Czy nauczycielką można się urodzić?

6/4/2021   

Jestem emerytką. Tak, wiem, brzmi to bardzo staro. Ale niekoniecznie tak się czuję choć czasami, nie zaprzeczam, jak każdy z sześcioma krzyżykami (uppss, nawet trochę więcej) na karku, czuję ich przytłaczający ciężar. Ale – tylko czasami. Coraz częściej rozmyślam nad latami, które są już poza mną i zastanawiam się jak wiele elementów mojego życia było słusznym przemyślanym wyborem, a ile rzeczy wydarzyło się tak po prostu – przypadkiem. Nie jestem wyjątkiem. Myślę, że każdy człowiek ma własne historie na drodze życia. Raz rozmyślamy bardzo długo nad wyborem ważnych decyzji, innym razem coś się zdarza.. I toczy się dalej. Czy chcemy czy nie, podejmujemy wyzwanie i brniemy dalej.

W mojej rodzinie nie było nauczycieli. Nie było też humanistów. Tata był inżynierem, mama księgową i właściwie w domu mojego w dzieciństwa czy  młodości nie rozmawialiśmy na temat wielkich planów na przyszłość. Byłam chyba w siódmej klasie kiedy powiedziałam, że będę nauczycielką. Nikt za bardzo się tym nie przejął. Wcale się nie dziwię, bo i kto bierze na poważnie takie deklaracje dzieci w wieku 13 lat. Ale ja już wtedy byłam przyboczną w drużynie zuchowej. Lubiłam opowiadać, lubiłam gdy mnie słuchano. Lubiłam organizować zabawy, gry, prowadzić różnego typu zajęcia z młodszymi ode mnie. Lubiłam obserwować moich nauczycieli i bardzo mnie fascynowała ich praca. Miałam duży respekt dla nich. Nie byłam uczennicą, która krytykuje nauczyciela tylko dlatego, że jest nauczycielem. Większość moich nauczycieli po prostu lubiłam. Choć – tu muszę przyznać uczciwie, na mojej drodze edukacyjnej znaleźli się i tacy, którzy nie zapisali się w mojej pamięci najlepiej. Panią od geografii w liceum do końca życia będę wspominać jako przyczynę moich wrzodów  żołądka i koszmarów nocnych. I jeszcze pewnie kilku innych mogłabym na tę listę wpisać.

Ale tak naprawdę – dość wcześnie w moim życiu wiedziałam, że chcę uczyć. I od początku miałam świadomość, że nie jest to zawód dochodowy ani łatwy.

Życie brnęło do przodu, orłem w liceum nie byłam, ale przedmioty humanistyczne lubiłam i instruktorką zuchową a potem harcerską byłam z powołania. Uwielbiałam to robić, a to przecież bardzo silne powołanie pedagogiczne. Dzieci i młodzież mnie lubiły, a ja ich. Zbliżała się matura. Trzeba było podjąć decyzję o tym z jakich przedmiotów będę zdawać egzaminy i powinno było to być skoordynowane z wyborem kierunku studiów. Dla mnie było jasne. Idę na polonistykę. Uniwersytet Jagielloński, wydział filologii polskiej znajduje się 15 minut piechotą od mojego domu. Tam będę próbować zdawać i dostać się na studia. Cztery osoby na jedno miejsce. W tamtych czasach dostanie się na studia było bardzo trudne! Niektóre kierunki, w tym polonistyka były bardzo oblężone. Medycyna, prawo – horror! Osiem – dziesięć osób na jedno miejsce. Ale już niektóre inżynieryjne kierunki miały niedobory. Podobnie jak np. filologia klasyczna.

Pół roku do matury. Miałam w planie zdawać jako dodatkowy przedmiot historię, bo ten oprócz polskiego pisemnego i ustnego musiałam zdawać na polonistykę. No i oczywiście język. Wybrałam rosyjski, bo francuski był dla mnie koszmarem, choć rosyjski wcale nie mniejszym. Ale zawsze to bliższy polskiemu..

Tata wciąż nie przyjmował do wiadomości, że mogę iść na polonistykę. Niby żartem, ale cały czas nie odstępował od propozycji Politechniki Krakowskiej, którą sam kiedyś ukończył.  Ja ciągle nie przejmowałam się jego przytykami i tak trwało do dnia – gdy tata dostał zawału serca. Miał tylko 42 lata.

Pamiętam, że  była zima. Tata leżał w szpitalu w Nowej Hucie. Pojechałyśmy z mamą tramwajem, to była długa podróż, potem jeszcze szłyśmy kawał drogi piechotą. Kiedy go zobaczyłam, przestraszyłam się nie na żarty. Rzadko bywałam w szpitalu, rzadko widziałam ludzi chorych poważnie. Wyglądał strasznie. Uświadomiłam sobie, że on może umrzeć. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam…

Nie pamiętam, czy to była nasza pierwsza wizyta czy już któraś później, ale tata nagle zaczął mnie prosić, żebym nie szła na polonistykę, żebym zrezygnowała ze swoich planów. Nie wiem jak to się stało, że złamałam się i obiecałam, że nie pójdę, ale też nie obiecałam, że będę próbować zdawać na politechnikę. Miałam dobrą koleżankę, która planowała studia na psychologii. To też było w zakresie moich zainteresowań i zahaczało częściowo o zdawanie egzaminu z języka polskiego. Nie wiem jak, kiedy i w jaki sposób, ale strach, przerażenie, że tata umrze, a ja zrobię coś wbrew jego woli.. doprowadziło mnie do decyzji, że skoro nie potrafię podjąć decyzji zdawania na politechnikę na jakikolwiek wydział inżynierii, to może psychologia będzie „pośrednim wyborem” i jakoś uratuje zarówno życie Taty jak i moje sumienie i moją przyszłość. 

Tata bardzo ironicznie wyrażał się o zawodzie nauczycielki, uważał, ze nigdy nie zapewni mi to należytego spokojnego bytu w przyszłości. Dziś rozumiem jego obawy, ale wtedy całkowicie skołowana, podszyta strachem, bez jakiejkolwiek podpory, porady zupełnie się zagubiłam. Na kilka miesięcy przed maturą wszystkie moje wyobrażenia i wybory były zupełnie bezsensowne. Tata szczęśliwie wrócił do domu i powoli dochodził do zdrowia, ja uczyłam się do matury historii, jako dodatkowego przedmiotu. Równocześnie zaczęłam uczyć się z moją koleżanką Basią, biologii, nadrabiać materiał z czterech lat liceum wierząc, że uda mi się w ciągu kilku tygodni nauczyć biologii tak, by zdać ją wystarczająco dobrze i dostać się na psychologię. Psychologia należała do bardzo popularnych kierunków – 8 osób na jedno miejsce. Nie wiem co ja miałam wtedy w głowie. Dlaczego wydawało mi się, że psychologia uratuje mnie przed przerażającą inżynierią i pogodzi moje marzenia i Taty?  Konsekwencje tego planu były bardzo przykre. Na studia nie dostałam się i to nie  z powodu biologii a… polskiego. Egzamin ustny poszedł mi bardzo źle. Pierwsze pytanie dotyczyło „Bogurodzicy”  i do dziś pamiętam szczegóły, o jakie pytano mnie. Dziś (tzn. już od dawna) wiem, że te pytania nie miały prawa być mi zadane, bo opierały się o bardzo szczegółowe opracowania, które w materiale szkoły  średniej NIE były obowiązkowe.  Ale to odkryłam dopiero po wielu latach, gdy  sama zostałam nauczycielką języka polskiego i poznałam wymogi programu pierwszej klasy liceum. Cóż.. kiedy na jedno miejsce było ośmiu kandydatów, jakoś trzeba było tych siedmiu oblać. Do dziś nie mogę przeżyć tej porażki, szczególnie dlatego, że był to język polski. Wśród wszystkich moich najbliższych przyjaciół tylko ja jedna nie dostałam się na studia. Mogłam jeszcze wybrać sobie kierunek, na którym były wolne miejsca jak np. filologia klasyczna. Nie skorzystałam. Byłam załamana. Nie chciałam jechać na obóz harcerski, nie chciałam widzieć mojego chłopaka, nie chciałam spotkać się z moimi przyjaciółmi. W tamtym momencie taka porażka wydawała mi się tragedią. Tata czuł się współwinny. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości. Ponieważ oczekiwanie na wyniki egzaminów trwały dłużej i obóz harcerski już się zaczął, ja dojechałam nieco później. To był dla mnie straszny moment. Czułam się zdruzgotana i gorsza niż wszyscy moi rówieśnicy. Wszyscy, którzy dostali się na studia za pierwszym podejściem. To było moje pierwsze życiowe doświadczenie wielkiej porażki. Wtedy bardzo trudne. Jakoś przeżyłam. Po rozmowach z rodzicami postanowiliśmy, że za rok będę zdawać na polonistykę tak jak sobie wymarzyłam i tak jak chcę. Ten rok przeznaczę na dodatkową pracę, w szkole znalazłam możliwość zajęć z uczniami, którzy potrzebowali zajęć pozalekcyjnych uzupełniających, co mnie dawało dodatkowe punkty liczące się w dostaniu się na studia. W tamtych czasach dużo dodatkowych rzeczy liczyło się przy naborze studentów na studia np. słynne punkty za pochodzenie robotnicze i rolnicze. Ja oczywiście takowych mieć nie mogłam, bo jako córka inżyniera miałam pochodzenie inteligenckie, wiec punkty za pracę przez rok w szkole były na wagę złota. Kilka miesięcy przed egzaminami skorzystałam z lekcji ze studentką polonistyki (nie z profesorem!) aby powtórzyć cały materiał z języka polskiego i historii.  Był jeszcze język rosyjski, który w sumie poszedł mi najgorzej, ale jakoś ten egzamin zdałam i za drugim podejściem dostałam się na wymarzoną polonistykę z nadzieją, że kiedyś jednak będę nauczycielką. 

Pierwszy rok na Uniwersytecie Jagiellońskim był piękny wymarzony, a potem życie potoczyło się jak szalone, wyszłam za mąż wyjechaliśmy do Sosnowca i już jak może ktoś gdzieś przeczytał zaczął się inny rozdział – nie mojego a naszego życia.

Byłam żoną, urodziłam dziecko, nie przerwałam studiów i zostałam nauczycielką.

Teoretycznie chyba na trzecim roku wybieraliśmy kierunek nauczycielski albo nie -nauczycielki ale czy to naprawdę miało jakieś znaczenie? Ci, którzy mieli zadatki na pozostanie na uczelni i kontynuowanie pracy naukowej mogli mieć nadzieję, że nie będą nauczycielami w szkole. Ale reszta z nas? Biblioteki, szkoły.. czy mieliśmy duży wybór wtedy? Tacy jak ja, którzy chcieli uczyć należeli do mniejszości.  Ja chciałam. Tyle, że zaraz po skończeniu studiów okazało się, że nie ma lekko i miejsc pracy jest bardzo mało. Chciałam zacząć pracować zaraz od września, ale były tylko miejsca w szkole podstawowej i to wcale nie blisko. Dzielnica nazywała się Zagórze i nie miała najlepszej opinii. Byłam bardzo niezadowolona, więc zdecydowałam się zahaczyć na jakieś zastępstwo na pół etatu. Dostałam uczenie polskiego w szóstej i siódmej klasie. Zaczęłam prawdziwą pracę nauczycielki. Robiłam to co chciałam, ale nie tak jak chciałam. Czułam, że nie mam dobrego startu, że nie mam porozumienia z dziećmi w wieku 10-11 lat. To nie było to, o czym marzyłam, co sobie wyobrażałam. Szukałam dalej. Oczywiście, jak to w czasach lat 70-tych, w których w Polsce wszystko opierało się na kontaktach, koneksjach, znajomościach, uruchomiliśmy pół świata wokół i szczęśliwie dla mnie już po miesiącu dowiedzieliśmy się, że zwolnił się etat polonisty w Liceum Medycznym w Sosnowcu i tak wylądowałam od 1 października 1977 roku jako najmłodsza, trzecia polonistka w Medyku. Byłam zachwycona.

 to moja pierwsza klasa w której miałam wychowawstwo – „czepkowanie” – tradycyjna uroczystość nałożenia białych czepków przyszłym pielęgniarkom. Odbywała się na początku drugiej klasy (czyli niemal zaraz jak zaczęłam moją pracę nauczycielki i wychowawczyni) 1977

Natychmiast przejęłam też wychowawstwo drugiej klasy (czyli 10-tej) ponieważ osoba, która odeszła (młody polonista, który w drugim podejściu dostał się do szkoły teatralnej) był wychowawcą tej klasy. Rzucono mnie więc na „głęboką wodę”.  Dwadzieścia sześć dziewcząt znających się dość dobrze już od ponad roku, niewiele młodszych ode mnie, zgranych i dobrze zorganizowanych.  Miały już swój system klasowy, znały swoich innych nauczycieli, to ja byłam ta nowa.  Nowa i niedoświadczona. To ja musiałam zastartować tak, by ustawić się na właściwym miejscu, wypracować sobie dobre relacje i sprawdzić się jako dobra nauczycielka polskiego. Miałam w sobie mnóstwo entuzjazmu, pomysłów i trafiłam na bardzo sprzyjający grunt wśród koleżanek i kolegów nauczycieli. To było młode grono i szybko zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami.

Zdjęcia na górze pochodzą z czasów wspólnej pracy. Byłyśmy z Martą „ jak siostry” -zawsze razem, podobne i nierozłączne. Dwa dolne zdjęcia to spotkanie u Iwety, córki Marty i Andrzeja w Norwegii w 2011 r

Natrafiłam na Martę, nauczycielkę WF-u, dziewczynę młodą energiczną pełną humoru i bardzo podobną do mnie. Tak bardzo, że gdy zaprzyjaźniłyśmy się, nasze uczennice po wielu latach jeszcze nie mogły uwierzyć, że nie jesteśmy siostrami.  W szkole byłyśmy zawsze razem, miałyśmy podobny gust i ubierałyśmy się w podobnym stylu. W krótkim czasie wszyscy przywykli, że na pewno jesteśmy siostrami😊. Drugą koleżanką, z którą zaprzyjaźniłam się była matematyczka, która też zaczęła uczyć w tym samym roku co ja (tyle, że od września). Była niesamowita. Wesoła, zabawna, świetna organizatorka – stanowiłyśmy silny zespół młodych i zwariowanych. Było jeszcze kilka innych, też fajnych dziewczyn, część uczyła przedmiotów zawodowych pielęgniarskich, więc częściowo pracowały w szpitalach, bo tam też nasze uczennice miały swoje lekcje praktyczne.

Spotkanie w Sosnowcu, 2019
Moje grono pedagogiczne Medyka po 30 kilku latach
. Niemal w takim samym składzie jak w latach 80-tych.To był wspaniały dzień.

No i nasz „rodzynek” nauczyciel historii, słynny Ziutek. Sama nie wiem jak on wytrzymywał wśród nas, w takim babińcu ale zdaje się, że całkiem dobrze sobie radził i w dodatku chwalił sobie ten układ. Zawsze uśmiechnięty, nigdy niczym za bardzo się nie przejmował. Lekko łysy (dziś już dużo bardziej😊 z dużym sumiastym wąsem, zabawny- uwielbiałyśmy go. On nas chyba też. I tak w tym gronie przetrwał długie lata. Nie wiem czy do emerytury, bo ja odeszłam wcześniej, ale dwa lata temu, gdy udało nam się zorganizować spotkanie tamtego dawnego grona pedagogicznego po ponad 30 latach, moje „kółko” koleżeńskie stawiło się niemal w niezmienionym składzie i Ziutek także znalazł się w tym kręgu. Nic się nie zmienił. Wiele z moich koleżanek także nie. To, że wszystkim nam przybyło trochę lat to oczywiste, ale kto by na to patrzył! Spotkaliśmy się tak radośnie i tak szczęśliwie jak za dawnych lat przy stole w pokoju nauczycielskim. Tym razem stół był w ogrodzie, my bez dzienników szkolnych pod pachą, za to z mnóstwem wspomnień, które oczywiście rozsypywały się, bo każdy pamiętał co innego i w innym wydaniu. Mój nauczycielski czas, ten z pokoju nauczycielskiego był wspaniały. Trafiłam na dobrych ludzi, z niektórymi wciąż mam kontakt, choćby sporadyczny, FB-owy, ale pamiętamy o sobie, pozdrawiamy się i kiedy widzę moje koleżanki (i Ziuteczka) na zdjęciach, gdy znów spotykają się z okazji Dnia Nauczyciela albo przed świętami Bożego Narodzenia, to łezka kręci mi się w oku, że nie mogę być tam z nimi. Dlatego tak bardzo jestem im wdzięczna za zorganizowanie naszego spotkania w Sosnowcu, kiedy byłam w Polsce w 2019 roku.

Moje pierwsze doświadczenia uczenia to była ciężka praca.  Szukanie dróg jak i co wymyśleć, by uczennice polubiły literaturę, by chciały czytać książki, by odważyły się rozmawiać i dyskutować na lekcjach. Większość uczennic (tak, to były prawie same dziewczęta, czasem zdarzył się jakiś odważny co chciał zostać pielęgniarzem 🙂 ) pochodziła z średnio zamożnych albo biednych rodzin, często z okolicznych wsi i małych miasteczek. Zawód pielęgniarki czy opiekunki dziecięcej, który można było zdobyć po ukończeniu liceum medycznego a równocześnie pełne średnie wykształcenie był dużą szansą dla wielu tych dziewcząt na dobre ustawienie się i start na samodzielne życie. Uczenie w Medyku przez 17 lat w klasach od I do IV licealnej, coroczny udział w komisji maturalnej, stworzenie sobie dobrej przyjaznej pozycji z uczennicami, a równocześnie poczucie, że udaje mi się każdego roku stworzyć ich dobre relacje z polską literaturą i lekcjami polskiego.. to wszystko było dla mnie wielkim wyzwaniem ale i satysfakcją. Wiedziałam, że większość uczennic mnie lubi, że lubi przedmiot i sposób prowadzenia lekcji. Oczywiście, na pewno były takie, które przeszły przez tę szkołę i „nie zakochały się” w polskim, ale przecież nigdy wszystkim się nie dogodzi. Kiedy czytałyśmy fragmenty „Pana Tadeusza” i udawało mi się wywołać ciszę i zachwycić dziewczyny pięknym nagraniem koncertu Jankiela ( szkoda, że nie pamiętam  czyja to była owa wzruszająca deklamacja..) i widzieć, że ten fragment polskiej poezji nie jest im obojętny – byłam szczęśliwa i pewna, że jestem w swoim życiu zawodowym na właściwym miejscu. Pamiętam, jak trudno było przekonać uczennice do przeczytania „Lalki” Bolesława Prusa. „Cegła” – nudna z wieloma długimi opisami, niezrozumiałymi dla młodych dziewczyn nudnymi wywodami..

A potem jakoś tak udawało się sprowadzić dyskusję za pomocą pytań bardzo „uwspółcześnionych”, psychologicznych i nagle Stanisław Wokulski stał się człowiekiem, o którym toczyła się gorąca dyskusja: czy romantyk czy pozytywista?  Co w nim było silniejsze, czego pragnął bardziej.. Jak to wyglądało w epoce Wokulskiego a jak z punktu widzenia naszych czasów lat 80-tych. A Izabela? Jaką była kobietą? Czy ją lubimy, pochwalamy? I nagle okazywało się, że Prus nie jest nudny, że „Lalka” jest fascynująca!  Czasem się udawało. Właściwie dość często.. I to uwielbiałam! To tylko jeden przykład a przecież każdego dnia działo się coś fajnego fascynującego.  Podobnie było z poezją. Moje koleżanki polonistki narzekały, że to zupełny koszmar analizować wiersze, że to dziedzina kompletnie dla młodych niezrozumiała a czas na lekcjach stracony. Ja nigdy tak nie uważałam. Owszem, nie było łatwo otworzyć młodzież na odbiór poezji, ale nie było to niemożliwe, a już na pewno nie był to nigdy czas stracony. Zawsze lubiłam poezję i wierzyłam, że jeśli ja coś czuję widzę, to potrafię też to innym pokazać. Nie wiem ile naprawdę udało mi się w życiu moich literacko-nauczycielskich marzeń zrealizować, ale wciąż wierzę, że młodzi ludzie nauczyli się czegoś dobrego i ważnego ode mnie, tak jak ja nauczyłam się wcześniej od moich nauczycieli. Bo dobry nauczyciel to skarb dla ucznia. Nauczyciel, który ma pasję i wiedzę i chce przekazać tę wiedzę i umie to zrobić jest nieoceniony. Nie twierdzę, że jestem wyjątkiem i że jestem w tym najlepsza.  Ale wiem, że uczenie innych było i wciąż jest moją pasją. Moje uczennice spędzały dużo czasu ze mną poza godzinami w klasie, na przerwach często oblegały mnie wokół opowiadając o swoich problemach, pytając, radząc się, śmiejąc i płacząc. Z moją klasą, której byłam wychowawczynią gdy tylko zaczęłam uczyć, zaprzyjaźniłam się tak mocno, że aż do wyjazdu do Stanów (w 1990r) spotykałam się w różnej mniejszej czy większej grupie, u mnie w domu, zawsze 1 września o 5.00 popołudniu. Po kilku latach już nie umawiałyśmy się, po prostu pamiętałyśmy o naszym spotkaniu. Gdy wyjechałam (w sierpniu) zawiadomiłam je i obiecałam, wierząc absolutnie głęboko, że następnego roku znów spotkamy się, jak zwykle o 5-ej…

Nie spotkałyśmy się. Odnalazłyśmy się już tylko z kilkoma z nich na portalu „Nasza klasa” a potem na FB-u. Ale i tak jest miło. Tyle wspomnień..

Inaczej niż w szkole, ale równie fascynująco, może nawet czasem bardziej 🙂

A potem – wyjechałam z Polski i już nie byłam nauczycielką taką w prawdziwym „szkolnym” wydaniu. Ale to nie znaczy, że przestałam uczyć. Uczyłam przez lata w sobotniej polskiej szkole parafialnej, w Ognisku Polskim aż wreszcie przez wiele lat prowadziłam moje ukochane „lekcje teatralne” w Polskim Teatrze.

To prawda, to już nie to samo. Ale wciąż dawałam z siebie to, co potrafię najlepiej, przekazywałam wiedzę z polskiej literatury, języka.  W szkole Ogniska Polskiego choć lekcje odbywały się tylko w soboty i miały zupełnie inny charakter niż regularne lekcje w szkole w Polsce, to wcale nie były dla nauczycielek łatwym zadaniem. Ale i tu potrafiłyśmy wspólnie z moimi koleżankami uczyć – stworzyć wiele różnorodnych ciekawych form, które mam nadzieję dały efekty na zawsze. Jedną z takich momentów było zorganizowanie kolonii dla dzieci w Galveston o tematyce bardzo polskiej, każdego dnia innej – góralskiej, indiańskiej, sportowej, aktorskiej.

Artykuł o kolonii naszych polskich dzieci w Galveston, który napisałam do „Głosu Nauczycielskiego” – gazety polskich nauczycieli w Ameryce – 1996

Później o naszej kolonii ukazał się w „Głosie Nauczycielskim” artykuł opisujący nasze polskie lato tutaj w Stanach. Ogrom naszej pracy w Ognisku, nasze szalone i pomysłowe akcje, wyjazdy, spotkania mają tak bogatą historię, że zasługują na osobne opowiadanie. Trzeba więc nieco poczekać na kolejne opowieści 🙂

A w różnych momentach mojego houstońskiego życia, kiedy udało mi się mieć prywatne lekcje polskiego, stawałam się na godzinę – dwie zwyczajną nauczycielką, jak za dawnych lat w szkolnej klasie w Medyku.

Przez kilka lat uczyłam języka polskiego starszego Pana, Amerykanina. To było niezwykłe doświadczenie.  Pan Ch. (ach, czy wiecie, że zasady języka polskiego wymagają, że przy użyciu skrótu imienia trzeba postawić kropkę po pierwszej literze ale w wypadku imienia zaczynającego się na literę CH, musi być użyte C (duże) i h (małe ) i dopiero kropka? – i nie pytajcie mnie dlaczego.. nigdzie wyjaśnienia nie znalazłam 😊.

Okładka książki mojego Pana Ch.- studenta języka polskiego, która powstała w oparciu o jego podróże do Europy i zainteresowanie się tematami związanymi z Polską. Na dolnym zdjęciu – informacje o książce. Autora nie ujawniam, bo nie miałam okazji zapytać Go o zgodę.

No więc mój uczeń, Pan Ch. nigdy nie miał nic wspólnego z Polską, ale pewnego dnia zaczął interesować się historiami polskich i ukraińskich cmentarzy żydowskich i rozpoczął podróże do Europy, zwiedzanie miejsc, rozmawianie z ludźmi. Zaczął poznawać coraz więcej ciekawych starych historii i tak trafił na Kraków, Warszawę, Poznań i różne małe miejscowości i… zainteresował się też polskim językiem. Rozpoczął swą naukę od zera. Ale z taką pasją i tak bardzo przykładał się do nauki, do zadań domowych, które zadawałam mu z tygodnia na tydzień, że chyba nigdy w życiu nie zdarzyło mi się mieć tak solidnego, porządnego ucznia. Od nauki języka niespodziewanie przeszliśmy do kultury, polskich świąt, obyczajów, obrzędów, książek, teatru. Kilka razy mój student przyszedł obejrzeć sztuki Polskiego Teatru, do których wcześniej przygotowywałam go skrupulatnie, żeby mógł je zrozumieć nie tylko językowo ale i w kontekście sytuacji literackiej. Dla mnie to było jak odrodzenie się marzeń. Wiedziałam, że Pan Ch. nie może skorzystać z tego tak naprawdę w stu procentach, ale jego próby włączenia się w polską kulturę i język były niesamowite a mnie przyniosły ogromną satysfakcję.

 Po kilku latach, sytuacja życiowa Pana Ch. skomplikowała się i lekcje skończyły się, nasze kontakty są sporadyczne, ale ja będę mu zawsze wdzięczna za te wspólne godziny wzajemnego uczenia się. Bo i on dał mi wiele i nauczył mnie jak można być aktywnym w starszym wieku i ile pasji i pięknych zainteresowań można w życiu realizować.

lekcja z chłopcami

Dziś znów uczę – uczę języka polskiego moich wnuków. Każdego tygodnia jadę do nich na regularne lekcje i cieszę się, że oboje mówią po polsku, piszą i czytają. A starszy, Christoph, właśnie zdecydował, że chce zdawać IB diploma z języka polskiego. A właściwie jest to egzamin z literatury i tu muszę przyznać – jestem w dużej panice, bo tym razem wydaje mi się, że to ja będę denerwować się dużo bardziej niż on.

 Czyżby jeszcze jeden egzamin przede mną w życiu??


BACK

Dodaj komentarz