie pominę takiej okazji ich przypomnienia.
Kostiumy uprościliśmy do minimum, w części pierwszej było kilka akcentów międzywojennych: meloniki, szale boa, kapelusze, muszki dla panów, ale ogólnie sceneria i kolorystyka była prosta, szara. Zmienialiśmy rekwizyty za pomocą krzeseł, drobnych akcentów (kwiatek, gazeta, ruch aktorów).
Cześć druga powojenna zaakcentowana była mocnym kolorem czerwonych chust na szarych koszulkach, Traktorzystkę w jej kostiumie i z chusteczką na głowie nie pomylimy z nikim innym, zwłaszcza w jej rozmowie z „przyszłym inżynierem” pełnej miłości do.. traktora. (Jacek M. i Ewa M.)
Ale za to „elementy wywrotowe” jak jazz, pompa, „dżambulaja” i samba były już bardzo kolorowe, nowoczesne i wyzywające jak na tamte czasy, w mini spódniczkach, ciemnych okularach, wysokich kozakach i dziwacznych czapkach. Wyraźnie stanowiły kontrast z socjalistyczną kolorystyką szarej Polski.
Scena nadziei – ślubów i marzeń młodego pokolenia wniosła nieco kolorowych T-shirtów na scenę, by potem znów pogrążyć się w smutku i beznadziei „Ulicy Kamiennej” – Natalia M. (szare płaszcze zwane trenczami) bo „to wszystko było nie tak, nie tak” (śpiewała Edyta W.)
A potem znów – „od początku postawimy nasze miasta, domy nasze”… Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie !!..
Ileż w tej sztuce smutku, sarkazmu, napiętnowania złego w otaczającym nas świecie, ale także jak wielki optymizm i nadzieja na lepsze życie. Jabłonie zakwitają każdego roku, a wraz z ich pięknem i odrodzeniem się znów jest nowe życie.
Świat nie jest zły. Takie najpiękniejsze przesłanie podarowała nam Osiecka blisko 60 lat temu i tak trwa po dzień dzisiejszy. Hossa! Bessa! Bessa! Hossa! Nie tylko w finansach ale i w życiu tak bywa.
Od Prostego Człowieka, Biedaka, Kokoty, Żigolaka do Inżyniera, Rekina finansjery, Inżynierowej czy Jaśnie Pana. Wszyscy chcą być szczęśliwi – Traktorzystka i Kochankowie z ulicy Kamiennej, młody Junak i Małolaty, którym marzy się podróż na Kanary i na deser ser „fromage”..
Marzenia o odbudowie i czarne noce kolejnych reżimów. Kolejne zrywy i kolejne przegrane. I znów nadzieja Gierkowska – „Będziecie mieli pompę”. (piosenka w wykonaniu Kasi K)
Mogłabym tak bez końca o każdej scence, o każdym aktorze i aktorce, którzy wbiegali na scenę co kilka minut zmieniając swoja osobowość, wcielając się w inną postać. Sceny przesuwały się jak w kalejdoskopie – raz „prasówka” z przedwojennych gazet, reklamy szamponu czy innych dziwacznych artykułów, ogłoszenia o pracy, by zaraz potem scena stała się częścią ulicy Warszawy przedwojennej czy zebrania młodzieży ZMP w powojennej Polsce. Piękna choć tylko symboliczna jest scenka sygnalizująca II wojnę, która kończyła akt pierwszy przedstawienia. Wejście Kasi K. zapierała dech w piersiach widzów.
Wszystkie te elementy, bo trudno mówić o jednolitej całości, są mocno okrojone w stosunku do oryginalnego tekstu. Bardzo trudnego dla naszej młodzieży. Z mojego punktu widzenia powiem szczerze – to co młodzi zrobili, to niesłychanie wielka praca. Ogromny tekst, trudne słownictwo, akcja w dużych grupach. Godziny, godziny prób, powtórzeń, walki z każda najmniejszą linijka tekstu. Tylko my, którzy tam byliśmy wtedy razem, wiemy jak to było.
Niestety, musieliśmy bardzo okroić ilość piosenek. Nie mieliśmy jeszcze wtedy dobrze rozśpiewanych aktorów, dopiero zaczynaliśmy swoje muzyczne „wyczyny”. Nie bardzo umieliśmy też poradzić sobie z muzycznymi podkładami do piosenek. I tu wielkie brawa dla Jasia K. Do dziś podziwiam jego samozaparcie i godziny prób z gitarą. Grał wszędzie i bez przerwy. Do każdej piosenki do każdej melodii. Nie mieliśmy nut, a jeśli to bardzo niewiele. Skąd Jasiu to wszystko złożył, jak to wymyślił, usłyszał – nie mam pojęcia. To już dostanie jego i Beatki tajemnicą😊 Dlatego w stosunku do oryginalnej wersji muzycznej przedstawienia nasz spektakl był dużo bardziej uboższy. Ale i tak uważam, że poradziliśmy sobie całkiem dobrze i piosenki naszych początkujących śpiewających aktorów podobały się publiczności.
Chciałabym ocalić od zapomnienia każdą chwilę tego houstońskiego przedstawienia. Nagranie z 2002 roku jest oczywiście słabe ale i tak nie potrafię powstrzymać się, by nie zamieścić tu kilku scenek by przypomnieć jak wtedy – dziś już dorośli żonaci, z dziećmi i rodzinami poważni ludzie wykonujący odpowiedzialne zawody – zagrali moją ukochaną Osiecką i z entuzjazmem zaśpiewali „Świat nie jest taki zły”.
Kilka miesięcy temu TV polska zrealizowała serial pt. „Osiecka”. Głowna role poetki grają dwie wspaniałe aktorki Eliza Rycembel (młoda Osiecka) i Magdalena Popławska (Osiecka w wieku dojrzałym). Przez film przewija się cała plejada wspaniałych polskich aktorów, którzy grają postaci znanych pisarzy, poetów działaczy od lat 50-tych do 90-tych XX wieku. Film przedstawia życie Agnieszki od wczesnej jej młodości (czas zdawania matury) do momentu jej śmierci. Tłem są artystyczne, obyczajowe i polityczne realia tamtych czasów i wiele z tych historii pomaga zrozumieć sens scenek zawartych w spektaklu „Jabłonie” i nawet słowa poszczególnych piosenek. Mimo przeczytania wielu książek o A. Osieckiej, jej poezji, wracania do jej wierszy wielokrotnie dopiero po obejrzeniu tego serialu dopełnił się obraz życia i twórczości tej niesamowitej kobiety i twórcy. Polecam wszystkim obejrzenie tego serialu, naprawdę warto!
Jestem ogromnie szczęśliwa, że w moim małym teatralnym epizodzie życia udało mi się taki spektakl zrealizować na obczyźnie, z młodzieżą polsko-amerykańską. Mam w sercu ogromna nadzieję, że ślad po tym przedstawieniu pozostanie w aktorach na długo a motto piosenki „Świat nie jest taki zły” będzie im towarzyszył do końca życia.
Galleria naszych aktorów w akcji jak widać różnych odtwarzanych przez nich postaci. Zdjęcie pierwsze to końcowy moment, cały zespół, po przedstawieniu. Zdjęcie ostatnie już na przyjęciu – najmłodszy aktor ze szczęśliwą Mamą, Elą M i ze mną.































