5/6/2021
Jestem małą 6-letnią dziewczynką. Nie mam nawet swojego własnego pokoju. Mam kącik tuż koło kaflowego pieca w pokoju, gdzie do tapczanu dołączona jest pólka. W tej półce Mama zrobiła mi mały pokoik dla dwóch laleczek. Niedużych. Mają ubranka uszyte przez Mamę. Niektóre są po prostu wycięte z materiału, bez szwów, imitują najprostsze wyobrażenie o strojach. Bardzo chciałam, żeby moje lalki miały długie włosy. Ale nie miały. Żadnych włosów nie miały. Wymyśliłam, że można zrobić długie włosy z maminej pończochy, pocięłam je na wąskie paski i zawiązałam w „koński ogon”. Byłam szczęśliwa. Moje lalki – moje dzieci miały długie ładne włosy. Byłam mamą! Potem, gdy już miałam może 9-10 lat, pewnego ranka Mama obudziła mnie wcześnie rano. Z Gdańska przyjechała ciocia Frania, najstarsza siostra Mamy. Przywiozła mi w prezencie dużą lalę. Mrugała zamykającymi się piwnymi oczami. I miała ciemne szatynowe włosy. Dałam jej na imię Ewa. Byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie…
Zawsze chciałam być Mamą. Nigdy ilość obowiązków i problemów z tym związanych mnie nie przerażała. Kiedy więc pewnego dnia jako bardzo młoda 23-letnia mężatka odkryłam, że jestem w ciąży, byłam po prostu SZCZĘŚLIWA!
Mieszkaliśmy już wtedy w Sosnowcu, w akademiku a ja kończąc drugi rok studiów musiałam powiedzieć rodzicom, że będą dziadkami. Moja mama była zachwycona, mój tata.. hmm – pierwsza reakcja?? „To ona już nigdy tych studiów nie skończy!” Studia nie tylko skończyłam w terminie, ale nie przerwałam ich nawet na chwilę. Biegałam na zajęcia regularnie, Kasią zajmowały się różne dziwne nianie, potem przeszła pełną edukację socjalistycznego żłobka i przedszkola. Pierwsze kroki stawiała po długim korytarzu akademika, łóżeczko miała za ścianką pełną książek, nocne rozgrywki w brydża wyraźnie jej nie przeszkadzały w spokojnym spaniu, podobnie jak dym z papierosów (co to za rodzice byli!! ) za to kiedy my chcieliśmy już pospać nad ranem, nasze dziecko budziło się szczęśliwe i gotowe do dziennych zadań niemowlaka…
Ale najpierw był lipiec 1975 roku. Właśnie wyruszaliśmy na wakacje z moim ojcem i bratem do Turcji i Jugosławii. Myślę, że tata był przerażony. Powoli, powoli oswajał się z faktem przyszłego dzieciątka w rodzinie na tyle, że gdy w czasie tej podróży niemal co godzinę „umierałam” z głodu, mnie jednej pozwolił kupować coś dobrego do jedzenia. Reszta rodziny jadła zapasy zabrane na wycieczkę z kraju. Wszystko przecież zaplanowane było na cały miesiąc. Teraz doceniam ten jego specjalny gest każdego dnia. W końcu takich planów nie było!
Moja Mama nie miała łatwego życia w rodzinie. Zresztą, która kobieta w tamtych czasach miała łatwo. Wszystkie domowe prace na jej głowie, żadnej pomocy od męża, wszystko na czas, na wyznaczoną godzinę, pan domu „GŁOWĄ” rodziny, a robota w rękach żony. A tak naprawdę – to ona wszystko kontrolowała i jeszcze z humorem przykrywała to, co nieprzyjemne, niewygodne. Kiedy uśmiechała się i żartowała widzieliśmy to wszyscy, kiedy czasami płakała, widziałam tylko ja.. Wtedy byłam już duża, już rozumiałam, że coś dzieje się smutnego, że jest jej źle…
Jej duża gdańska rodzina kochała ją bardzo, doceniała jej pogodę ducha, radość usposobienia. Gdy już mieszkaliśmy w Houston, po raz pierwszy Mama przyjechała do nas kilka miesięcy po niespodziewanej nagłej śmierci taty. Była złamana przeżyciami, nieprzygotowana do samotnego życia. Mój brat nie miał pojęcia jak jej pomóc. I wtedy moja rodzina, moje dzieci okazały się dla niej cudowną terapią. Mama znów powoli, ale konsekwentnie odzyskała swój „maminy” optymizm, radość życia, którą darowała nam wszystkim w różnych momentach przez wiele lat.

Kiedy umierała, był maj – przyleciałam do Polski i… spóźniłam się do niej kilka godzin.
Pewnie też płakała..
Gdy urodziły się moje dzieci byłam młodą matką. Bardzo wierzyłam, że wystarczy kochać dzieci i wszystko będzie takie proste, bezproblemowe. A potem – zaczęło się życie. Różne. Były pieluchy suszone na kaloryferze w akademiku, dziecko zostawiane z koleżankami, które nigdy nie miały niemowlaka na ręku, samotne wieczory, gdy mąż był gdzieś daleko zagranicą, a dziecko miało temperaturę prawie 40 stopni C i okropny kaszel.. Płakałam razem z małą, nie wiedziałam co mam robić…
Rano padał śnieg, winda nie działała, telefonu nie mieliśmy – och, jakoś żyliśmy, z dnia na dzień – normalnie – i nawet dzieci też 😊
Jacek w żłobku jeździł po podłodze na nocniku i wciąż nie chciał nauczyć się do tego nocnika robić co należało, dla Kasi mama robiła kostiumy do przedszkola na występy, do Krakowa jeździliśmy maluchem bez zapinania pasów, bo takowych nie było i nawet nie wiem, kiedy dzieci zaczęły naprawdę myć zęby, bo jakoś tego nie mogę sobie przypomnieć. Ale dzieci zawsze oglądały na dobranoc „Pszczółkę Maję”, ”Jacka i Agatkę” albo ” Reksia” i szły do łóżka o 19.30, bo nie było bajek Ipad-owych! Za to z „Ojcze nasz..” i „Aniele Boże” powtarzaliśmy wspólnie co wieczór. Nie jestem pewna czy dziś jeszcze pamiętają, ale uczyliśmy się tego regularnie.
A potem – wyrośli z dobranocek, dorośli – i ich Mama okazała się być opozycją, stroną do dyskusji, fragmentem do organizowania życia młodzieńczego. Bo tak jest zbudowany świat. Tak musi być. I wtedy – tracisz poczucie pewności, nie wiesz, czy robisz dobrze, czy jesteś dobrą Mamą, czy twoje decyzje są tylko uderzaniem w ciemno, w ścianę na oślep… Tak wiele razy chciałabyś dorastającym i dorosłym dzieciom wytłumaczyć, powiedzieć do końca co czujesz, że nie jesteś po „drugiej” stronie. I rezygnujesz ze słów, bo czujesz, że twoje słowa nie mają właściwego znaczenia. Nie w tym miejscu, nie w tym czasie… Bardzo starasz się rozumieć świat swoich dzieci, ale ten świat nie jest ci tak znany jakbyś chciała, choć i ty byłaś kiedyś młoda jak twoje dzieci. Cóż- sztafeta POKOLENIOWA.
Próbujesz ogarnąć najlepiej jak potrafisz, ale nie wiesz czy tędy właściwa droga. Czas pokaże. Przyszłość zawyrokuje. Musisz wierzyć. Musisz wierzyć w siebie i w swoje dzieci! Bo chcesz być dobrą Matką. Bo chcesz, by twoje dziecko kiedyś było także dobrym rodzicem.
Mijają lata.
Dzieci przestają być dziećmi. Nie – dzieci są wciąż Twoimi dziećmi. Dzieci są już dorosłymi dziećmi. Mają swoje własne problemy, swoje własne życie, nie potrzebują twojej matczynej opieki. Czuwania nad ich bezpieczeństwem. Wyfrunęły z gniazda. Ale wciąż potrzebują twojej miłości. Przecież jesteś Matką. Nikt nigdy z tej funkcji cię nie zwolnił, choć już może jesteś daleko od swoich dzieci.
Może one oddaliły się od ciebie, może odjechały, może trochę zapomniały..
Ty jednak jesteś MATKĄ. Bo Matka jest tylko jedna. Jedna na zawsze. Choćbyś była za morzami, na końcu świata, z tej roli życiowej nikt nigdy cię nie zwolni.
Można w życiu wiele rzeczy zmienić, można wymazać wiele z pamięci, zniszczyć na papierze, grać role innego człowieka z innego świata. Matka jest. Może nie zawsze jest idealna, czasami nawet nie jest dobra. Ale nigdy nie opuści swoich dzieci.
Jest tylko JEDNA i jej dzieci są zawsze te jedyne..
Happy Mother’s Day! Szczęśliwego Dnia Matki!















