Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka

5/3/2021

Wciąż żyje we mnie Ogniskowy Teatr jakby to to wszystko było wczoraj. A przecież minęło tyle lat, że te wpisy mają ocalić go od zapomnienia.  Mam wrażenie, że wszystko dzieje się dalej, ale kiedy przymierzam się do posegregowania zapamiętanych informacji we własnej pamięci, to już mam duże trudności. Dwadzieścia lat teatru i już osiem lat od zakończenia jego działalności – to bardzo długi czas dla ludzkiej pamięci. Czasem próbuję sobie pomóc i tak znienacka pytam kogoś z byłych aktorów o jakąś piosenkę czy scenkę czy drobny fakt ze sztuki i nagle okazuje się, że oni też już nie pamiętają..

Jak ocalić to wszystko od zapomnienia? Jak  stworzyć „skrzyneczkę” w której zmieścimy tyle naszego pięknego teatralnego życia, naszej pracy, piosenek, dni i wieczorów, które spędziliśmy razem? Moim zamysłem jest wspomnieć o każdej naszej sztuce, o każdym aktorze. I może kiedyś tego dokonam, choć wcale nie jest mi łatwo. W każdym razie o wiele trudniej niż sobie to wyobrażałam na początku pomysłu. Nie mam jednak zamiaru poddać się i właśnie przez kilka długich dni walczyłam z pudłami, papierami teatralnymi i przeglądałam, układałam i odkrywałam zapomniane fakty sprzed 20 i więcej lat. No i wykluł się obraz podsumowania faktów, które dla czytającego mogą być tylko nudną statystyką a dla nas „Teatralnych” i tych, co koło nas trwali przez tamte lata – fajną zabawą „przypominajką”.

I aby przypominajka nie była tylko suchą statystyką postaram się dodać trochę zdjęć i wspomnień udowadniając, że statystykę da się polubić. Sama przecież też muszę w to uwierzyć 😊

W ciągu 20 lat Teatr zagrał 31 sztuk. Na scenie pojawiło się w tym czasie 54 aktorów. Najmłodszy, który zagrał pierwszy raz miał 13 lat, najstarszy… hmm – ograniczeń nie mieliśmy!  Na początku Teatr miał być przedłużeniem zajęć języka polskiego dla uczniów sobotniej szkoły polskiej, którzy nieco „wyrośli” z regularnych zajęć i potrzebowali innej, bardziej dla nich ciekawej formy obcowania z językiem polskim. Dość szybko, bo po kilku latach, do uczniów szkół średnich dołączyli studenci uniwersytetów i zupełnie dorośli aktorzy. Teatr stał się dostępną formą sceniczną dla wszystkich. Grali młodzi, starsi i najstarsi. Całkiem dobrze wychodził nam ten melanż wiekowy i językowy. Sztuki i role dobieraliśmy tak, by każdy mógł mieć swoją „minutkę” na scenie.

Już kiedyś wspominałam, że Teatr był biedny, bez własnych pomieszczeń zarówno na próby jak i na przedstawienia. Ale radziliśmy sobie całkiem nieźle. W końcu udało nam się zawsze gdzieś zaistnieć i umieścić sztuki w miejscach, które lepiej czy gorzej, ale udawało się je całkiem realnie przysposobić na teatr. Aż 14 sztuk zagraliśmy na scenie teatralnej w St. Thomas University. Była to niewielka scena, niestety bez kurtyny, co utrudniało dekorację i jej zmiany, ale miała połączenie z zapleczem w piwnicy i z tamtego pomieszczenia mogliśmy częściowo korzystać. Za to wejście do sali teatralnej  było z dużego przestronnego holu, którego pozwalano nam używać po przedstawieniu. Tam na kilka godzin przed występem, nasi rodzice i przyjaciele, nasza ekipa wspaniałych pomocników zabezpieczała „stronę kulinarną”. Już po stresie aktorów, po przeżyciach emocjonalnych i duchowych wszystkich widzów mogliśmy razem przy kieliszku winka i i czymś dla podniebienia jeszcze raz poopowiadać, nacieszyć się, przeżyć wszystko kolejny i kolejny raz. Zazwyczaj mieliśmy jedną dekorację przez cały czas trwania przedstawienia, co było niełatwym zadaniem, zmienialiśmy tylko elementy łatwe do przenoszenia. Wymyślaliśmy takie, które mogły być użyte jako „przedmioty wielokrotnego użycia” czyli mogły imitować w wyobraźni widza dosłownie wszystko! W każdej chwili – od lokomotywy do zwykłego stolika, od lasu do kosmosu.. cokolwiek i jakkolwiek potrafiliśmy wymyśleć, a polotu nam nie brakowało. Były jednak sztuki dłuższe, które wymagały przerwy i wtedy mogliśmy zmienić dekoracje korzystając z „podziemi” i tam ukrytych dodatkowo zgromadzonych dekoracyjnych fantazji.

Szczytem naszych możliwości było zdobycie (do dziś nie wiem jak to Beatka skombinowała!) manekinów, które ubraliśmy w kostiumy z lat przedwojennej warszawskiej ulicy w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy”. Już dokładnie nie pamiętam ile Beatka pożyczyła tych manekinów, ale może pięć – sześć i wszystkie wsadziła do swojego Forda Escape. Kiedy jechała ulicami, bardzo się denerwowała, że policja ją zatrzyma za nadmiar pasażerów w aucie. Wyglądali bardzo realistycznie i przekonywująco… I w dodatku dokonała tego eksperymentu dwukrotnie, bo tę sztukę zagraliśmy dwa razy i dwóch różnych miejscach i za każdym razem tłum ulicznych „manekinów” spisał się znakomicie.

Miłka myśli – jakby tu ubrać tych panów?
Beatka śpiewa a tłum jej manekinów patrzy 🙂

Nasz Teatr w ostatecznym rozliczeniu okazał się być bardzo rodzinnym teatrem.  Czy możecie uwierzyć, że przez te wszystkie lata bakcyl teatralny działał jak narkotyk w rodzinach? Na scenie pojawiło się sześć rodzeństw: Kasia – Jacek Mucha (Lindhorst), Kasia – Jasiu Kimmel, Grzesiu – Łukasz Grabiec, Kasia – Marysia McNeilly, Emilka – Adam Stepiński, Marcin – Filip Szajda.

Dwa małżeństwa: Małgosia – Wacek Mucha, Kasia – Bill Lindhorst, i pięć  „par dwu-pokoleniowych” rodzice – dzieci: Jacek – Kasia – Wacek Mucha, Beata- Ewa Manek, Natalia – Marek – Matusz, Rysiek – Basia Sienko, Ania – Tomek Baranowski. 

Oczywiście nie oznacza to, że grali oni razem w tych samych sztukach choć i tak było.  Ale fakt, że w ciągu 20 lat  dwa pokolenia rodzinne przewinęły się przez nasz teatr świadczy o tym, jak mocno byliśmy związani razem w tym małym polskim teatralnym świecie. Na próbach, na przedstawieniach, w  domach rozmawiając o tym, co było ważne, co łączyło rodziców i dzieci. Polskie słowo. Polskość.

Plejada aktorska „Zemsty” A. Fredry. 1996r.

Zanim jednak udało nam się zagnieździć na dobre kilka lat na scenie w St. Thomas University najbardziej przyjaznym miejscem okazał się Rice University i tam zaczęliśmy naszą teatralną przygodę. Tam po raz pierwszy wystawiliśmy „Zemstę” Aleksandra Fredry. Po niecałym roku, dzięki profesor Ewie Thompson, która zaprosiła nas do powtórzenia tego przedstawienia, zaistnieliśmy przed nie byle jaką publicznością, bo na konferencji slawistycznej, na której znaczna część uczestników nie znała dobrze języka polskiego. Zatem nie tylko dawaliśmy publiczności słowo polskie, ale także całą lekcję o pewnym elemencie polskiej literatury, historii i twórcy polskiej komedii – Fredrze. Byliśmy bardzo dumni, że dane było polskiej młodzieży w Houston w takiej roli wystąpić.

W następnych latach jeszcze pięć innych sztuk zagraliśmy w zaprzyjaźnionej pięknej sali Baker College i tam także odbyło się świętowanie 5-lecia naszego Ogniska na uroczystym bankiecie.

W tym czasie dwa razy skorzystaliśmy z Włoskiego Centrum Kultury i tam odbył się wieczór niezwykły – Wieczór Poezji Miłosnej. Ciepły, majowy, kwitnący i pachnący – piękną poezją, muzyką, piosenką. Kolorowe długie suknie w kwiaty, kapelusze, panowie w garniturach i muszkach czarnych. Nastrój melancholii i wzruszenia. Niejeden słuchający wspomniał najpiękniejsze chwile swych własnych uniesień i upuścił łezkę w oku. Jeden jedyny taki wieczór w teatralnym naszym repertuarze. Do dziś mam ciarki gdy wspomnę słowa Jasia i Agnieszki:

„ Powiedz, jak mnie kochasz? Kocham cię jak..” albo moją ukochaną piosenkę z młodości „Annę”, którą Grzesiu zinterpretował tak pięknie na oryginale śpiewanym przez Stana Borysa.

Ostatnio próbując ogarnąć tysiące papierów, dysków, zapisków natrafiłam na osobne nagranie z naszego bankietu 10-lecia Ogniska. I okazało się, że jeszcze raz przygarnęło na Włoskie Centrum Kultury. Bankiet był pyszny, królestwo naleśnikowe przygotowała Grażyna M. z całą plejadą pomocników, a nasz teatr był gospodarzem tego bankietu i wystąpił z programem poetyckim pt. „Dmuchawce, latawce, wiatr”.

Inne sztuki odbyły się w Chateau Polonez, w budynku, który stał się nie tylko domem ślubów, wesel i balów sylwestrowych, ale także niezapomnianych polskich spotkań, w tym naszych – teatralnych. Tam też po 20 latach pożegnaliśmy się i rozstaliśmy się oficjalnie z Ogniskową i Teatralną ferajną.

Do grona aktorów trafiali młodzi ludzie w różny sposób. Na przykład Kasia M. przyszła z Billem, swoim amerykańskim chłopakiem, który nie odstępował jej na krok i nudził się okropnie na naszych próbach. A było to bardzo dawno, bo przygotowywaliśmy nasze pierwsze (!) przedstawienie w 1995 roku. I tak siedział i siedział i nic nie rozumiał, aż Kasia wymyśliła, że trzeba mu dać coś w tym przedstawieniu do roboty..

I wsadziliśmy mu piosenkę „Teraz jest wojna..” – po polsku. Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. .

Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. No i – po latach efekty są takie, że Bill przykleił się do Kasi a ona do niego i już nawet obchodzili własną 20 rocznicę ślubu. Bill zagrał w po raz drugi w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy” i zaśpiewał tę samą piosenkę i jeszcze jedną podobną – już bez takiej ogromnej tremy a za to ze zrozumieniem o czym śpiewa i nawet widownia dołączyła się do niego jako chórek. Kasia całkiem dobrze wyszkoliła jego znajomość języka polskiego (tu mogę też coś od siebie dołożyć 😊), a Bill był jedynym aktorem Amerykaninem, który trwał z nami przez cały czas teatralny i zagrał po polsku w polskich przedstawieniach. I kto powie, że miłość nie czyni cudów??

Mieliśmy wiele fajnych i śmiesznych momentów na próbach i podczas przedstawień np. jak Jacek jako Papkin wyznawał miłość swojej siostrze Klarze w „Zemście”. Już z sam fakt, że grali tę scenkę razem jako rodzeństwo było śmieszne, to jeszcze dialog był zabawny, no i Jacek zrobił z tego aktorski majstersztyk!

Dwie dziewczyny, Ala W. i Marlena O. zagrały role psów i świetnie się tym bawiły. W początkowych latach brakowało nam chłopców/mężczyzn, więc role męskie grały dziewczyny i całkiem dobrze się w to wpisały. Szczególnie w „Grubych Rybach” – Basia S., Marysia M. i Edyta W. Były bardzo przekonywującymi facetami 😊

Marysia McN. jako Onufry Ciaputkiewicz i jego żona Dorota – Ewa M, „Grube Ryby”
Basia S. jako obywatel Burczyński, „Grube Ryby”, 1998r.

Inni grali różne zwierzęta i też znakomicie wczuli się w osobowość chytrego, cynicznego i podstępnego Lisa (Grzesiu G. czy Jacek M.), krzykliwego – podskakiewicza Koguta (Wojtek D.) W „Serenadzie” oglądaliśmy prześmieszny trójkąt KUR – Kury Blond- udającej przymilną i naiwną (Edyta W.), Kury – Bruny (Czarnej ) w wykonaniu Kasi L. – filozofki i psycholożki rozgryzającej męskie potrzeby przebiegłego Lisa i Kurę Rudą (Natalię M.)- rozwrzeszczaną, zazdrosną, psującą całą koncepcję planu swoich kurzych sióstr.

Kurnik w „Serenadzie” Mrożka i trzy Kury- Bruna, Ruda i Blond. Na górze- Kogut-właściciel.

Sztuka najbardziej komediowa ze wszystkich, które graliśmy, choć i w wielu innych nie zabrakło scenek, przy których widzowie niemal „pękali ze śmiechu”.

Każdy z aktorów potrafił i śmieszyć do łez i być bardzo dramatyczny, wzruszający do łez. To był naprawdę dobry zespół. Czasem oglądam na YouTube scenki z różnych innych teatrów i teatrzyków i stwierdzam z całą radością, że nie mamy się czego wstydzić jako zespół aktorski. Czasem lepiej czasem gorzej,  ale nigdy nie było źle😊

Ojciec grał z synem (scenka w „Kabarety, Kabarety” – Jacek i Wacek M.) , brat z bratem – „Zemsta” – Grzesiu i Lukas G.), rodzeństwa śpiewały razem piosenki.  Jasiu i Kasia K. wielokrotnie. Szczególnie zapamiętałam ich piosenkę w przedstawieniu „Przechadzki- o Krakowie” pt. „Jak te konwalie, jak bzy albo bez”.

Posyłają słowa tej piosenki Piotrowi Skrzyneckiemu, prosto do Nieba wraz z pogłosem dopowiadanych słów jego przyjaciela Jana Nowickiego (Wacek M.)

To przedstawienie było dla mnie dużym emocjonalnym wyzwaniem. Powstało zainspirowane książką „Między Niebem a Ziemią” autorstwa J. Nowickiego, którą kiedyś otrzymałam od mojej krakowskiej przyjaciółki Niny. W dedykacji napisała: „Nadrabiaj zaległości. Słuchaj, czytaj, może wchłoniesz te czasy, ich wspaniałą atmosferę”. I pomyślałam, że muszę wrócić jeszcze raz do Krakowa, do czasów mojej młodości. Tak powstały „Przechadzki – o Krakowie”. Część pierwsza to krakowski Rynek, wesołość, Zielony Balonik, koloryt tego miasta. Część druga – Piwnica Pod Baranami, jej „dusza” – P. Skrzynecki i wszyscy, którzy w tamtych czasach stanowili o piwnicznej sławie i jej największych wartościach. Dzięki tej książce i słowom dedykacji Niny stworzyliśmy piękne wspomnienie o najpiękniejszym polskim mieście.

A później po latach dodaliśmy smaczek warszawski, bo przecież zawsze jak Kraków to i Warszawa, nie mogłoby być inaczej!   I tak powstała sztuka „Warszawa mojej Mamy”. Warszawa to miasto Beatki, więc dla równowagi między nami i balansu w Polonii: Kraków czy Warszawa? zadowoliliśmy i tę drugą stronę😊 Odezwały się głosy: a co z Gdańskiem? (ja także uwielbiam to miasto), ale nie uległyśmy już żadnym miejskim pokusom, nie licząc zwykłej miejskiej ulicy, czyli sztuki  „Chłopcy z naszej ulicy”. Ale tu już raczej zauroczył nas temat facetów niż miasta..  

Ciekawą i inną formą wypowiedzi scenicznej były dwa happeningi. Pierwszy wymyśliłyśmy jako dodatek do jednoaktówki, żeby przedstawienie nie było za krótkie i był to happening „kontrolowany”. Młodzież przedstawiała się widzom w krótki i dowcipny sposób, potem dodali jeszcze drobne wywiady pomiędzy sobą – w sumie wyszło wesoło i zarówno aktorzy jak i widzowie bawili się znakomicie. A przy okazji każdy z aktorów mógł się przedstawić i powiedzieć o sobie to, co naprawdę chciałby ujawnić swoim widzom.

Drugi happening był dla mnie i dla widzów całkowitą niespodzianką. Przygotowali go aktorzy pod „wodzą” Kasi L. i Grzesia G. Była to bardzo groteskowa i śmieszna kompozycja podziękowań, mieszanina wspomnień widzianych oczami aktorów z naszej wspólnej pracy, złożona z fragmentów cytatów, które aktorzy szczególnie polubili. I na koniec otrzymałyśmy z Beatka piękną pamiątkę – tablicę ułożoną ze zdjęć i z podpisami wszystkich aktorów obecnych wtedy na scenie. Do dziś wisi na ścianie w moim domowym kąciku teatralnym i stanowi jedno z piękniejszych wspomnień tamtych lat.

Długo mogłabym jeszcze pisać.. Ten temat teatralny wydaje się niewyczerpany. I pewnie znów za tydzień – dwa powróci tu.

Tyle na dziś. Jak w piosence do Piotra S:

„Wpadnij pan choć na pół papierosa,
Na uśmiech, słowo, brzęknięcie, szept.
Bo my umieramy tutaj bez pana..”

Tak ja muszę wpadać czasami we wspomnienia teatralne, by nie umierać – bez oddechu tamtych dni..


BACK

Dodaj komentarz