Kolekcjonerstwo czy zbieractwo?

4/27/2021    

„Jak zwał, tak zwał” – bardzo mi się to powiedzonko spodobało, choć dla mnie jest dość nowe, wychwyciłam je nie tak dawno w polskich filmach czy powieściach.

I postanowiłam dziś porozmyślać sobie na temat tego, co w mojej głowie jest kolekcjonerstwem a co zwykłym zbieractwem. Jak wiadomo, choć może nie wszystkim, problem wkracza na dość poważne i głębokie wody psychologiczne i sięga w kręgi zdiagnozowanych chorób psychicznych. Jeśli bardzo chcecie i potrzebujecie takich informacji, odsyłam do „wujka Googla” – jak mawia moja Internetowa Guru – Ania, tzn. Ania by mnie odesłała do GOOGLE, ale mnie się gdzieś kiedyś spodobało to określenie „poczciwy wujek Google”. Dla laików takich jak ja, brzmi całkiem fajnie 🙂

Sięgnę do rozważań na własnym rodzinnym podwórku, bo śmieci w tym względzie mam wystarczającą ilość, codziennie i przez wszystkie minione lata. Niech podniesie rekę ten, kto w swoim życiu  czegoś NIE zbierał!  Nie ma chyba wśród nas takiej osoby. Dzieci zbierają wokół swojego łóżeczka kochane miękkie pluszaki, wszelkiego koloru wielkości, miękkości, bo „przytulanki” to nasze pierwsze kolekcje, z którymi przez długie lata nie chcemy się rozstać, choć rozumiemy, że kurzu w nich coraz więcej. I misiowi ucho już odpada, a konik stoi tylko na trzech nóżkach…  Na pierwszych wakacjach nad morzem zbieramy muszelki i wracamy z workiem pełnym muszelkowych skarbów wciąż wypełnionych nadmorskim  piaskiem i resztką wysuszonych glonów. Po latach wyciągamy z szuflady tę pamiątkę i z rzewnym wspomnieniem zastanawiamy się – wyrzucić już czy może dopiero jutro?  W szkole zbieraliśmy znaczki – przynajmniej w moich czasach szkolnych było to ulubione hobby zarówno chłopców jak i dziewczynek. Jakie to było trudne i ambitne zadanie, zdobyć znaczek zagraniczny! Ze Związku Radzieckiego, NRD albo Czechosłowacji. A jak już ktoś miał  znaczek jakiegoś państwa z Zachodu albo z Ameryki, to już był niekoronowanym królem! Mógł wymieniać się, narzucać „cenę” wymiany, dyktować warunki.

Posiadanie pięknego albumu, porządkowanie go, wymyślanie sposobu, który byłby najbardziej imponującą i zaskakującą kolegów „szkołą” układania i segregowania znaczków – to była gra towarzyska tamtych młodzieńczych czasów.

Podobnie było z widokówkami. Ja osobiście miałam ich wielką kolekcję. W tamtych czasach ludzie mieli piękny zwyczaj wysyłania do siebie wzajemnie pozdrowień z wyjazdów, z wakacji, z wycieczek w postaci kilku słów zapisanych na widokówce. Ambicją każdego było znaleźć widokówkę ładną ciekawą, charakterystyczną dla danej miejscowości, kolorową (co wcale wtedy nie było takie oczywiste i proste). A jeśli jeszcze udało się dostać widokówki od kogoś z rodziny czy znajomego podróżującego zagranicę to już była wielka zdobycz!

Przechowywałam te widokówki przez lata, także w specjalnym albumie. Uwielbiałam je oglądać sama i z koleżankami. W przeciwieństwie do znaczków, widokówkami nie wymienialiśmy się. Widokówki były bardzo personalne. Miały przecież tekst na odwrotnej stronie, datę wysłania, a więc stanowiły także pewien element historii. Nie mam pojęcia co stało się z moimi widokówkami, kiedy przestałam je zbierać, gdzie się zapodziały..  Jak większość „świata młodości”, pewnie umarły śmiercią naturalną, gdy ich czas się skończył.

A szkoda..  No właśnie – czy szkoda? Moje albumy z widokówkami były kolekcją, którą zbierałam, pielęgnowałam, lubiłam, podziwiałam i byłam z niej dumna. Gdybym je przechowywała tylko po to, by przechować.. stałyby się zapewne „zbieraniną” starych widokówek. A tak – były piękne i istotne dla mnie, były moją własną kolekcją. Miały wartość – uczyły mnie porządku, pokazywały nowe zakątki kraju i świata, których być może nigdy potem w rzeczywistości nie widziałam. 

No to sobie troszkę powspominałam o kolekcjonowaniu i zbieraniu w czasach dzieciństwa i młodości, a teraz już będzie trochę na poważniej. Ludzie zbierają wszystko! Dosłownie wszystko! I w każdej możliwej ilości. I wcale nie jest powiedziane, że kolekcja tysiąca breloczków jest okazalsza niż kolekcja dwustu pięćdziesięciu par butów albo stu dwudziestu samochodów. Nie liczba jest tu ważna. Ważne jest poczucie, co dla zbierającego jest kolekcją. Są rzeczy bardzo drogie, wartościowe, jak obrazy, samochody, biżuteria i te będzie zbierać ktoś, kto może sobie na taką kolekcję pozwolić finansowo. Być może kosztem wielu innych rzeczy czy bliskich osób, ale wiadomo, że taka droga kolekcja nie będzie dostępna dla każdego. Jest też kwestia organizacyjna – pomieszczenie, czas, sposób zdobywania itd. To także częściowo ogranicza takie kolekcjonerstwo.

Są kolekcje, które potrzebują tylko pomysłu i pasji i chyba takich jest najwięcej na świecie. Kapsle od butelek, breloczki, klucze, torebki papierowe, ulotki z np. linii lotniczych, piórka egzotycznych ptaków – i Bóg wie co jeszcze!  Naprawdę wszystko!  Znam osobę, która zbiera piękne porcelanowe filiżanki i układa je.. w łazience! Nie jest to przesadnie wielka kolekcja, ale prezentuje się bardzo ładnie. Żadna filiżanka się nie powtarza, każda ma swój własny wyjątkowy wzór.

Ta książka ma już ponad 45 lat, odbyła długą podróż z Polski do Stanów i wciąż jest w naszej bibliotece domowej jak wiele innych pozycji z tamtych czasów.

W moim domu, w czasach lat 70-tych i 80-tych, kiedy bardzo trudno było kupić książki w księgarniach,  jak większość humanistów pracujących na uniwersytecie, zbieraliśmy wszelkie dostępne książki wydawane legalnie i nielegalnie, od książek o teorii literatury, którymi wtedy fascynował się mój mąż i jego „grupa” do literatury pięknej tj. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, „Rok 1984” G. Orwella czy innych tego typu istotnych dla tamtych czasów pozycji. Nasza biblioteka liczyła około pięciu tysięcy książek, co jeśli dziś uświadomimy sobie wielkość polskich dawnych mieszkań, półki z książkami stanowiły po prostu ściany pokojów. Każda najmniejsza przestrzeń ściany była potencjalnym miejscem na nowe kolejne książki. I co ciekawe, mój mąż, jako rusycysta i teoretyk literatury, w tamtych czasach pisał doktorat z twórczości  Michaiła Zoszczenki, często wyjeżdżał do Moskwy albo Leningradu (dziś Petersburga) i tam w księgarniach rosyjskich kupował… polskie książki za naprawdę niewielkie pieniądze. A pieniędzy rosyjskich na stypendium mu nie brakowało. Takie to były anomalia tamtych dziwnych czasów!

Wśród naszych przyjaciół kolekcjonowanie książek nie było niczym nadzwyczajnym. Niewiele rzeczy mogliśmy wtedy „mieć” – książki były jedną z podstawowych i najważniejszych ambicji, by je posiadać. Nie dom, nie auto, nie wyjazdy zagraniczne, choć powoli światełko w tunelu zaczęło rozbłyskać – ale to, co uważaliśmy za najpotrzebniejsze i najambitniejsze tamtych czasów – książki i wiedzę.  Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy wiedzieliśmy już, że najprawdopodobniej zostaniemy w Stanach na dłużej i w 1996 roku zdecydowaliśmy się sprzedać nasze polskie mieszkanie. Co zrobić z taką ogromną i ważną dla nas kolekcją? Długo myśleliśmy, przewidywaliśmy różne rozwiązania, toczyliśmy rozmowy i przymiarki. Były to jeszcze czasy, kiedy nie było ograniczeń wagowych i można było przywozić do Stanów po dwie duże i ciężkie walizki, trochę więc najważniejszych i najbliższych sercu książek dowieźliśmy do Houston sami. Ale to tylko była mała cząstka. W końcu po długich rozmowach udało nam się dogadać z biblioteką Rice University, iż oni przejmą część książek rosyjskich z naszej domowej biblioteki za cenę przesłania ich kontenerem drogą morską. W ten sposób duża część naszej kolekcji wciąż jest dostępna na półkach uniwersyteckich Rice w dziale literatury rosyjskiej, a my mogliśmy trochę z naszej kolekcji przesłać do Houston i zatrzymać w nowym miejscu zamieszkania. Reszta trafiła do domów przyjaciół lub bibliotek w Polsce. Tym sposobem wciąż na półce stoi kilka ukochanych zachowanych pozycji z mojego dzieciństwa i młodości jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Ten Obcy” czy „Beethoven i dżinsy”. Dziś znów mamy pokaźną bibliotekę, choć czasy zmieniły się bardzo, wszyscy czytamy książki w internetowych wydaniach na różnych aplikacjach, sprowadzamy je wirtualnie i już nie kolekcjonujemy w takich ilościach jak kiedyś. Co wcale nie znaczy, przynajmniej dla mnie, że zrezygnowałam z posiadania i zbierania książek, które są dla mnie ważne i chcę je mieć.

Nasze największe dwie kolekcje domowe związane są z moim mężem i jego pasją. Szczególnie ta NASA-owska. Mój mąż od ponad dwudziestu lat uczy amerykańskich a także innych narodowości astronautów języka rosyjskiego i przygotowuje ich do współpracy językowej na stacji kosmicznej z rosyjskimi kosmonautami. Jest to program wielopoziomowy, trwa i rozwija się przez wiele lat i na różnych płaszczyznach. Od samego początku mój mąż jest zafascynowany swoją pracą i ludźmi, z którymi pracuje. Śledzi każdą wyprawę, każda załogę lecącą na International Space Station i przy okazji kolekcjonuje wszystkie plakaty z podpisami załóg od początku pierwszej ekspedycji. Jego gabinet do pracy jest więc już dziś swoistym muzeum, a kiedyś na pewno będzie mieć dużą wartość historyczną. Niewiele jest osób, które tak starannie i solidnie układają, hołubią i dbają o tę wyjątkową kolekcję.

Ciężko było ostatnio, gdy malowaliśmy dom, bo zabezpieczenie i przeniesienie i umieszczenie na nowo na ścianach tych plakatów było prawie „rozwodową zawieruchą”, ale jakoś sobie poradziliśmy.

Rodzina i przyjaciele są już przyzwyczajeni do ekscentrycznego wyglądu ścian domowego biura tuż po wejściu do naszego domu, ale dla osób, które wchodzą tu pierwszy raz stanowi to często nie lada zaskoczenie. I wtedy zaczyna się ulubiona część „satysfakcji” mojego męża – opowieść o tym, co to jest, kto to jest itd… mógłby bez końca, każdemu z osobna i wszystkim razem 😊

Moją ulubioną kolekcją, którą też już dawno wymyślił sobie mój mąż ale i ją bardzo polubiłam jest nasza kolekcja krów. Krówek, króweczek. Krowy to bardzo ładne zwierzęta, powolne, cierpliwe, patrzące na świat poczciwymi oczami. Działają na człowieka w taki.. uspokajający sposób. Oczywiście nasza kolekcja jest różnokolorowa, krowy nie są zbyt realistyczne, ale wszystkie są piękne i każda jest inna! Zrobione z przeróżnych materiałów – drewna, szkła, porcelany, gliny, masy plastycznej. Mają bardzo wymyślne pozycje i kształty. Miny i spojrzenie i artystyczny przekaz. Jakże zaskakująca jest inwencja i wyobraźnia twórców, że krowa może człowiekowi kojarzyć się z tyloma sytuacjami i momentami życiowymi człowieka. Krowy dotarły do nas z różnych przedziwnych miejsc i dalekich krajów i wielu przyjaciół dołożyło się do tej kolekcji. Jest krowa uśmiechnięta i wystawiająca język, krowa w kolorowe paski i tradycyjna łaciata, krowa przewracająca oczami i krowa astronautka. Jest krowa narciarka i krowa, która lubi napić się czerwonego winka. Krowa krakowska i krowa amerykańska. I taka co przyleciała z Peru i co przyleciała z Hiszpanii. Krowy – „baby” i krowy duże. I nawet dorodny dumny byk się znalazł!

Kiedyś mieściły się wszystkie na kominkowej półce, ale kilka miesięcy temu uznałam, że nasze krówki zasługują na bardziej centralne miejsce i zaplanowałam dla nich półki na ścianie w głównym pokoju.  Teraz widzimy je niemal w każdym momencie, nawet z otwartej części kuchni. Są jak domownicy i bardzo je lubimy. Kolekcja jest nasza a może nawet bardziej mojego męża, ale dbanie o czystość krówek, odkurzanie półek i od czasu do czasu układanie ich na nowo, żeby się nie znudziły zawsze w jednakowym szeregu, należy tylko do mnie. No cóż.. ktoś musi być od „brudnej stajennej roboty”😊

A reszta „kolekcji” domowych.. hmm – to już tylko zbieranina tysiąca plątających się śmieci w domu. To mnóstwo papierków, kartek, pudeł z papierami sprzed 2-15 lat, które mój mąż przechowuje „kolekcjonuje” czyli po prostu NIE wyrzuca, nie porządkuje, nie czyści i udaje, że coś zbiera. To są czasem naprawdę bardzo dziwne Rzeczy, dla których rozsądek nie potrafi znaleźć logicznego uzasadnienia, dlaczego je przechowujemy, dlaczego nie wyrzucamy ich do kosza od razu albo nie przekazujemy ich dla organizacji charytatywnych, które zajmują się rozprowadzaniem takich rzeczy dla ludzi potrzebujących. Psychologia podpowiada naukowe uzasadnienia takiego zachowania – bo czujemy się bezpieczni kiedy mamy wokół siebie „rzeczy”, bo lubimy otaczać się  ładnymi czy wygodnymi przedmiotami, bo mamy do nich sentymenty, bo myślimy: „ może mi się to przyda później?”.. Albo po prostu – z wygody, nie-podejmowania decyzji i z lenistwa do jakiegokolwiek działania.

Z własnych doświadczeń domowych stawiam na lenistwo podejmowania decyzji o zmianach, o ruchu czegokolwiek wokół. Najwygodniej po prostu – mieć. Tak więc nasze szafy, szuflady, półki, garaże, strychy pełne są tysiąca starych zapomnianych przedmiotów, mebli, pudeł z dziwnymi całkowicie nieprzydatnymi od lat częściami, papierami itp. Mój mąż jest mistrzem świata w zbieraniu takiego bałaganu. Od lat walczę, po cichu wyrzucam co się da, ale to trochę jak „walka z wiatrakami”.  Jest tego „badziewia” znacznie więcej niż ja nadążam z pozbywaniem się go.

Za to ja należę do osób uporządkowanych, wyznających zasadę, jeśli czegoś nie używam przez rok czy dłużej a dana rzecz, ubranie czy cokolwiek jest w dobrym stanie, chętnie przekazuję je innym, wierząc, że ktoś drugi będzie to używał i będzie z tego zadowolony. Mniej więcej co dwa miesiące pakuję worek dla „Purple Heart” albo podobnej organizacji dobroczynnej i oddaję potrzebującym. Dawno temu w Polsce, pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych,  otrzymywaliśmy od przyjaciół i znajomych z Niemiec i Holandii paczki z rzeczami codziennego użytku i z jedzeniem dla małych wówczas dzieci. Nigdy im tego nie zapomnę, jak bardzo pomogło nam to żyć w tamtych trudnych latach. Zawsze czuję, że oddaję pewien dług, gdy teraz ja mogę pomóc innym i podzielić się tym, co mam w nadmiarze. Rzeczy są przecież tylko czymś nabytym „na chwilę”, nie muszą pozostawać z nami na zawsze.

Przywiązuję się tylko do drobnych elementów, które wiążą się dla mnie z ważnymi ludźmi, ze słowami zapisanymi w kartkach urodzinowych, z książkami, które wstrząsnęły moim sercem, filmami, które chcę mieć blisko. . Takie rzeczy mam. Trzymam blisko siebie. To z pewnością nie jest zbieractwo. Pewnie też nie jest kolekcjonerstwo. To emocje.

Ale to już odrębny temat na „pogadanie” o tym..


BACK

Dodaj komentarz