5/21/2021
Nie pamiętam nawet jak to się stało, że wymyśliłam sztuki Sławomira Mrożka do adaptacji i zagrania w naszym teatrze. To, że Mrożka to mnie nie dziwi, ale jak wpadły mi do głowy jednoaktówki dramatyczne, w sumie mało znane, kiepsko opracowane i raczej takie, na które wśród całej bogatej twórczości Mrożka nie zwrócono specjalnej uwagi. Może właśnie dlatego? Na przekór popularności innych, bardzo znanych dramatów? Próba wyreżyserowania na naszej scenie, tu w Houston „Emigrantów”, „Policji” czy „Tanga” byłaby wielkim wyzwaniem dla polskiej młodzieży. Zarówno ja jak i nasze warunki nie były na to jeszcze gotowe.
Pod sztukach klasycznych Fredry, Bałuckiego (też znalazłam takie mniej znane), zaczęłam myśleć o czymś bardziej współczesnym. Byłam zafascynowana poezją Angieszki Osieckiej i jej scenicznymi utworami i wiedziałam, że wcześniej czy później jej sztuki zagoszczą na naszej małej scenie. Wciąż myślałam o piosenkach i stronie muzycznej, bo bez tego nie ma Osieckiej, ale jeszcze nie byłam na to gotowa. Mrożek nie wymagał piosenek, a z podstawową oprawą muzyczną już potrafiliśmy sobie poradzić.
I tak trafiłam na „Serenadę”. Przeglądając, czytając teksty bardzo często kojarzyłam je natychmiast z moimi aktorami i widziałam obsadę danej sztuki. W 1999 roku miałam zespół składający się z dwóch grup – starszej zaawansowanej aktorsko, składającej się ze studentów, którzy zagrali już kilka sztuk i młody narybek, młodzież ze średnich szkół, która garnęła się do grania, ale nie miała jeszcze doświadczenia sceniczno-aktorskiego. Sztuki jednoaktowe były dobrym pomysłem, dawały szansę zaistnienia na scenie wszystkim, w niedużych rolach.
I w taki oto dziwny sposób doszło do połączenia dwóch jednoaktówek Fredry i (po krótkiej przerwie dla widzów) i zmiany tematu – wystawiliśmy „Serenadę” Mrożka, w której wystąpiła piątka „starszyzny”. Sukces tej sztuki był ogromny, więc po roku zrobiliśmy „Wdowy”, a jeszcze później, w marcu 2002 roku Mrożek zawitał w „Polowaniu na Lisa”.
Tak, wiem – czytającemu ten tekst może zrobić trochę zawieruchy w głowie. Dlaczego łączę te sztuki nie w kolejności czasowej? Zwłaszcza, że patrząc na daty ich powstania, „Serenada” i „Polowanie na Lisa” zostały napisane w 1977 roku a „Wdowy” dużo później, w 90-tych latach. Moim wspólnym mianownikiem dla tych trzech sztuk są aktorzy. W naszym Teatrze, dla nich Mrożek i jego trzy sztuki sceniczne stały się lekcją języka polskiego, rozumienia sensu wypowiedzi autora, symboliki ujętej w jego bohaterach. A nie było to łatwe. Z pozoru w pierwszym „szybkim odbiorze” dla widza te krótkie sceniczne teksty wydają się komedią, groteską i bawią nas doskonale. A przecież wszystkie trzy mają swoje „drugie dno”. I zanim wyszliśmy na scenę do naszych widzów spędziliśmy długie godziny na analizie tekstu, na zrozumieniu kontekstu, podtekstu, momentu historycznego, w którym te utwory powstały. To były lekcje literatury polskiej, języka. Poznawanie Mrożka. I nie było to łatwe zadanie dla młodych ludzi, w większości urodzonych już w Stanach, dla których literatura polska jest za każdym razem nowym odkryciem i wyzwaniem.
Zaczęliśmy od „Serenady”. Motyw zwierząt i nadawanie im cech ludzkich nie jest nowością w literaturze. Już w starożytności w bajkach Edypa spotykamy taki zabieg literacki. Nie jest więc w tym względzie Mrożek odkrywczy. Scenerią „Serenady” jest kurnik, którego właścicielem jest Kogut. To on posiada Kury, każdą inną nie tylko z wyglądu (Blond, Bruna i Ruda) ale i co za tym idzie z charakteru.
Jest pewny siebie, ostrzega Kury przed Lisem, ale równocześnie jest pewny, że żadna z Kur nie zrobi nic, co byłoby zdradą wobec niego. Jest zadufany w sobie i przekonany o swej władzy nad „głupimi” Kurami. Lis pojawia się pod kurnikiem w księżycową piękną noc i gra na wiolonczeli (w nas na skrzypcach) serenadę. Romantyczną poruszającą melodię. Kury – nadsłuchują i pierwsza, zdawałoby się najbardziej bojaźliwa, wyziera z okna Blond.
Zaczyna się konwersacja. Męsko-damski flirt, jakich wiele w świecie. Lis ma swój plan. Lis wie doskonale co chce osiągnąć, a jednak okazuje się, że Blond wcale nie jest tak łatwa do zdobycia jak wskazywałyby na to wszystkie stereotypy o blondynkach.
Gdy wydaje się, że Lis już już osiąga swój cel, do akcji wkracza wyrafinowana Bruna. Kura-kobieta o dużej wiedzy psychologicznej i umiejętności manipulowania nawet takim mężczyzną, jakim jest chytry cwaniacki Lis. Doprowadzony do szału, sam nie wie czy bać się, czy zaryzykować realizację swojego planu zdobywczego do końca.. i wtedy wyłania się zawsze mącąca i krzykliwa Ruda.
I całkowicie niweczy cały misternie ułożony plan Lisa. Kogut budzi się i zaczyna się ogromna awantura. Ale wtedy okazuje się, że Kury stają jednym murem razem, wspólnie. „Razem, ale osobno” – jak kilkakrotnie powtarza krzykliwie Ruda.to powiedzonko „Razem ale osobno” przerwało wśród nas „Teatralnych” do dziś i w różnych momentach uwielbiamy je cytować:)
Ostatecznie gdy już wydaje się, że Lis przegrał i nic tego wieczoru nie osiągnie, wpada na pomysł, że jak nie któraś z Kur to jeszcze można zmanipulować Koguta i tak właśnie się dzieje. To Kogut pada ofiarą swojej chciwości, nieprzejednanej ciekawości, zazdrości. Czyli gubią go cechy najbardziej ludzkie, najbardziej niskie i zwyczajne. Takie, które gubią nas, ludzi często w naszym codziennym życiu .
Gdy po tygodniach pracy nad tekstem przeanalizowaliśmy postaci, charakter i już wiedzieliśmy co chcemy robić, nie miałam żadnej wątpliwości, kto kogo zagra. Wszyscy byliśmy zgodni, że Blond może być tylko „delikatna” Edyta W, a ostrą psychologiczną, analityczną manipulantką – Kasia L. W drucianych okularkach prezentowała się jak najwyższej klasy Kura – intelektualistka. Wrzeszczeć jak prawdziwa rozrabiająca i awanturująca się Ruda mogła tylko Natalia M.
A Grzesiu G. to urodzony Lis i jeszcze zagrał perfekcyjnie na skrzypcach serenadę. Ubrany w czarny smoking i oczywiście czarną elegancką perukę prezentował się znakomicie. Kogut wystąpił w peruce wielokolorowej jak na koguta przystało i w szlafroku, moim zresztą😊, bo w końcu gotowy był do spokojnego snu, pewny, że jako panu na włościach nic mu nie zagraża. Kury miały peruki związane ze swoimi charakterami i nocne koszulki, bardzo sexy. Oczywiście dodatkowo znalazły się i kapelusze i futra, bo w końcu kury to damy do towarzystwa, więc im się należało.
Sztuka stała się przebojem i okazała się rewelacją dnia, choć nie ukrywam, że dwie pierwsze jednoaktówki Fredry też były bardzo udane. Ale dla nich przyjdzie czas na osobne wspomnienie.
Po roku, także w kwietniu 2000, wróciliśmy do Mrożka i wystawiliśmy „Wdowy”. Ta sztuka została napisana dużo później, bo na początku lat 90-tych (opublikowana w 1992) w Meksyku. Podobnie jak „Serenada” tekst „Wdów” wydaje się być groteskowy, śmieszny i bawi widza. Ale tak naprawdę, zajęło nam to dużo czasu, by wspólnie zrozumieć, że przesłanie Mrożka ma głębszy wymiar.
Mrożek pisząc tę sztukę był już chory i sporo jest w niej rozważań filozoficznych na temat śmierci. Składa się ona z dwóch części, w pierwszej rozmawiają dwie obce sobie kobiety, które w czasie rozmowy łączy śmierć mężów. Zginęli w tym samym dniu, o tej samej godzinie i w podobny sposób. W czasie dogadywania szczegółów okazuje się, że panowie mieli wspólną kochankę, z którą zdradzali swoje żony.
Trzecia Wdowa – cała w czerni, która zjawia się w kawiarni pod koniec rozmowy, zostaje uznana przez obie panie za ową kochankę. Panie zgodnie uważają, że należy im się przynajmniej zobaczyć twarz tej kobiety.
Odkrywając czarny welon.. widzą zamiast pięknej kobiecej twarzy, trupią czaszkę. Są bardzo rozczarowane, że ich mężowie mogli ich zradzać z „taką..” kobietą..
Część druga to rozmowa dwóch skrajnie różnych mężczyzn – prostackiego wręcz chamskiego i drugiego, który zachowuje się w tej rozmowie w sposób sztuczny, wyszukany niczym romantyczny kochanek. Panowie walczą o miejsce przy stoliku. Całość łączy kelnerka (w Mrożkowym oryginale -kelner), która stara się panów uspokoić. A kiedy do kawiarni wchodzi Czarna Dama kelnerka wyraźnie jej usługuje i ją preferuje. Sprawy przybierają bardzo nieoczekiwany obrót, groteskowy rozmiar walki kończy się pojedynkiem, w którym ginie jeden z panów a drugi pada na skutek pomieszania i przedawkowania.. „waleriana i szampana” . Czarna Dama czyli Śmierć godnie wychodzi i pociąga za sobą kelnerkę z pełnym wazonem chryzantem, nie oszczędzając także tych, którzy jej schlebiają..
Kolejny raz Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, ale też smutno uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.
Znów Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.
I choć śmiejemy się głośno przez cały niemal czas trwania spektaklu, bo dialogi są groteskowe, zabawne, to przesłanie tak do końca do śmiechu nie jest. Za to aktorzy zagrali świetnie i dzięki nim bawiliśmy się doskonale. Ci, którzy byli na tej sztuce na pewno to pamiętają do dziś. Natalia K. i Ewa M. jako Wdowy – zrozpaczone, porzucone, pokrzywdzone a potem świadome swojej kobiecej wartości😊 spisały się znakomicie! Zaprzyjaźniły się na końcu jak przystało na kobiety, które los połączył „ w nieszczęściu”. Młodziutkie, a tak przekonywujące w swej roli.
Jasiu K. był tak świetnym prostakiem, gburem i arogantem, że w podobnych rolach obsadziłam go jeszcze kilkakrotnie, bo naprawdę wypadł doskonale. Jędrek W. – całkowite przeciwieństwo Jasia. Urodzony arystokrata, bufon, książę i żałosny władca. A pomiędzy nimi Agnieszka. Drobna malutka kelnerka, która świetnie sobie daje radę z niesfornymi klientami w kawiarni. Zagrała cudną rolę choć była wtedy bardzo świeżutką aktorką na naszej teatralnej scenie.
No i nie mogłabym pominąć roli Czarnej Trzeciej Wdowy, w którą wcieliła się Kasia M. Mimo, że nie wypowiedziała ani jednego słowa, jej istnienie na scenie było istotne a dostojne poruszanie się przyprawiało o dreszcze wszystkich widzów.
Minęły dwa lata, w tym czasie wystawiliśmy już inne sztuki, ale jeszcze raz wróciliśmy do Mrożka i jego zwierzęcych scenicznych motywów. Tym razem sięgnęłam po „Polowanie na Lisa”.
Na scenie mieszają się postaci zwierząt i ludzi. Historia dzieje się lesie, brudnym, zniszczonym przez człowieka przypominającym i symbolizującym ówczesny polski świat. Przypatrując się działaniu bohaterów uświadamiamy sobie, ze nikt z nich nie robi tego, co powinien, co lubi, co chciałby naprawdę. Nikt nie jest na właściwym miejscu. Wszyscy wzajemnie boją się siebie. Nikomu na niczym nie zależy i wszyscy są pogrążeni w chaosie i bezprawiu. W lesie dochodzi do unicestwienia ostatniego Lisa i ostatniego Koguta.

A sprawcą takiego bezmyślnego czynu jest Paralityczka (u Mrożka w oryginale Paralityk), która zupełnie nie wie i nie rozumie co się wokół niej dzieje i strzela na oślep dla samego faktu strzelania, dla zabawy. Z dialogów jasno wynika, że rozumowanie zwierząt – Lisa i Koguta jest dużo bardziej logiczne niż ludzkie rozważania. Ludzie są zagubieni, bezrozumni, niszczą wszystko dookoła i siebie wzajemnie. Groteska staje się przygnębiająca choć na scenie pozornie śmieszy, jak zwykle u Mrożka. Język dosadny, dialogi celne i ostre. A praca nad sztuką po raz kolejny nie była łatwa. Całymi długimi godzinami staraliśmy się tłumaczyć sobie wzajemnie, jak znaleźć się w tych trudnych dla młodych aktorów scenach, jak przeistoczyć się w rozleniwionych ex- hrabiów czy ex-królów (Grzesiu G i Łukasz G), jak zrozumieć kim jest w świecie komunistycznym Wodzirej i jaka może być jego „wodzirejska” rola. Zwłaszcza gdy grał ją młodziutki niedoświadczony Adam S. W rolę chorej Paralityczki, nic nie rozumiejącej z ponurej otaczającej ją rzeczywistości wcieliła się Kasia L. a Jasiu K był jej doskonałym Popychaczem. Człowiekiem, który musi TU być, ale który nienawidzi tego, co robi. Ach, skąd my „starsi” to pamiętamy?..
Role zwierzęce zasługują na specjalną uwagę. Niesamowita kreacja Jacka M, jako Lisa i Edyty W. jako Koguta wbiły się widzom na lata w pamięć. Godziny prób, w dodatku cały czas utrudnianych przez Jackowe wygłupy, dzięki którym wszyscy świetnie się bawili. A ja myślałam, że go naprawdę „uduszę” tak mi tymi swoimi wariactwami koguto-lisowymi na próbach przeszkadzał. Zresztą po zakończeniu sztuki odbył się Happening i tam też nie odpuścił i sobie z Edytką „pokogucili” 😊
No i jeszcze kilka słów o dwóch świetnych dziewczynach, które wtedy całkiem niedawno dołączyły do naszego zespołu i w tej sztuce zagrały role psów – Ogarów. Ich:
„Hauuuuu! Hauuuuu!!” ileś tam razy brzmiały kapitalnie! Wcale je nie zraziło, że muszą na scenie zaszczekać, przeciwnie, słono sobie kazały za to zapłacić😊 i widzom bardzo się spodobały.
I trzeba wszystkich aktorom oddać, że zagrali fantastycznie i jedyne czego bardzo żałuję to to, że dziś po tylu latach przeglądając dziesiątki materiałów brakuje mi dobrego nagrania właśnie z tego przedstawienia. Taka szkoda, że nie mogę wam pokazać choćby małego fragmentu ich aktorskiej gry. Wszyscy na to zasłużyli.
Jeśli dodam do tego ogromną pracę Beatki M. jako mojej asystentki (jedynej i ukochanej!), piękne dekoracje w wykonaniu Marka M, Beatki, Ewy D. Ekipę techniczną pomagającą nam wszędzie i przez cały czas (Wojtek i Olga) i cały zespół rodziców i przyjaciół – czy mogłam coś więcej wtedy sobie życzyć?
Mogłabym – ale miałam wszystko, co potrzebowałam i chciałam.
Teatr ŻYŁ.
p.s Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnej kolekcji i dziś już mają ponad 20 lat. Stąd ich jakość pozostawia wiele do życzenia, za co i aktorów i czytelników bardzo przepraszam:)









