5/12/2021
Kiedy przyjeżdżasz na dłuższy czas do obcego ci kraju, naturalnym odruchem jest poszukiwanie ludzi z twojego kraju, którzy mogą pomóc ci, będą pomostem pomiędzy twoim „starym” i „nowym” życiem. My także zaraz po przyjeździe do Houston trafiliśmy w nieduże skupiska Polaków i powoli zaczęliśmy poznawać fajnych i miłych ludzi. Wciągnęliśmy się w spotkania towarzyskie, naukowe, szkolne w polskiej szkole sobotniej. Poznając codziennie amerykańskie zwyczaje w pracy, równolegle włączaliśmy się w polskie kręgi zaprzyjaźnionych już ludzi. Grono okazało się młode, wiekowo zbliżone do nas, szybko zostaliśmy zaakceptowani i polubiliśmy się wzajemnie.
Tak wśród wielu innych bardzo fajnych ludzi poznaliśmy Jagę i Andrzeja.
Już nie pamiętam jak to było, bo przecież upłynęło już od tego czasu prawie 30 lat, ale to właśnie oni jako jedyna para nie mieli dzieci, za to mieli dwa psy.
Jeden – co tu dużo mówić, dość pokraczny i raczej niezbyt ładny, ale za to z charakterem jak każdy kundel świata, był ulubieńcem Andrzeja i chyba nigdy nie miał nadanego imienia, bo zawsze nazywano go „kolegą”. Po prostu – był kolegą Andrzeja. I tak się kolegował z nim blisko i po przyjacielsku, że w pewnym momencie (nie mam pojęcia kiedy!) dla odróżnienia – kolega pies został Kolegą a jego właściciel otrzymał ksywkę PAN Kolega. Tak się ksywka wszystkim spodobała, że pies już dawno zasilił niebiańskie psie szeregi, a Pan Kolega chyba sam zapomniał jak naprawdę ma na imię, bo nawet jego żona tak go nazywa.
Drugi pies wabił się Gucio, miał długie uszy do ziemi, był upartym indywidualistą i robił wszystko po swojemu. Pan Kolega do dziś może o swych pupilach opowiadać historyjki niekończące się i wielce humorystyczne.
Kiedy 16 lat temu państwo KOLEGOSTWO – bo tak ich nazwaliśmy, po naszemu od Pana Kolegi – postanowili opuścić Houston i nas i wrócić do Polski, wszyscy mieliśmy bardzo różne odczucia. Trochę smutku, nostalgii za tym co już minęło i nie będzie takie same, trochę nadziei, że może wrócą tutaj.. Życzyliśmy im spełnienia planów, chociaż trochę „odstawały” od naszych.
Po roku okazało się, że wciąż Houston jest ważne w ich życiu, przyjeżdżali tu odwiedzać przyjaciół i mieszkali u nas. Zadomowili się i nawet do dziś jeden pokój zwie się wciąż „pokojem W”. Lata mijały, z czasem okazało się, że ich domem będzie teraz Kraków, a w Houston już tylko Kolegostwo pojawi się od czasu do czasu gościnnie. Kiedy tu byli, spędzaliśmy całe wieczory na pogaduszkach, wspominkach, opowiastkach, śmiechach. Przy koniaczku, czerwonym winku, a Pani Kolegowa ze swoją nieodzowną herbatką. A raczej herbatkami, bo trudno zliczyć ile ich mogła wypić każdego wieczoru.
I tak wśród pogaduszek o wszystkim powstał plan pierwszego wspólnego wyjazdu w świat. W świat – bo pierwszy plan to wycieczka do Chin! Był rok 2006 pewnego dnia państwo Kolegostwo wraz z grupą wycieczkową z Polski zameldowali się w hotelu w Pekinie i stamtąd rozpoczęła się nasza niezwykła trwająca prawie trzy tygodnie podróż po bardzo dla nas egzotycznym kraju. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy pojechałam na wycieczkę zorganizowaną z Polski i miałam duże obawy co do jej organizacji. Były to czasy, kiedy turystyczne usługi polskie komentowane były bardzo „dyskusyjnie”.. ale cała organizacja wycieczki i warunki bardzo pozytywnie mnie nas zaskoczyły. Biuro podróży z Warszawy, a właścicielką była Chinka. Naszym przewodnikiem był młody człowiek, Polak, który świetnie mówił po chińsku (choć może to nie jest dokładne określenie, bo chińskich odłamów języka jest taka ilość, że trudno powiedzieć który – jaki to był chiński..) doskonale orientował się w niuansach miejsc i sytuacji, znał świetnie historię, o której opowiadał zawsze ciekawie, umiał doradzić, odpowiedzieć na indywidualne pytania. Najważniejszą częścią tej wycieczki był oczywiście Pekin (Beijing), następnie stara stolica Chin Xi’an, pałace, sanktuaria, wielkie, monumentalne pomniki władców kolejnych dynastii i oczywiście Szanghaj. Wielka metropolia chińska, nowoczesna, szokująca Europejczyka i nie tylko. Dla nas, którzy przyjechali z Ameryki, kraju równie wielkiego i nowoczesnego nie było to tak wielkim szokiem, jaki obserwowaliśmy wśród naszych zaprzyjaźnionych już pod koniec wycieczki, Polaków. Ale najważniejszym celem tej wycieczki i właściwie powodem wybrania się w tę podróż właśnie w tamtym momencie był fakt, że częścią tej wyprawy był przepływ statkiem wielką rzeką Jangcy, zwanej także Rzeka Błękitną. Jej długość wynosi ok. 6300 km. Kończy jest ogromną Zaporą zwaną Tamą Trzech Przełomów, której budowa trwała 17 lat i która zmieniła całkowicie życie tysiąca miasteczek i wiosek, które musiały być przeniesione w inne miejsca. Tereny, na których egzystowało życie przez setki i tysiące lat musiały zostać zatopione. Poziom wody podniósł się i rzeka zmieniła przez lata swój bieg. Nasza wyprawa, to był niemal ostatni moment kiedy turysta mógł jeszcze zobaczyć część terenów niezalanych, a które wkrótce też miały przestać istnieć. Widzieliśmy coś, czego dziś już nie ma i nikt nigdy tego nie zobaczy. Każdy metr mijanych przełomów pomiędzy górami i jaskiniami, skałami, wraz z opowieścią naszego przewodnika był niesamowitym i niezapomnianym przeżyciem. Oczywiście zwiedzaliśmy także Tamę, na ile zwykły turysta może ją obejrzeć.
Wielkim wydarzeniem było wejście do podziemi grobowca Pierwszego cesarza Qin, w którym znajduje się słynna Armia Terakotowa – ponad 800 figur naturalnej wielkości – żołnierzy, koni, oficerów, muzyków, medyków itd. wypalonych z gliny terakotowej. Rzeźby mają bardzo zindywidualizowane rysy, mają sprzęt, broń, konie i wyglądają nieprawdopodobnie realistycznie i naturalnie. Niewiarygodna armia! Stworzona ok. 210p.n.e, została całkowicie zasypana i odkryto ją na nowo dopiero w 1974 roku. Wciąż zresztą trwają prace nad rekonstrukcją i poszukiwaniami dalszych części.
Oczywiście Chiny są świetnie zorganizowane pod względem turystyczno-ekonomicznym, wiec wszędzie, gdzie turyści pojawiają się jest sklep, sprzedaż pamiątek, książek, koszulek itd. Znamy to wszyscy i z każdego zakątka świata.
Ale – Chińczycy to także naród bardzo biednych ludzi, którzy radzą sobie jak tylko mogą by przeżyć. Dlatego Polacy dość szybko zorientowali się w czym rzecz i co „dzieje się wokół”. Pan Kolega pobiegł do sklepu i kupił za $20 a może i nieco drożej pamiątkowe pudełko kilku najważniejszych figurek. A my – zaraz po wyjściu, otrzymawszy jak zawsze pół godziny czasu wolnego, wyszliśmy na ulice i mój mąż zaraz „wszedł” w „ręczno-migową” dyskusję z Chińczykiem, który nas zaczepił, żeby sprzedać nam dokładnie takie same pudełko z takimi samymi figurkami, zapewne z tej samej fabryki i tego samego sklepu figurek. Zachęcał nas błagającym głosem „Mama – budda, papa – budda..!!!” Wacek opierał się udając niezainteresowanego, zbijał ceny (och, jak on uwielbia to targowanie się! Chyba w poprzednim wcieleniu był przekupką targową!!) od ..dziestu dolarów do.. dziesięciu i potem pięciu i szedł ulicą dalej a Chińczyk biegł i biegł za nami i wreszcie przystał na cenę dwa dolary. Kupiliśmy figurki i myślę, że te dwa dolary utrzymało jedną chińską rodzinę przy życiu przez kilka dni, bo takie były realia i anomalie w chińskiej biednej społeczności. My cieszyliśmy się, że ktoś zarobił (biedny pan Chińczyk, bardzo bał się tej ulicznej handlowej transakcji) i kupiliśmy figurki za cenę 10 razy tańszą niż turyści w sklepie. A Pan kolega do końca wycieczki nie mógł sobie darować takiej wielkiej straty i do dziś na wspomnienie tej opowieści „płacze” że tyle przepłacił!
Mogłabym jeszcze godzinami opowiadać o Chinach, ale nie taki zamysł tego mojego dzisiejszego zapisu. Wspomniałam dopiero o roku 2006 i naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Tak nas ta wyprawa zachwyciła, że zaraz zaczęliśmy planować następną.
W roku 2007 wybraliśmy się na wycieczkę do Włoch. Tym razem bardzo relaksowo. Najpierw kilka dni nad jeziorem Como. Piękne widoki, spokój, pyszne włoskie jedzenie, wino. Dołączył do nas brat Wacka na kilka dni. Zrobiliśmy sobie mały wypad do Szwajcarii, popływaliśmy statkiem po jeziorze Lugano. Dalej był Mediolan i emocjonalne przeżycie zobaczenia obrazu Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza”. Czekaliśmy na ten moment od lutego, gdy to udało nam się kupić bilety i zorganizować całą wycieczkę dopasowując wszystko do tego wydarzenia. Następny tydzień spędziliśmy w jednym z najpiękniejszych zakątków Włoch – Cinque Terre. Pięć ślicznych małych miasteczek położonych na szczytach skał połączonych licznymi ścieżkami widokowymi. Na dole miasteczek szumi cudowne błękitne morze, wokół nieskażona przyroda, ogrom kwiatów, zieleni a wśród nich dziesiątki kawiarenek, restauracji, włoskiej kuchni i muzyki. I słońce. Każdego dnia – radość i słońce.

Stamtąd jeździliśmy na różne wycieczki, zwiedziliśmy Pizę z krzywą wieżą i Sienę, gdzie Wacek wcisnął się w bardzo wąską uliczkę i radośnie przycisnął pedał gazu nieco ponad wskazania włoskich przepisów. . Był bardzo dumny z siebie, że tak fajnie jeździ małymi wąskimi uliczkami. Hmm.. do czasu – kiedy po kilku miesiącach, już w Houston, dostał mandat włoski (niestety, przetłumaczony przez amerykański departament bezpieczeństwa ruchu drogowego) za niewłaściwe parkowanie. Na szczęście (ha! ha!) pomoc nieoczekiwanie przyszła od jego studenta, włoskiego astronauty, który się tym zajął i to tak skutecznie, że włoska policja mandat anulowała!!. Na koniec zwiedziliśmy Florencję i stamtąd jeszcze na kilka wspólnych dni zatrzymaliśmy się w Krakowie, zanim wróciliśmy do domu w Houston.
Następnego roku (2008) Pan Kolega znów podsunął nam wycieczkę zorganizowaną z Polski. Polecieliśmy do Krakowa i później stamtąd do Egiptu. No i to niestety był błąd! Organizacja tej wyprawy nie miała już nic wspólnego z poprzednią, do Chin. Było tłumnie, byle jak zorganizowane, ale – z drugiej strony: moje marzenia z młodości spełniły się! Zobaczyłam piramidy, świątynię Ramzesa, Karnaku, Luksorską, Sfinksa, popłynęliśmy statkiem przez kilka dni wielką rzeką Nil. A po wspaniałym tygodniu spędziliśmy kilka dni w nowiutkim resorcie oddanym turystom świeżo do użytku, gdzie w łazience odpadały piękne kafelki a do morza trzeba było iść pół kilometra po ostrych kamykach w wodzie po kolana. Obsługa w hotelu była tylko męska i bardzo.. sarkastyczna, niemiła wręcz bezczelna, a pociąg z Asuan (gdzie zakończyliśmy nasz rejs po Nilu i zwiedzaliśmy Wielką Tamę Asuańką) do Kairu był najbardziej brudnym pojazdem, jaki kiedykolwiek w życiu swoim widziałam!! Panowie jakoś podeszli do tego z dystansem i sztucznym – ale poczuciem humoru i przeżyli tę noc bez nerwicy. My z panią Kolegową (Jagą) byłyśmy na wdechu niemal całą noc, ze łzami w oczach ze złości i bezsilności, z pełnym pęcherzem (Boże! Oby tylko nie trzeba było iść do ubikacji! .. trzeba było) dojechałyśmy żywe – same zdziwiłyśmy się, że wciąż istniejemy. I żaden wirus nas nie dopadł!
I byliśmy razem, w świetnych humorach, z nową porcją wspólnych opowieści i wspomnień i znów kolejnych planów..

Jesienią w 2010 roku skoczyliśmy wspólnie z Beatką do hiszpańskiej Barcelony (o, przepraszam, powinnam napisać Katalońskiej. Każdy Barcelończyk by się już na mnie na śmierć obraził! 🙂 ) Zobaczyliśmy finezyjne dzieła Gaudiego, Park jego imienia, Sagrada Familia, Muzeum Picassa, Katedrę i nabrzeża z atmosferą tego pięknego miasta.
Kolejna wyprawa rzuciła nas na północ, do Norwegii. Był czerwiec 2011 roku. Spotkaliśmy się w stolicy Norwegii, Oslo. Znów dołączyliśmy do grupy i już razem zwiedzaliśmy najbardziej atrakcyjne miejsca, fiordy, piękne wodospady, podziwialiśmy cudowne widoki, widzieliśmy lodowiec, wjechaliśmy drogą wijąca się wśród ścian lodu niemal do nieba.. Wszystko to było bardzo atrakcyjne i.. zimne jak na moje houstońskie przyzwyczajenia.
Kilka zdjęć z podróży norweskiej- lodowe klimaty, trolle, miasteczko olimpijskie z 1994 roku.
A ponieważ w Norwegii mamy dawnych polskich przyjaciół, którzy mieszkają tam od wielu lat, niedaleko miasta Hamar, gdzie w 1994 roku odbyła się zimowa Olimpiada, więc połączyliśmy tę wycieczkę z odwiedzinami i na kolejny tydzień zostaliśmy u nich. Mąż Iwety jest pasjonatem starych amerykańskich samochodów, ma jeden własny na chodzie, zadbany i jest to jego prawie najukochańsze dziecko. Kiedy więc któregoś dnia pojechaliśmy zwiedzać Hamar sami, po całym dniu wracając (nasi mili gospodarze mieszkają w małej wiosce) małymi drogami – jak dla mnie – to po prostu polnymi) zgubiliśmy się! Dzwoniliśmy do naszych przyjaciół, usiłowaliśmy wytłumaczyć GDZIE jesteśmy, co kompletnie było ponad naszą wyobraźnię i jakiekolwiek opisowe i orientacyjne umiejętności. Ale na szczęście, gospodarze przez te 30 lat zaprzyjaźnili się z każdą tamtejsza łąką i miedzą i znaleźli nas i w nagrodę odebrali nas swoją piękną rakietą amerykańską!! Czułam się naprawdę jak w kosmosie!
Po wakacjach w Norwegii wspólnie wyjechaliśmy do Dubaju w 2015 roku, o którym nieco więcej pisałam przy okazji pisania o dużych miastach. Rok później (2016) pojechaliśmy do Peru razem z rodziną naszej córki by celebrować jej 40 urodziny na Machu Picchu. Oczywiście, rozdzieliliśmy się częściowo, bo nie było takiej opcji by nadążyć za moją rodzinką, ale spędziliśmy ten najważniejszy moment razem a my we trójkę, z moim mężem i Panem Kolegą dotarliśmy na sam szczyt słynnego Machu Picchu. Dla mnie, dla całej naszej trójki to było niezwykłe osiągnięcie!
Myślę, że od tego momentu moje kolana obraziły się na mnie całkiem na poważnie, ale czego się nie robi dla sukcesu, no i dla swojej córki !!
Rok 2017 zaowocował wakacjami Kolegostwa w Houston i stąd polecieliśmy do Meksyku do Puerto Vallarta na leniuchowanie, przyjemności dla podniebienia, rozrywki, winko i „luz-blues”. Po trzech miesiącach spotkaliśmy się znowu, tym razem w Polsce i pojechaliśmy w góry, z naszymi wnukami. Pan Kolega dzielnie „dziadkował” z moim mężem i razem z chłopcami weszli na Trzy Korony, ale raczej już zostawali w tyle w tych wędrówkach, zwłaszcza kiedy po zejściu zrobili przystanek na „kiełbaski”..
Nasza wspólna ostatnia wyprawa to w 2019 roku wycieczka do Brazylii i Argentyny. Nie będę nawet zaczynała tej opowieści, bo wiem, że nikt by tego czytania przed następnym dniem nie skończył.. tyle pięknych chwil się wydarzyło! Aż kartki same się proszą, by o tym napisać. Może kiedyś, osobno. Jeśli czasu i pamięci starczy.. Dziś tylko garść zdjęć- wspominek.
Jeszcze wiele innych mniejszych wspólnych wycieczek i podróży z państwem Kolegostwem mieliśmy w swej historii. W historii, która wciąż trwa i wcale się nie skończyła.
Człowiek ma życiu różne ścieżki. Na tych ścieżkach są przystanki. Na przystankach są ludzie. Czasem widzimy czyjąś twarz tylko raz w życiu, czasem idziemy obok siebie przez wiele lat. Wiele nas z Kolegostwem różni. Ale jak wiele musi nas łączyć skoro przez ostatnie 16 lat wspólnie wyjechaliśmy na jedenaście dużych wypraw wakacyjnych. Wytrzymaliśmy ze sobą w różnych miejscach, w różnych warunkach, czasem zmęczeni, nie zawsze w takich samych nastrojach. To co związało nas jest nienazywalne.
To magnetyzm „wakacyjnego rytmu”, ciągu do podróżowania. Owszem – temperamenty mamy różne, ale jakoś w przepływie między nasza czwórką wyrównywały się w tych podróżach. Pan Kolega jest jak konik polny, biega skacze, nie usiedzi sekundy na jednym miejscu. Przynajmniej tak było przez lata, bo co tu dużo gadać – dziś już wiele się zmienia. Wacek i Pan Kolega to para tak zgrana i nie potrafiąca żyć bez siebie na wakacjach, że czasami miałam poważne podejrzenia, kto dla nich jest ważniejszy…
Pani Kolegowa, spokojna i rozważna, ale w gruncie rzeczy i jej humoru przy nas nie brakowało. Myślę, że i ona zawsze wakacyjnie dobrze się z nami bawiła. Ja, największy nerwus w tej grupie, ale też organizator. Mogą sobie na mnie ponarzekać, ale jak trzeba było zobaczyć, sprawdzić, załatwić, to Małgosia była na właściwym miejscu.
Przez te wszystkie lata, dni wspólne, wariackie gadania wieczorne, zdarzenia pełne śmiechu – było życie. Jedenaście wypraw wakacyjnych, wiele innych wycieczek w Polsce, wiele miesięcy wspólnego pomieszkiwania w Houston.. a wspominam tylko lata, kiedy Kolegostwo już wyjechało ze Stanów. Kiedy odległość i codzienne życie pozornie rozdzieliło nasze wcześniejsze 15 lat w Houston.
Każdy człowiek ma w życiu przyjaciół. Różne związki. Żadne nie są tylko łatwe. Ale prawie każde są wartościowe i ważne. Ten wakacyjno-podróżniczy, Kolegoski wciąż jest piękny.
I… gdzie gdzie by tu teraz znów pojechać?

























