5/26/2021
Pandemia już ponad półtora roku krąży wokół nas i ingeruje w różny sposób w nasze życie. Inaczej przez pierwsze kilka miesięcy, kiedy przestraszeni i zdezorientowani siedzieliśmy w domach, bez wiedzy, co dalej, bez pracy, bez poczucia zwykłego ludzkiego bezpieczeństwa, które człowiekowi tak potrzebne by móc normalnie funkcjonować. Powoli oswajaliśmy się z rzeczywistością, przysposabialiśmy sobie nowe formy współistnienia w starym/nowym świecie. Dziś po wielu miesiącach, gdy życie wraca do normy, choć wcale nie jest normalne, znów mamy wokół siebie rodziny, przyjaciół i odwagę przytulenia najbliższych.
Kilka dni temu po raz pierwszy zdarzyło mi się spotkać towarzysko w większej kilkunastoosobowej grupie bardzo dawno nie widzianych znajomych i przyjaciół. Wszyscy zaszczepieni, wszyscy uśmiechnięci spragnieni głosu i widoku innych ludzi. Jesteśmy stworzeni do życia w stadzie. Potrzebujemy siebie, samotność jest czasem naszym wyborem ale przyjaciół pragniemy jak powietrza. Było miło, po pysznym obiedzie siedzieliśmy przy deserkach i winku na pięknym otoczonym świeżą zielenią patio i tak zeszło na rozmowę wspomnieniową o ciężkich momentach naszego „starszego” pokolenia. Cała nasza niewielka grupa wiekowo bliska sobie – począwszy od tematu pandemii „wskoczyliśmy” do czasów gdy zdarzył się Czarnobyl a potem sięgnęliśmy rozmów jak i gdzie zaskoczyły nas wydarzenia 11 września 2001roku, tak jakoś popłynęły różne wspominki kto jak je przeżył, co pamiętamy..
A ja pomyślałam, że chciałabym zanurzyć się w moje wspomnienia lat 80-tych. Przypomnieć sobie i innym, co zdarzyło się w moim bardzo młodym życiu, opowiedzieć o wstrząsie Solidarnościowym i znaczeniu tamtych zdarzeń zarówno w kraju jak i w naszym prywatnym rodzinnym i koleżeńskim życiu. To był nasz moment Pokoleniowy. Tak jak kiedyś Roman Bratny napisał powieść „Kolumbowie. Rocznik 20” i od tego czasu ten czas historyczny, to pokolenie określa się pokoleniem Kolumbów, tak moje pokolenie miało swój „Kolumbowy” moment historyczny, którym była Solidarność. Byliśmy kilka lat młodsi od tych, którzy ten ruch stworzyli i zapoczątkowali, ale włączyliśmy się do niego i czynnie wzięliśmy w nim udział. A przede wszystkim Solidarność i jego twórcy stworzyli nas, takimi jakimi staliśmy się i jesteśmy do dziś. To oni pokazali nam odwagę walki o wolną Polskę, na naszych oczach osiągnęli to, co my młodzi mogliśmy kontynuować dalej. Nie będę prowadzić dyskusji politycznych jak to wygląda po latach i dlaczego. To już zupełnie inny temat i na inny czas.
Miałam 27 lat, dwoje malutkich dzieci, samodzielne życie, z którym dawaliśmy sobie rady jak wiele podobnych rodzin. Byliśmy w tej dobrej sytuacji, że dzięki swojemu uporowi i (co tu mówić – młodzieńczemu buntowi) mieszkaliśmy sami, bez pomocy rodziców dawaliśmy sobie finansowo radę i angażowaliśmy się w różne małe i maleńkie akcje „anty-rządowe” czyli odmawialiśmy należenia do partii w pracy (a na uczelni takiej jak Uniwersytet Śląski nie było to dobrze widziane), nie uczestniczyliśmy w zebraniach organizowanych przez organizacje takie jak Koło Przyjaciół Związku Radzieckiego (np. w moim Liceum Medycznym) itp. Nie była to wielka manifestacja, ale bywały nie raz ścięcia i słowne „utarczki” z dyrekcją. Jak wszyscy młodzi, godzinami obserwowaliśmy rozwój sytuacji i dyskutowaliśmy o tym co będzie dalej. Wydarzenia roku 1976 rozumieliśmy już bardzo dobrze. Zaczynaliśmy dorosłe życie w trudnych warunkach socjalnych i walczyliśmy o każdy normalny element życia. Chcieliśmy mieć zwykłe domy, książki na półkach dostępne bez ograniczeń, teatry a w nich sztuki bez cenzury, wyjazdy na wakacje w świat, uczciwe zarobki i wolność. Dlatego już pierwsze strajki w Lublinie a potem wszystko co działo się w Gdańsku było dla nas wstrząsem, a równocześnie obietnicą pokoleniową i spełnieniem marzeń o lepszym życiu. Był to okres wakacji, więc my jako nauczyciele mieliśmy przerwę wakacyjną. Obserwowaliśmy zdarzenia ze źródeł telewizyjnych i radiowych, o których dobrze wiedzieliśmy jak są wiarygodne i nadsłuchiwaliśmy wszystkich innych możliwych sposobów informacji. W tamtych czasach nie było to łatwe. Każdego dnia nasz entuzjazm wzrastał i opadał. Nikt z nas tak naprawdę nie znal do końca faktów i pełnej prawdy tego, co działo się na wybrzeżu. Dla mnie były to szczególnie emocjonalne dni, przecież cała najbliższa rodzina mojej Mamy mieszkała tam, w Gdańsku i okolicy. I wujek, brat Mamy właśnie wtedy pełnił funkcję dyrektora stoczni Lenina. Próbowaliśmy wszyscy złapać jakieś wieści ale było to prawie niemożliwe. Dopiero jak zaczęły docierać i potwierdzać się informacje o rozmowach rządu, o okrągłym stole i wreszcie porozumieniach sierpniowych – wszyscy złapaliśmy oddech szczęśliwi i dumni, że to początek końca „złego”. Wszyscy rozumieliśmy, że teraz czas na nas młodych. Trzeba działać, poprzeć tych co robią „wielkie”. Wspierać ich małymi kroczkami, ale stać z nimi po jednej stronie. I pamiętam, że entuzjazm szalał w nas na najwyższych obrotach. Strach, który towarzyszył mi każdego dnia, gdy szłam przez lata do szkoły, gdy dyrektor wchodził do pokoju nauczycielskiego a nasze śmiechy, rozmowy milkły, bo nigdy nie było wiadomo, kto zostanie zaproszony „na DYWANIK” i w jakim celu – nagle przestał nas gnębić. Rozmawialiśmy swobodnie i to dyrektor czuł się niewygodnie wśród nas. Na jednym z pierwszych zebrań rad pedagogicznych wystąpiliśmy z propozycją a raczej żądaniem założenia w szkole komórki Solidarności, bo takie już były w wielu zakładach pracy, a także na terenie szkół w Sosnowcu i innych miastach w Zagłębiu i na Śląsku. Zespół Szkół Górniczych zorganizował się pierwszy i w nich mieliśmy silne oparcie i wzór. To oni pomogli nam jak mamy taką akcję przeprowadzić. Bo najpierw to wszystko była tymczasowa struktura a dopiero potem trzeba było przygotować wybory itd. Tak się złożyło, szkoła była mała i na tle mapy szkół województwa nie miała specjalnego znaczenia ale fakt, że mieliśmy oprócz Związku Nauczycielstwa Polskiego także Niezależny Związek Solidarności był w tamtych czasach dla nas czymś niesamowicie wielkim. A ja – zostałam przewodniczącą tej małej pierwszej Solidarności szkolnej. Pierwszej i.. ostatniej. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Na początku przystąpiło do nas kilkanaście osób ale w ciągu kilku miesięcy było nas na pewno ponad 60% pracowników. Miałam dobry układ z dyrekcją szkoły i na szczęście dogadaliśmy się dość spokojnie. Oczywiście, można się dziś śmiać z tego – były to niewielkie postulaty, dla młodych ludzi pewnie zupełnie niezrozumiałe, że trzeba było „walczyć” o tak zwykłe i przyziemne sprawy.. ale wywalczyliśmy np. mydło i ręczniki w toaletach, czego nie mieliśmy przez poprzednie lata w szkole, wydzielone miejsca na palenie papierosów, żeby nie było palenia wszędzie i byle gdzie, jakieś dodatkowe ulgi dla matek z małymi dziećmi, ograniczenia dla dyrektora w sprawie sprawdzania nauczycieli bez uprzedzenia i wpadanie na lekcje, stresowanie nieprzyjemnymi uwagami. Było dużo dyskusji, które jeszcze rok czy pięć wcześniej groziłyby wyrzuceniem nauczyciela z pracy. Teraz mogliśmy mówić o wielu naszych bolączkach, choć i tak wciąż niejedna osoba nie była w stanie przezwyciężyć lat zawiązanych ust. Już nie pamiętam szczegółów, ale było tego trochę. To nie były wielkie polityczne żądania, ale nasze nauczycielskie i ludzkie, które dawały nam szanse na poczucie, że współtworzymy to miejsce pracy. Mamy też coś do powiedzenia. Mamy swoje miejsce. Chaos był coraz większy, w kraju codziennie, przybywało problemów, zaczęło się od kartek na mięso ale z każdym tygodniem coraz więcej artykułów przybywało na listę do wydzielania. Mleko w proszku dla dzieci, czekolada. Zaczęła się zima, a wraz z nią nawet buty zimowe były towarem wydzielanym na kartki. Nie ma się co dziwić, że wszystko to zaostrzało konflikty, żądania, postulaty coraz to innych grup, ujawniały się kłótnie, awantury i jasne już było dla wszystkich, że zamiast lepiej dzieje się coraz gorzej. Trudno nam było rozeznać się w tym co dobre a co złe. Żyliśmy nadzieją, parliśmy ku lepszemu.
Pieniądze przestawały mieć stabilność, bo niewiele można było za nie kupić. A jak można było, to właściwie nawet nie potrafiłabym powiedzieć dziś co ile kosztowało, bo kupowaliśmy wszystko w dziwnych miejscach, za dziwne pieniądze, każdego dnia za inną cenę. Czarny rynek działał tak sprawnie, że niemal przestaliśmy o nim myśleć jako o nielegalnym. Żeby żyć trzeba było walczyć, żeby walczyć, trzeba było umieć funkcjonować w kolejkach, w „przyjaźni” z czarnym rynkiem, a najlepiej, jeśli miało się ZNAJOMOŚCI. Łańcuszek znajomych, którzy mieli znajomych i ci znajomi, mogli pomóc innym znajomym – to był skarb tamtych czasów. Czy ktoś dziś potrafi szczerze o tym powiedzieć? To były swoistego rodzaju przyjaźnie. To działało i nikt (niestety) nie uważał, że było to nieuczciwe..
W 1981 roku na wakacje wybraliśmy się we trójkę, mój mąż, jak zawsze z Aniołem, swoim najlepszym przyjacielem i ja. Rodzice zajęli się wnukami na miesiąc w Polsce nad jeziorem w Sianowie, na Kaszubach. Pojechaliśmy „Maluchem”, najpierw do Holandii, do znajomego, który pomógł nam w znalezieniu pracy. Anioł rozsadzał cebulki tulipanów (to oczywiste, przecież byliśmy w Holandii!) a my każdego ranka dojeżdżaliśmy chyba ze sto kilometrów, na szczęście świetna autostradą, Maluchem do pracy w Amsterdamie. Dodam tylko ze byliśmy poranną atrakcją dla wielu kierowców, którzy mijali nas oglądając co to takiego jedzie, a szczególnie ciekawie przyglądali się mojemu mężowi kiedy on bardzo chciał być kierowcą wyprzedzającym choćby środkowym pasem (że nie powiem lewym..) jakikolwiek inne auto jadące obok nas. Nie wiem czy za całe dwa tygodnie pobytu udało nam się choć jedno wyprzedzić, ale mój mąż z gatunku bardzo upartych, więc każdego ranka dzielnie się do tego przymierzał. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy wiadomość od przyjaciół, których Wacek miał wielu w Niemczech (wtedy jeszcze RFN) żeby natychmiast do nich przyjechać, bo mają dla nas świetną ofertę pracy. Na wsi, spokojnie, wśród zieleni, pięknie kwitnących kwiatów. Zwinęliśmy się więc ekspresowo i już za kilka godzin byliśmy w zupełnie innym miejscu. Najpierw u rodziny Rosjan, którą znaliśmy (ja tylko troszkę ale Wacek dość blisko) z czasów pobytu w Leningradzie. Pamiętam, ze kiedy gościłam tam w czasie jednego z pobytów Wacka na uniwersytecie, oni zaprosili nas na kolację. Inteligentni wykształceni ludzie, mieli dość duże mieszkanie jak na warunki rosyjskie.

Zapamiętałam, że w dużym pokoju były bardzo ciemne bordowe tapety, na środku stał fortepian (nie pianino, a prawdziwy fortepian! Ona była muzykiem) a w oknach wisiał.. koc – z dziurą i zasłaniał szybę zamiast firanki.. gdy po niecałych dwóch latach zobaczyłam ich „małe niemieckie mieszkanko” i warunki w jakich żyli, nie mogłam długo uwierzyć, ze los może człowiekowi tak bardzo się w życiu odwrócić. Zaraz potem dojechaliśmy do wsi, zamieszkaliśmy we wskazanej willi, w ładnym pokoiku, szybko zaprzyjaźniliśmy się z panią gospodynią i poznaliśmy naszych nowych boss-ów. A że trafiliśmy akurat na dzień jakiegoś festynu, zabrali nas na to święto i tak zaczęliśmy naszą przygodę z tartakiem – od muzyki, zabawy i niemieckiego znakomitego piwa. Ale to byli Niemcy, więc oczywiście rano, punktualnie o 6.00 stawiliśmy się razem naszymi szefami do tartaku. Chłopcy mieli wtedy takie hobby nazywania nowo poznanych osób różnymi polskimi ksywkami, więc nasi szefowie tez dostali swoje nowe imiona, o których oczywiście tylko my wiedzieliśmy. Był więc Finek, Jurek, Malina i inni. Anioł i Wacek dostali swoje stanowiska przy przycinaniu desek i wkładaniu je na wózki i przewożeniu na specjalne miejsce, gdzie dalej układało się palety do dalszego transportu. Jeśli ktoś z was pomyśli teraz, że to proste to jest w największym błędzie! Cały proces był skomplikowany, wymagał nauczenia się super-niemieckiej precyzji wyliczonej co do centymetra, układania wszystkiego na czas, bo czas to pieniądz a jak pracownik nie zmieści się w czasie to znaczy, że nie może wykonać normy.. itd. Itd. Moi panowie po pierwszych dniach byli wykończeni, ale tak pełni entuzjazmu, ze właściwie o niczym innym nie mówili i dyskutowali bez przerwy o sposobach usprawnienia swoich możliwości działania. Po kilkunastu dniach byli już niemal perfekcyjni. I nadal pełni entuzjazmu.

W tygodniu życie ograniczało się pracy, dobrej kolacji, spania i znów to samo. Ale już soboty i niedziele wykorzystywaliśmy na wycieczki i zwiedzania. Jeden z weekendów zostaliśmy zaproszeni do domu Finka. Finek był „moim bossem” – ja pracowałam na końcowym stanowisku przycinania desek tam gdzie część desek już nie dochodziła więc praca była znacznie lżejsza i bezpieczniejsza. Finek zaglądał kilka razy dziennie czy jeszcze żyję, ale i inni, którzy pracowali koło mnie pomagali mi, jeśli akurat zbyt dużo kawałków desek sypało mi się na ręce.
Finek mieszkał chyba z 500 kilometrów od miejsca pracy i dojeżdżał do pracy od poniedziałku do piątku. Wsiedliśmy więc w jego BMW, właściciel zaprosił mnie na przednie siedzenie, choć moi panowie nie byli z tego powodu szczęśliwi i.. pojechaliśmy! – nie schodząc z lewego pasa niemal przez całą drogę, pierwszy raz w życiu i chyba jedyny jechałam z prędkością ponad 200 km/godz. i zapewniam, że nie był to tor wyścigowy. Nie wiem jak ja dojechałam żywa. Raz tylko spojrzałam na bok przez okno i chyba taki sam obraz widziałam potem drugi raz w życiu gdy jechałam jednym z najszybszych pociągów świata w Szanghaju.
Rodzina ta okazała się przesympatycznymi gospodarzami, mieli dwóch chłopców, w wieku 3 i 6 lat, troszkę starszych od naszego syna wtedy. To był mój ostatni tydzień w Niemczech, następny weekend mieliśmy spędzić u rodziny (przyszywanej, ale rodziny😊 w Bonn) i stamtąd wracałam samolotem do Polski. Panowie zostawali na cały następy miesiąc wrzesień a ja miałam zacząć 1-go września jak każdy nauczyciel nowy rok szkolny. Przed wyjazdem Finek otworzył wysuwaną szufladę spod łóżka jednego z synów, w której było chyba z tysiąc małych samochodzików, nazywaliśmy je wtedy „resorówkami” takie jakich dziś mnóstwo w sklepach z zabawkami i jakie wciąż każdy mały chłopiec lubi. Ale wtedy – Jacek uwielbiał je, a kupić mogliśmy je tylko w Pewex-ie za dolary (albo bony dolarowe). A on, po prostu wytłumaczył swojemu synkowi, że mały chłopczyk w Polsce nie ma takich zabawek i że trzeba się z nim podzielić i zgarnął je do wielkiej torby w ilości tak wielkiej, że nie mogłam tej torby udźwignąć. Patrzyłam na tego kilkuletniego chłopca czy nie rozpłacze się, że tata zabrał mu cały jego automobilowy majątek. Ale nie płakał.. Patrzył na ojca, jakby rozumiał dlaczego dzieli się zabawkami. Nigdy nie zapomnę tych gestów i wielu innych pomocnych gestów, które otrzymaliśmy od dobrych ludzi. To wszystko pomogło nam przeżyć te ciężkie dni i miesiące i lata. Nie tylko rzeczy otrzymywane ale przede wszystkim wiara w to, że istnieje na świecie dobro. Bo to było tylko dobro.
Finek jeszcze dzień przed moim wyjazdem do Bonn wziął mnie do sklepu spożywczego i zapytał (oczywiście na migi i wszelkimi innymi sposobami, bo mój niemiecki był mniej więcej na takim poziomie jak jego polski ale jakoś cały czas dogadywaliśmy się) jakie słodycze lubię i jakie lubią moje dzieci i bez czekania na moją odpowiedź zakupił mi następną wielką torbę słodyczy i innych pyszności. Sama nie wiem jak mnie wpuścili do samolotu, dziś nie miałabym takiej szansy.
Panowie mieli plan by w drodze powrotnej, kupić jak najwięcej towarów codziennego użytku, nadchodzący rok dla obu naszych rodzin był nieco łatwiejszy do przeżycia. Zarówno my jak i Anioły mieliśmy małe 2, 4, 5-letnie dzieci. Brakowało mleka w proszku odżywek, proszku do prania, mydeł, szamponów, dziecięcych ubranek. Najprostszych artykułów, które w markecie ALDI (absolutnie innym niż tutejsze Aldi w Houston!) w RFN kosztowały niewiele, jeśli oczywiście można było te pieniądze zarobić. Nasi mężowie od lat byli zaradni, Wacek znał niemiecki, miał wielu znajomych, zaprzyjaźnionych ludzi, którzy zawsze nam pomagali i którym nigdy tego nie zapomnimy.
Tego roku chłopcy mieli wyjątkowo dobry dochód finansowy. Młodzi i silni, roboty było dużo, to i pieniędzy też. Wpadli zatem na szatański pomysł (nie wiem czy ktoś był ich doradcą, czy tylko oni tacy genialni) i postanowili kupić nie tylko towary domowe, ale też kupili samochód. Nie byłoby to dziwne, bo dużo Polaków jeździło na Zachód kupować stare samochody. Ale nasi panowie: po 1-sze; kupili Mirafiori! Auto, które chyba tylko dobrze wypadło w bardzo modnej wówczas w piosence😊
Po drugie: to auto wyglądało super elegancko, zwłaszcza na polskich ulicach, wśród Maluchów, polskich Fiatów 125 i co najwyżej Polonezów Mirafiori prezentowało się wyraźnie z „zachodniej” planety i zwracało uwagę przechodniów.
Miało ciemny bordowy kolor, wysmukłą elegancką sylwetkę i choć było tylko fiatem, „braciszka” polskiego fiata nie przypominało zupełnie. Ale tak naprawdę – samochód był stary, zużyty, tu i ówdzie miał dziury od spodu, duży przebieg silnika i tylko w pierwszym spojrzeniu mógł zachwycić. Jak w piosence. No i takie wrażenie zrobił na naszych znajomych. A już dużo mniejsze na tych, co go ewentualnie mieli od nas kupić. Ale zanim to miało nastąpić, nasi mężowie przyjechali do Polski tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego (1-go października) dwoma autami pełniutkimi towarów kolorowych pudeł i toreb. Gdy jechali w nocy, to światła samochodów sięgały powyżej znaków drogowych, bo tak były obciążone zakupami. Nie mam pojęcia jak oni przejechali przez granicę, ale chyba już nastąpił taki moment, że na wszelki wypadek by nie wpadać w konflikty i problemy, których w tym czasie nie brakowało na wszystkich możliwych frontach, strażnicy graniczni machali ręką i przepuszczali wakacyjnych turystów udając, że nie widzą co wwożą do kraju. Każdy człowiek rozumiał, że jest ciężko. Nikt nie miał siły w obliczu ważniejszych spraw walczyć o „takie drobiazgi”😊
Pamiętam moment, jak panowie podjechali pod nasz blok. Była późna godzina nocna (na szczęście!). Zjechałam windą na dół i moim oczom ukazał się widok, który mnie zszokował. Dwa auta: mały biedny biały Maluszek i piękny bordowy – „coś” co, nie wiedziałam co – dwa razy większe i dłuższe od Malucha, oba wypchane po brzegi i napakowane na dachu jak wielkie kominy paczkami, a obok dwóch przystojnych facetów roześmianych i szczęśliwych, że wrócili do domu z taką wielką niespodzianką.. No i jak tu można było się wkurzyć na ich „super mądrą decyzję kupienia dziurawego starego Mirafiori”?? Godzinę rozpakowywaliśmy paczki, przepakowywaliśmy i dzieliliśmy dobra, do rana niemal gadaliśmy o wrażeniach i potem jeszcze Anioł pojechał do Krakowa pochwalić się swojej żonie męskimi zakupami.
Po tygodniu Mirafiori wrócił do nas do Sosnowca, został wymyty, odświeżony i pewnego dnia pojechałam nim do pracy, do Medyka. Wtedy po raz pierwszy poczułam jak to fajnie mieć dwa samochody w rodzinie, to przecież nie było w Polsce „normalne”😊 i bez dzielenia się z mężem jeździć sobie ładnym autem po mieście. I jeszcze jakim autem! Oczywiście, plotkom nie było końca. Zwłaszcza jak się pracuje w szkole. Ale wśród najbliższych przyjaciół, którzy orientowali się w sytuacji dlaczego kupiliśmy ten samochód i wiedzieli, że chcemy go sprzedać jak najszybciej, mieliśmy fajny ubaw, dużo śmiechu a piosenka o ragazzo mirafiori.. była bardzo popularna w naszych pogaduszkach towarzyskich. Niektórzy nawet namawiali nas do zatrzymania tego auta, bo jak się popatrzyło z daleka to trochę szkoda było. Ale tak bliżej.. Rzecz w tym, że rzeczywistość wyglądała już coraz gorzej. Półki sklepowe puste, tylko dziesiątki butelek octu na nich. Chleb w sprzedaży dwa razy dziennie i to długie kolejki, żeby go kupić. Inne towary – jeden koszmar! Mieliśmy pieniądze i plany z tym związane i nie mogliśmy nic wymyśleć. W tym momencie dzięki wakacyjnym zakupom dzieci były zabezpieczone, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze towary, głównie na placu owoce, jarzyny. Mieliśmy plan sprzedać tę „rakietę” Mirafiori, na naszego Malucha czekał już umówiony i bardzo spragniony go nasz kolega i chcieliśmy kupić coś większego, ale zwyczajnego polskiego. Mijały tygodnie, ogłoszenia o sprzedaży nie przynosiły efektu, my wychodziliśmy wciąż na bogaczy-posiadaczy aż dwóch! samochodów i zaczynaliśmy się bać zarówno ich posiadania jak i sytuacji w kraju, która zagęszczała się politycznie i społecznie. Coś wisiało w powietrzu..
W tym czasie wszędzie, gdzie działały Związki Solidarności, było już po wyborach. Na Uniwersytecie Śląskim, dość szybko powstała Solidarność, także na wydziale filologicznym, gdzie pracował mój mąż. Na początku był członkiem zarządu, po przeprowadzonych wyborach wycofał się jednak z pracy w zarządzie, bo sytuacja jego doktoratu wymagała dociśnięcia i skupienia się na tej pracy naukowej. Tak więc oczywiście nadal był zapalonym członkiem Solidarności ale już mniej czasu poświęcał zebraniom i części organizacyjnej.
Natomiast ja byłam bardzo zaangażowana w szkole, biegałam na zebrania międzyszkolnej Solidarności, ale nie pełniłam tam żadnych funkcji. Mieliśmy dużo pracy w swojej szkole i nasze własne podwórko dawało nam satysfakcję i wystarczająco dużo pracy, oprócz normalnych obowiązków nauczycielskich, których zwłaszcza jako polonistka miałam wiecznie pełno zarówno w szkole jak i w domu.
Zbliżał się ponury grudzień i zaraz na początku miesiąca moi rodzice zabrali dzieci na wakacje zimowe do Wisły. Kasia miała niecałe 5 lat a Jacek prawie dwa. Mieliśmy dwa weekendy na załatwienie swoich spraw bez organizowania opieki nad dziećmi. W pierwszy weekend, już nie pamiętam jak i komu, ale wreszcie UDAŁO nam się sprzedać Mirafiori. Przez malutki moment z żalem, bo przygoda była fajna, ale szczęśliwi, że wreszcie mamy pieniądze i możemy pomyśleć o realizacji dalszego planu. W tamtych czasach część ogłoszeniowa w gazecie była ogromna! Ludzie sprzedawali wszystko! A kupować chcieli jeszcze więcej. I jak już udało się zadzwonić do kogoś, kto ogłosił coś co nam się wydawało, że nam pasuje, to już nie było aktualne.. i tak zabawa trwała – jak w kotka i myszkę. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Nerwowa, ponura. Coraz gorsze wieści, coraz koszmarniejsze informacje w TV. Ludzie zmęczeni, zdezorientowani – ale my młodzi i wciąż pełni energii, że przecież mamy siłę i chęć i wszystko nam się uda zorganizować.
13 grudnia 1981r. wcześnie rano wstaliśmy, umówieni z naszym przyjacielem Andrzejem K. by pojechać na giełdę, gdzie tylko w niedzielę można było kupić używane samochody. Wiedzieliśmy, że nie jest łatwo, że trzeba być tam rano, bo jak wszędzie w sklepach tak i na giełdzie towaru po prostu brakuje.
Włączyłam radio, usłyszałam ponurą muzykę. Żadnych wiadomości, tylko ta muzyka. Mówię – pewnie ktoś ważny umarł, bo nie ma nic w radiu tylko smętna muzyka.. Ale spieszyliśmy się, wiec nie było czasu na zastanawianie się i pojechaliśmy z Andrzejem. Na giełdzie mnóstwo ludzi. Auta wjeżdżały i – natychmiast (powiem brzydko, ale to chyba najlepsze słowo, żeby oddać sens tego co się działo) stado ludzkiej masy rzucało się na każdy samochód gotowy do sprzedania. Kto pierwszy ten lepszy. Ludzie nie patrzyli na to co zwykle patrzy kupujący. Ludzie brali niemal „kota w worku”, byle wydać pieniądze, mieć jakieś auto. Nie było dużego wyboru, nie było szans na zastanowienie się. I nagle ktoś stojący blisko nas powiedział: wojna. Wojna się zaczęła.. Spojrzałam nieprzytomnie na te osobę i popatrzyłam w górę na niebo. Oczami wyobraźni ujrzałam (ale wtedy, przysięgam, byłam pewna, że naprawdę TO widzę!) samoloty, które zrzucają na nas bomby, czarne dymy i krzyk ludzi wokół.. Przez moment wróciły do mnie obrazy wojenne, którymi karmiła mnie TV w dzieciństwie i opowieści rodziców i poczułam dziwny strach. To był moment tak silny tak dosadny, że do dziś czuję ten wstrząs, który mną zawładnął. Zaraz potem ludzie zaczęli opowiadać krzyczeć jeden przez drugiego coś o stanie wojennym ogłoszonym przez generała Jaruzelskiego, o aresztowaniach głównych działaczy Solidarności. Padały nazwiska, dziwne fakty. Nikt nie wiedział ile w tym prawdy, co dalej i w czym nagle znaleźliśmy się. Wiedzieliśmy jedno – musimy pozbyć się tego worka pieniędzy, które na pewno jutro będą nieważne albo nas z nimi aresztują albo nam je zabiorą.. Panika rosła z sekundy na sekundę. Kupiliśmy wreszcie – albo raczej powinnam powiedzieć wyszarpaliśmy polskiego Fiata 125, 4-letniego brązowego, który sprzedawała jakaś wiejska kobiecina. Wyglądała bardzo poczciwie, na lusterku wisiał wizerunek Świętego Krzysztofa i pani życzyła nam, żeby nas chronił od niebezpieczeństw.. Wyjechaliśmy z giełdy uciekając przed wciąż biegającym tłumem. Cały ten obraz to jak surrealistyczna wizja w piekielnym filmie. Ale to nie był film. To był początek koszmarnej „nowej” rzeczywistości polskiej. Auto okazało się mieć niemal pusty bak bez benzyny, ledwo dojechaliśmy do Sosnowca do domu Andrzeja gdzie umierając ze strachu czekała na nas jego żona a moja przyjaciółka Marta (razem pracowałyśmy od początku mojej pracy w Liceum Medycznym). Otworzyliśmy bagażnik, żeby przyjrzeć się nieco bliżej temu co kupiliśmy i zobaczyliśmy.. kurze piórka, resztki odchodów niezbyt dokładnie wymyte, a opona zapasowa była spięta zwyczajnym drutem – niemal kolczastym😊
Takie to było bezpieczne auto. Równocześnie powoli zaczęliśmy się orientować w sytuacji i uzmysławiać sobie co naprawdę wokół nas się dzieje. Pierwsza myśl- zadzwonić do rodziców, umówić się, żeby wrócili natychmiast z Wisły.. Telefony nie działały. Pojechać po nich – nie sprzedają benzyny. Nie wolno nigdzie wyjeżdżać, nie wolno opuszczać domów po 21.00 I tak coraz więcej faktów, zakazów nakazów zaczęło pojawiać się i zacieśniać koszmar stanu wojennego wokół nas. Zamknęli szkoły więc nie poszliśmy już do pracy w poniedziałek 14-go. Nie wiedzieliśmy co się tam dzieje. Krążyły plotki, informacje, że całe ekipy wojska weszły do miejsc pracy, przetrząsają nasze pomieszczenia Solidarnościowe, papiery itd. Mieliśmy różne gazetki, deklaracje, informacje. Bałam się. Baliśmy się wszyscy. W poniedziałek rano Wacek wsiadł w pociąg do Wisły i pojechał po dzieci. Rodzice mieli tam samochód, ale nie chcieliśmy, żeby zabrali je do Krakowa. Nie mieliśmy pojęcia czy wyjechali już, czy nadal są w Wiśle i czekają na naszą decyzję.
I wtedy – do drzwi zadzwonił ktoś. Otworzyłam i zobaczyłam faceta w jasnym płaszczu w kratkę i dziwnej czapce. Zapytał o mojego męża, powiedziałam, że go nie ma.. Nie odchodził. Tak jakoś „poczciwie” patrzył na mnie, cichym głosem powiedział, ze jak mąż wróci to żeby zgłosił się – i dał jakąś karteczkę. Nie rozumiałam do końca. Nie rozumiałam, że to ktoś z tajniaków, że mogą chcieć „rozmawiać” z moim mężem. Przecież nie był ani na „świeczniku” w Solidarności, ani nic nie zrobił wbrew prawu. Nie wiedziałam jeszcze, że „szli” po kolei – od tych co pierwsi zakładali Solidarność na Uniwersytecie Śląskim. Nie wiedzieliśmy co robić, ale wiedzieliśmy, że niezgłoszenie się to początek ukrywania się i ucieczka. Nie mieliśmy pojęcia ani najmniejszej wyobraźni, co może nastąpić dalej.
Następnego dnia rano Wacek wyszedł. A ja wieczorem wraz z Martą i Andrzejem siedziałam skulona na kanapie i mówiłam naiwnie: przecież nie mogą go trzymać dłużej jak 48 godzin.. Nie spałam całą noc, sama z dziećmi i nie miałam pojęcia co z nami będzie, co dzieje się w tej naszej Polsce?..
Następnego dnia wieczorem Wacek wrócił. Wyjął butelkę wódki i powiedział: już wiem, co chcę…

Największym ciosem były wieści o aresztowaniach naszych kolegów, przyjaciół. Niektórzy wrócili do domów dopiero w połowie 1983 roku. Wszyscy przeżywaliśmy ten koszmar wspólnie. Wszystko to, co wydarzyło się później było coraz trudniejsze i smutniejsze.
Na Boże Narodzenie Mama wsiadła do pociągu choć nie wolno było podróżować. Przywiozła nam świeżą pachnącą choinkę, bo bardzo martwiła się, że dzieci mogą nie mieć drzewka świątecznego. Nikt z wojskowych patroli nie zaczepił jej, wróciła bezpiecznie do domu, do Krakowa. W tamtych czasach babcie były nieocenione. A nasza była wyjątkowa..
Na sylwester władza odpuściła godzinę policyjną i mogliśmy być z przyjaciółmi do północy. Witaliśmy nowy 1982 rok w strachu, nienawiści do władzy i nadziei, że sprawiedliwość zwycięży i to dobre co już zostało zrobione, wróci jak dobra karma. Wróciła.
Ale nawet po 40 latach tamte czarne chwile czasami odżywają. Każde pokolenie ma swój „czas Kolumbów” .


To wspaniałe, wciąż przerażające a tak bardzo osobiste. Ta instytucja z początku blogu to było Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Moje przesłuchania na milicji to jeden wielki koszmar i świadectwo inwigilacji w życie każdego obywatela. To nie był mój kraj.
PolubieniePolubienie