Motylem byłam..

4/21/2021

Jesteśmy jak motyle. Przez całe życie lecimy pędzimy, raz wysoko wprost do nieba, do słońca blasku. Innym razem przysiadamy na kwiatku, na kamyku, zatrzymujemy się posmakować chwili, zapamiętać ją na zawsze. Jeszcze jutro pofrunę tam, gdzie nie byłam nigdy, może spotka mnie coś pięknego..

Mam duszę lekką, marzenia, które unoszą mnie na skrzydłach, bo motyl taki jest.. Lekki, kolorowy, delikatny. Piękny.

Kiedy byłam młoda myślałam, że tak będzie zawsze. Bo młodość ma to dane, że wierzy w swoją nieprzemijalność. Kiedy trwa, jest „na zawsze”. Tańczy każdego dnia – w realnym życiu, w marzeniach i tysiącach planów na przyszłość.

Każdy był kiedyś młodym. I zdrowym. I pięknym. I nie mam zamiaru pisać tu nowej bajki. Wiem, że ludzie miewają czasem młodość ciężką, bo trafiają w swoim życiu na trudny czas, na zło, którego sobie nie wybierali.

Moja młodość przypadła na czasy komuny, której większość naszych rodziców nienawidziła (mój tata, w domu,  nie rozstawał się z małym przenośnym radiem przyłożonym do ucha słuchając niemal bez przerwy skrzeczących zagłuszanych wiadomości zakazanego radia Wolna Europa). Ale mimo czasów biednych i wielu ograniczeń politycznych, braków w sklepach, przepisów, do których z niechęcią musieliśmy się wszyscy stosować – my młodzi żyliśmy radośnie i wesoło.

Pamiętam, że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu w telewizji wyświetlano jakiś film o tematyce wojennej. Nie jestem z pokolenia urodzonego w czasie II wojny, ale obraz tych filmów na długo ukształtował we mnie strach, że wojna powróci i nasze życie będzie znów pełne niepewności i bomb lecących z samolotów pod niebem.  A przecież – być młodym, to znaczy być lekkim jak motyl. Oprócz lat harcerskich, które na pewno zdominowały moje poglądy i nauczyły mnie wiele dobrego, praktycznego, żyliśmy radością pojedynczego dnia. Robiliśmy głupstwa, kochaliśmy się, mieliśmy swoje duże i małe problemy, chodziliśmy na prywatki, tańczyliśmy słynnego Rock and Rolla i Motylka i Twista.  Byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy zaczęłam uczestniczyć w zajęciach kółka geograficznego. Prowadził te zajęcia starszy pan (a może mi się tylko tak wtedy wydawało?), odbywały się one w sobotę po lekcjach ok. godziny 13-tej i najpierw był zawsze jakiś referat, wykład na temat bardzo „geograficzny”, potem dyskusja-komentarz, a potem… szybko składaliśmy  krzesła na bok pod ściany klasy, włączaliśmy magnetofon i odbywały się zajęcia z tańca.

Nie mam zdjęcia z naszych pierwszych „kursów tanecznych” ale za to mam migawkę z niedzielnych wycieczek z naszym nauczycielem geografii i.. tańca

Wszystko pod okiem naszego nauczyciela, który udzielał nam trochę instrukcji, trochę zachęty, bo w końcu nie łatwo było namówić 13,14-letnich chłopców do tańczenia z dziewczynkami. To były moje pierwsze kursy tańca i moja pierwsza nieśmiała sympatia.. Chłopak, z którym byliśmy parą do końca podstawówki i jeszcze trochę w liceum. Za to w niedziele nasz nauczyciel często, jak tylko dopisywała ładna pogoda, zabierał nas na wycieczki w najbliższe okolice Krakowa. To były wyjątkowo edukacyjne i socjalne zajęcia pozalekcyjne. I wyjątkowy nauczyciel, którego zapamiętałam do dzisiaj. 

W harcerstwie też urządzaliśmy różne potańcówki, zazwyczaj związane były z jakimiś okazjami jak „Andrzejki” albo zabawa karnawałowa. Uwielbiałam tańczyć i muszę przyznać, że byłam w tym niezła. No i na brak  powodzenia nie mogłam narzekać. Wokół zawsze dużo chłopców. Nawet czasem wynikały z tego kłopoty i dylematy wyborów. Jak to w młodości, kiedy ciężko zdecydować się co się chce, a chciałoby się wszystko 😊

Motyl przecież fruwa lekko i zmienia miejsca i marzy co chwilę o nowych doznaniach i wrażeniach…

Dobrze pamiętam moją własną studniówkę. Piszę „własną”, bo kiedy pracowałam jako nauczycielka polonistka uczestniczyłam w kilku studniówkach, a nawet je z uczennicami organizowałam. Studniówka, czyli bal szkolny organizowany na sto dni przed maturą, po którym to już uczeń powinien tylko skupić się na książkach i wkuwaniu wiedzy, w moim liceum miał dość konserwatywne zasady. Po pierwsze – musiał odbyć się na terenie szkoły czyli w auli, na tę okazji specjalnie udekorowanej przez komitet rodzicielski i dodatkowy tłum pomocników. Po drugie – nie wolno nam było wprowadzić nikogo z zewnątrz szkoły czyli nie było szansy przyjść ze swoim chłopakiem, dziewczyną. Musieliśmy się bawić w gronie  wszystkich klas czwartych – maturalnych (mieliśmy ich aż sześć). Po czterech latach znaliśmy się wszyscy dobrze, dziewczyn było więcej, mieliśmy już po 18-19 lat- hmm.. nie byliśmy zachwyceni takimi restrykcjami towarzyskimi.  Mój ówczesny chłopak (a obecny mąż) też nie. Musieliśmy być ubrani na biało-czarno.

Jedyne zachowane studniówkowe zdjęcie. Wybory Miss Klasy Maturalnej.

Długo kombinowałam, co by tu zrobić, żebym nie musiała założyć tradycyjnej czarnej spódnicy (jedne miały całkiem długie, inne mini, ale to było w „Sobieskim” dość dużym ryzykiem, nawet na studniówce) i białą bluzkę, nawet jeśli miałaby to być najbardziej wyszukana i strojna. W końcu – już nie pamiętam kto i gdzie, ale pożyczyłam sukienkę czarną i małe białe „kosteczki” z białą  strojną falbaną przy dekolcie. Była naprawdę piękna i taka.. inna. I najważniejsze, nikt się nie przyczepił, że jest „niewłaściwa” 😊  No i całą studniówkę obsługiwali nasi rodzice, co wiązało się z pilnowaniem nas na każdym kroku. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo choć muzyka była z magnetofonu (chyba nic innego wtedy nie było? Może jakieś nagłośnienie, nie pamiętam) bawiliśmy się znakomicie!  I był też konkurs na Najładniejszą Koleżankę – Maturzystkę, co według zasad konkursu sprowadziło się do tego, że wygrała ta, która otrzymała najwięcej punktów za różne odpowiedzi w poszczególnych częściach konkursu i oceniali swoje koleżanki koledzy z klasy, siłą braw i siłą głosu (oj, było bardzo bardzo głośno!.) W ten sposób wygrała wcale nie najładniejsza z nas, ale na pewno najpopularniejsza i na pewno bardzo lubiana. Ja – tu się pochwalę, zostałam wicemiss, co do dziś bardzo mnie satysfakcjonuje. Studniówka miała jeszcze jedną fatalną restrykcję – miała się zakończyć o 22:00, co od początku uważaliśmy za oburzające i wstydliwe przed wieloma innymi liceami krakowskimi. Na szczęście zabawa była „grzeczna”, rodzice pilnowali i udali się razem z uczniami w delegacji do dyrektora szkoły, który uprzejmie ustąpił i zgodził się przedłużyć naszą studniówkę do 23.30 czyli udało się prawie do północy 😊

Od pierwszego balu dziecięcego do studniówek i balów młodości

Potem, każda następna studniówka w „Medyku”, choć nie moja, była dla mnie też dużym przeżyciem. Lubiłam je organizować, często przygotowywałam z uczennicami program kabaretowy, konkursy, niespodzianki. I zawsze bawiłam się na nich znakomicie. Z uczennicami, z ich partnerami (zdecydowanie byliśmy bardziej tolerancyjną szkołą,  dziewczyny mogły przyjść z osobami towarzyszącymi), z moimi kolegami z pracy. Zabawa towarzyska, taniec zawsze były radosną częścią mojego życia.

Młodość powoli mijała, lata dodawały się każdego roku. Jak wszystkim wokół.

Ale życie ma to do siebie, że skrzydełka motyla są lekkie i zawsze mogą latać.  Nigdy nie byłam osobą specjalnie usportowioną ani zainteresowaną sportami. Ot, tak, jak każdy przeciętniak. Lubiłam piłkę nożną, ale tylko gdy były to Mistrzostwa Europy albo Świata, lubiłam mistrzostwa jazdy figurowej na łyżwach czy lekkoatletykę. Ale – bez nadmiernego entuzjazmu. Tyle, o ile sprawiało  mi to przyjemność estetyczną oglądania no i oczywiście gdy wzbudzało we mnie poczucie patriotyzmu, jeśli na podium znaleźli się Polacy.

 W szkole lekcji gimnastyki nie lubiłam, bo kto ją lubił. Były nudne i większość czasu robiło się smętne ćwiczenia albo ostatnie 15 minut graliśmy w piłkę.. właściwie nie wiadomo jaki to miał być rodzaj gry. Unikaliśmy więc tych lekcji jak się dało. Niestety – efekty fizyczne i zdrowotne polskiej młodzieży tamtych czasów nie były najlepsze.

Gdy przyjechałam do Ameryki od początku obserwowałam, na przykładzie moich dzieci wówczas będących w klasie – Kasia ósma, Jacek piąta, jak działa szkoła amerykańska i jak inna jest od polskiej, szczególnie w sprawach sportu. Mój syn miał to szczęście w Polsce, że nasz bardzo dobry przyjaciel  Andrzej był trenerem piłki nożnej młodzików w klubie sportowym i choć Jacek był za młody na uczestnika tej grupy, to Andrzej często zabierał go ze sobą i Jacek miał naprawdę dobre podstawy techniczne i kondycyjne, nawet jako 11-latek. Co zresztą po roku zaowocowało tutaj wielkim niesamowitym wydarzeniem, bo to właśnie Jacek został zauważony na boisku podczas jednego z meczów szkolnych przez trenera z Awty International School, dzięki któremu  znalazł się w tej szkole, a po latach skończył ją z dużym sukcesem naukowym i sportowym. To w konsekwencji zaowocowało jego dalsza karierą zawodową i  w jakiś sposób naznaczyło miejsce, w którym dziś w życiu się znajduje. Dziś jego drogę naśladuje i kontynuuje syn Kasi – też jest zapalonym piłkarzem, też uczy się w Awty School i  mam nadzieję, że dwójka moich pozostałych wnuków podobnie jest sportowo uzdolniona a przede wszystkim po prostu lubi ruch i sport!

Moja rodzina naprawdę sportowo i ruchowo rozwinęła skrzydełka „motyla” tu w Ameryce. Moja córka ćwiczy niemal codziennie, biega w tak poranno-wczesnych godzinach, że dla mnie to prawie dopiero pora do położenia się spać 😊, Lukas uwielbia Tae Kwon Do, biega podobnie jak jego mama, teraz gra tez w piłkę nożną, Christoph przebiegł już 25 pól- maratonów z  Mamą, realizując konsekwentnie ambitny plan  „50 pół-maratonów w 50 Stanach”, gra w drużynie szkolnej piłki nożnej i trenuje biegi przełajowe, a najmłodszy Jackowy syn – Chase lubi baseball, piłkę nożną, amerykański football i wie o sportach w teorii już  tyle ile co najmniej jego tata. A mój „mąż – staruszek” też ma na koncie sportowym niezły „amerykański dorobek” – dwanaście rajdów rowerowych MS 150 z Houston do Austin i cztery maratony we wszystkich dużych miastach Texasu: w Houston, Austin, Dallas i San Antonio. I wszystko to w powiedzmy.. średnim wieku.. po 50-ce!  Często im w tych wyczynach towarzyszył mój zięć Bill, a ja – cóż- byłam jako zaplecze organizacyjne: dowieźć, przywieźć, wiwatować, „babciować” z dziećmi, cieszyć się, że mam taką rodzinę! Motyle fruwają różnie, raz wysoko a raz niżej, raz samotnie a innym raz wokół najbliższych. Ale ciągle są w ruchu. Skrzydełka wciąż pracują.

Teraz, gdy już motyl zwalnia swój lot, obserwuje innych i zachwyca się wzlotami pięknych motyli obok siebie. Trudno jest opowiedzieć swojemu młodemu wnukowi, co skacze wokół mnie jak nieokiełzana kózka, że lekkość motyla po latach życia zmienia się, bo taka jest natura. To nie niechęć czy lenistwo. To naturalna kolej rzeczy, wymiana pokoleń i przemijanie. Jak wytłumaczyć  wnukowi, że moje ciało składa się z tysiąca dodatkowych cząstek, o których on na szczęście jeszcze nie wie i nie będzie wiedział długo. Bo ja też kiedyś o nich NIE wiedziałam.. Kiedy moja mama schodziła codziennie, czasem nawet kilka razy, ze schodów w naszej starej krakowskiej kamienicy z drugiego piętra (a były bardzo wysokie) i była niemal skatowana bólem kolan, ja – młoda dziewczyna nie mogłam zrozumieć, jak mogą boleć kolana przy schodzeniu w dół?  W górę po schodach, to jeszcze było zrozumiałe, ale w dół?.. Dziś rozumiem to bardziej niż dobrze. Ale dziś już nie mogę jej tego powiedzieć, że wiem jakie to cierpienie.  Dziś moje ciało jest uparte i odzywa się do mnie niemal codziennie rano – coś tam strzyka, coś tam boli, coś uciska, coś przeszkadza.. Nie lubię tego! Nie poddaję się. Bo serce jeszcze wciąż jest motylem.

I choć dziś powinnam powiedzieć – jak kiedyś moja koleżanka z grupy na studiach, dość obszernej tuszy, ale za to ze świetnym poczuciem humoru, gdy czekaliśmy ogromnie zestresowani pod drzwiami na egzamin z gramatyki historycznej, żeby nas rozbawić i nieco odstresować podśpiewywała sobie: „Motylem byłam, ale utyłam..”😊  bo to, niestety, prawda nieprzyjemna ale prawdziwa.  Ale powiem też, motylem wciąż jestem, skrzydełka chcą latać i:  

„pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze,
dzień minął już, a ja pragnę usiąść – tu i tam.. „


BACK

Dodaj komentarz