Pokoleniowa układanka

4/19/2021  

Gdybym chciała opowiedzieć o przekazywaniu pałeczki pomiędzy pokoleniami w naszej rodzinie, to opowieść musiałaby być co najmniej wielopiętrowa, nawet w obrębie jednego pokolenia. Nie znam dokładnie rodzinnego drzewa genealogicznego ze strony taty, ale pamiętam dużo historyjek i wspomnień, które opowiadała moja mama i jej duża rodzina w większości zamieszkująca w Gdańsku. Odkąd sięgam pamięcią Gdańsk był drugim moim rodzinnym domem. Mimo, że mieliśmy bliską rodzinę w Krakowie i utrzymywaliśmy z nimi kontakty, to w moim sercu gdańska rodzina stanowi  silną platformę wspomnień,  więzi i niepodważalnych do dziś korzeni.  Moja mama pochodziła ze wschodu Polski, z biednej wielodzietnej rodziny, jak to zazwyczaj bywało w tamtych czasach. Dziadek był kościelnym, zawód który chyba już dziś nie istnieje, a babcia prowadziła dom i rodziła każdego roku kolejne dziecko. Nie wiem jak się z tego utrzymywali, ale jakoś to funkcjonowało, nie pamiętam, żeby mama narzekała specjalnie na wielką biedę. Dzieci było dużo, gdy któreś dorastało dokładało „cegiełkę” do rodzinnego budżetu w różnoraki sposób. Najstarszy syn, wujek, którego nigdy nie poznałam, zginął tragicznie pozostawiając chyba sześcioro dzieci. Moich najstarszych kuzynów w pierwszej linii, którzy wiekowo są (albo byli) ode mnie starsi o ponad 20-25 lat słabo znałam. Jakby nie patrzeć, jest to „wiek” jednego pokolenia.  Ta jedna rodzina i jeszcze jedna mamy siostra, która nota bene była moją chrzestną matką, mieszkali  w czasie wojny i później w Terespolu, małym miasteczku na granicy polsko-rosyjskiej. Z Terespola cała rodzina oprócz nich przeniosła się po wojnie do Gdańska. W ten sposób to piękne odzyskane po wojnie miasto, stało się naszym miastem rodzinnym.

Do Terespola pojechałam tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz, gdy miałam osiem lat moja chrzestna matka uparła się gościć mnie u siebie na wakacje. Jej mąż przyjechał po mnie do Krakowa. Pamiętam, że mama bardzo solidnie przygotowywała mnie do tej podróży. Miała być długa, pociągiem, z przesiadką w Warszawie. Wtedy mało podróżowaliśmy pociągami, raczej popularniejsze były autobusy, okropnie śmierdzące spalinami, nagrzane w lecie do temperatur tropikalnych, w zimie zaś marznących od środka i cuchnących dymem papierosowym… do dziś nie wiem, jak  mogliśmy to znosić w kilkugodzinnych podróżach. Poza tym mieliśmy już swój samochód, tata zawsze na pierwszym miejscu w dorobku domowym stawiał auto – to był jego „konik” i począwszy od 1958 roku kiedy kupił sobie jakąś „Dekawkę” (DKW) potem już zawsze, przez wszystkie następne lata aż do śmierci  miał jakiś samochód. Przeszliśmy wszystkie etapy polskiego automobilowego rozwoju w Polsce Ludowej, dostępne w tamtych czasach: niemiecka Ifa 8 i 9, P-70 pierwsza polska produkcja niemal cała z plastiku 😊, jakieś czeskie Skody, niemieckie Wartburgi, potem kolejne polskie Syrenki, aż po Maluchy i Fiata polskiego 125. Może jeszcze o czymś zapomniałam, bo kiedyś usiłowaliśmy z bratem to policzyć i wychodziło, że kolekcja zamknęła się ładną liczbą trzynaście. Tak więc krótsze wyjazdy rodzinne odbywały się zazwyczaj samochodem.

 Mama dużo opowiadała o Warszawie i o Pałacu Kultury, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Mówiła o jego wielkości i o tym, że będę go mogła zobaczyć z okna pociągu. Byłam tak przejęta, że choć było późno w nocy i chyba niewiele kojarzyłam z tej całej podróży, to do dziś pamiętam, że wujek obudził mnie gdy na horyzoncie pojawił się Pałac Kultury, a ja zaspana wpatrywałam się urzeczona i oszołomiona  oświetloną strzelistą budowlą królującą nad miastem. To chyba jedyny raz w życiu, kiedy ten budynek zrobił na mnie takie niesamowite wrażenie! Dzieci tak mają! zapamiętałam go właśnie takim. Był rok 1962.

U cioci w domu w Terespolu było ciasno (a może tylko dziś mi się tak wydaje?..) było mnóstwo mebli starych, z milionem poduszek, falbanek, obrusów z koronek, makatek wiszących na ścianach, i wszędzie walających się robótek ręcznych: na drutach, na szydełku. Ciocia była fryzjerką, zawód dobry w małym miasteczku. Miała dużo swoich klientek, wszystkich znała, a plotek jeszcze więcej niż ludzi.

 No i niestety, była tak przywiązana do swojego porządku świata, że kontrolowała wszystko! Nie wolno było mi usiąść tam, gdzie chciałam, ani przestawić choćby jednej poduszki, ani, nie daj Boże! poplamić serwety na stole albo posypać okruszkiem..

Tortury dla małej 8-letniej dziewczynki!  I jeszcze musiałam jeść wszystko co ciocia ugotowała i dała mi na talerzu, bez względu czy mi smakowało czy nie. Siedziałam czasami godzinę nad śniadaniem i już nie wiedziałam co zrobić, żebym stamtąd uciec, a że byłam „grzeczną” dziewczynką bałam się tupnąć nogą i powiedzieć NIE. Za to ciocia uwielbiała robić mi eksperymentalne „kościółkowe” fryzurki i pokazywać się ze mną w pierwszej ławce na mszy niedzielnej. Dziś wiem, że to wszystko było z dobrego serca i z chęci zorganizowania mi jak najlepszych wakacji, ale wtedy musiał być to dla mnie wielki dramat bo do dziś pamiętam te wakacje jako katorgę a nie wakacyjny luz.  Na szczęście ciocia znalazła mi dwie fajne koleżanki w moim wieku i często z nimi spędzałam czas. Miały taki fajny drewniany domek dla lalek i bawiłyśmy się w dom całymi godzinami.

Po raz drugi odwiedziłam moją chrzestną matkę  i Terespol gdy skończyłam szkołę podstawową. Pojechałam tam znów w porze wakacyjnej, ciocia już mieszkała w nowym domu, który zdążyli sobie wybudować. Był o wiele większy, mniej zagracony, mieścił się w nim też salon fryzjerski cioci. Byłam już starsza, więc nieco bardziej samodzielna, mogłam więc spędzać więcej czasu z kuzynami, dziećmi najstarszego brata mamy. Wszyscy byli dużo starsi ode mnie, właściwie dorośli, ale złapaliśmy dobry kontakt i wtedy właśnie ich poznałam. Najstarsza kuzynka była już mężatką i pamiętam, że miała śliczną dwuletnią córeczkę, którą lubiłam się opiekować. Moje kontakty z tą grupą kuzynów właściwie na tym wakacyjnym spotkaniu się skończyły. Później już tylko bardzo sporadycznie spotkałam niektórych z nich. Wieści o nich i o ich losach docierały do mnie bardzo przypadkowo. Niestety, nie zachowały mi się żadne zdjęcia z pobytu w Terespolu, ani z tamtą częścią rodziny. Nie mam nawet zdjęcia z moją matką chrzestną choć wydaje mi się,że gdzieś pośród zdjęć ślubnych powinnam takie posiadać. Wtedy po raz ostatni ją widziałam. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy do Sosnowca i już nigdy więcej się nie spotkałyśmy. Pamiętam, że na prezent ślubny podarowała nam oryginalny samowar rosyjski, który dla mojego męża rusycysty był dużą atrakcją, nawet jeśli nie był wielkim miłośnikiem parzenia i picia herbaty.

Mama i jej siostry a także bratowa (jak siostra!) – nie wszystkie jednak, niestety nie mam całej kolekcji zdjęć tego rodzinnego pokolenia:)

Pozostała część Mamy rodziny zamieszkała w Gdańsku i tam rozpoczęła nowe życie. Losy ich ułożyły się różnie i długo by o tym opowiadać, jedno jest ważne – mimo, że każda siostra układała sobie życie na  własny sposób, (o, był jeden rodzynek – brat Ryszard!) rodzina wciąż pozostawała razem. Tylko moja Mama pewnego dnia poznała młodego przystojnego faceta, który kręcił się koło stoczni gdzie budowano jachty i jakoś zagadał, tak sugestywnie, że gdy wrócił po pewnym czasie i pogadał znów i znów.. Na przeszkodzie nie stanął nawet fakt, że ten facet mieszkał na drugim końcu Polski, w Krakowie i w ten prosty sposób jedna siostra wyłamała się z gdańskiego kręgu rodzinnego i wyjechała na stałe do Krakowa.

I tak zostałam „Krakuską” albo jak mówiły moje wszystkie gdańskie ciocie – „Krakowianką”

Kuzynów mojej linii pokoleniowej ciężko by było mi zliczyć. Tych, z którymi się wychowałam, znam i pamiętam bardzo dobrze. Wspólne wakacje, zabawy w piasku na plaży, wyjazdy na wakacje zagraniczne z rodzicami, gdy Syrenka wujka się zepsuła i nasz Trabant musiał ją holować do najbliższego mechanika w Jugosławii, chociaż wujek miał ze sobą pół bagażnika części zamiennych ale akurat paska rozrządu to nie zabrał 😊. Albo ciocia L. podpatrzyła że na naszym kampingu nad morzem, sąsiedzi – Włosi zbierali małże w muszlach i jedli je na obiad,  więc ciocia postanowiła, że ona też będzie jeść „po włosku” i każdą znalezioną muszlę otwierała i małżę zjadała a potem.. hmm – miała duże sensacje żołądkowe, bo jakoś nie dogadała się z Włochami, że trzeba było najpierw te małże przyrządzić z cytryną i z czymś tam jeszcze..

Oto jedyne zdjęcie z tych wakacji do Jugosławii (1966r) kiedy nasz Trabant ciągnął na „sznurku” wujka Syrenkę, a ciocia L zrobiła sobie ucztę ze ślimaków.. Na zdjęciu: od lewej – mój kuzyn Andrzej, jego siostra (rówieśnica mojego brata), ja i mój brat. Dziś wszyscy już w ” Klubie 60 i plus 🙂 „

A potem, gdy już byłam nastolatką kuzyni zabierali mnie do Non Stopu w Sopocie albo pokazywali nocne letnie wakacyjne życie. A ciocia S. pokazywała mi zakamarki Teatru Wybrzeże i przedstawiała mnie aktorom tam grającym  jako swoją siostrzenicę. Pękałam wówczas z dumy.

 Seniorką rodu, czyli najstarszą i ukochaną siostrą była Frania zwana przez wszystkich Sianią.  Była jedyną siostrą niezamężną, za to udzielała się po trochu w każdej rodzinie i każdego dnia pomagała w innym domu. Jednego dnia trzeba było być na Przymorzu i zrobić pranie, jutro doglądnąć sprzątania u Stasi, w piątek popilnować Wojtusia, a w weekend pojechać na działkę i zawieźć całe torby zapasów jedzeniowych. W następnym tygodniu „podjechać’ do Terespola, bo tylko Siania doglądała tamtej części rodziny, by już za trzy dni znów być w Gdańsku i zrobić u Hani prasowanie i spacerek z malutką Magdą.

Siania ma tu 18 lat. Na dolnym zdjęciu-razem z moją Mamą

Taka była nasza Siania. Zawsze zajęta. Zawsze znająca potrzeby całej rodziny. Zawsze wyrastająca spod ziemi, by pomóc, być. My wszyscy byliśmy JEJ życiem. Długo pracowała w Gdańskiej Stoczni Rzecznej. Była  matką chrzestną pierwszego wodolotu Zryw-1 (1966r).

Całe zawodowe życie poświęciła stoczni i jej problemom, podobnie jak jedyny brat w rodzinie, Ryszard, który przeszedł wszystkie szczeble nauki i szkolenia w stoczni, od ślusarza do osiągnięcia w 1984 roku najwyższego stanowiska dyrektora naczelnego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Był bardzo dobrym i prawym człowiekiem i rodzina była dumna z niego. Jedyny dyrektor, który nie został usunięty przez nowe porządki solidarnościowe, który współpracował i rozumiał potrzeby zmian. Niestety, jak wiadomo – zmian nastąpiło tak wiele, że w ich wyniku stocznia zamknięta. Ale to już zupełnie inna bajka..

Pamiętam wujka jako spokojnego logicznego człowieka, szczególnie wyraźnie taki jego obraz zapamiętaliśmy z rodzinnych spotkań, kiedy koło niego była jego żona, całkowite jego przeciwieństwo. Drobna, mała, niesłychanie energiczna kobieta, mająca niezliczoną ilość pomysłów na sekundę. Rządząca całą rodzinką, ale w bardzo „atrakcyjny” i śmieszny sposób. Ciocia była jak mały kogucik podskakujący wokół osoby, od której właśnie coś potrzebowała, a jeśli to był jej własny mąż, obserwowaliśmy spokojne jego spojrzenie i pobłażliwy komentarz „cicho …” – i tu następowało takie bardzo śmieszne charakterystyczne określenie, którego za nic nie mogę sobie dziś przypomnieć, a które było jak legenda w rodzinie.. To powiedzonko było tylko jego! I uspokajało ciocię w najbardziej gorących i nieprawdopodobnych projektach. Ale trzeba przyznać, że to właśnie ciocia L. była najskuteczniejszą personą w rodzinie. Cokolwiek sobie zaplanowała, na pewno zrealizowała. Nie było takich przeszkód, żeby ich nie pokonała. Była czasem „nieznośna” ale do dziś śmiejemy się z jej pomysłów, powiedzonek, sposobów załatwiania rzeczy niemożliwych.

Hania- ciocia, przyjaciółka i kumpela. Moja kochana druga Mama!

Najukochańszą moją ciocią jest Hania – najmłodsza siostra mojej Mamy, jedyna dziś żyjąca z grona dużego rodzeństwa. To nie tylko moja ciocia. To moja przyjaciółka, kumpela. Mimo dzielącej nas różnicy lat możemy razem „konie kraść”. Możemy przegadać pól nocy przy Metaxie, pić czerwone winko, plotkować o całej rodzinie, wspominać wszystkich, spacerować, razem płakać i śmiać się. Jest kochana, cudowna. Mądra i piękna. Była bardzo mocno zżyta z moją Mamą, choć dzieliła je dość duża różnica lat. Mama zawsze opowiadała, że kiedy jako młoda dziewczyna szyła sobie nowa sukienkę, kupowała nieco więcej materiału by uszyć taką samą sukienkę dla Haneczki. Zawsze były sobie bliskie. Pewnie dlatego i ja mam w sobie te same „fluidy” przyciągające moją duszę do Hani.

Ciocia miała syna w wieku mojego brata (niestety już nie żyje ☹) i  ma córkę Magdę, która jest ostatnią najmłodszą kuzynką w linii mojego pokolenia.  Magda wiekowo jest bliższa mojej córce niż mnie, ale ma bardzo dobry kontakt zarówno z Kasią jak i ze mną. I tu układanka pokoleniowa wyraźnie się miesza. Dzieci mojej córki są niemal rówieśnikami dzieci Magdy, a przecież to już kolejne pokolenie. Magda to ciocia Kasi.. ach, nawet nie będę tego dokładnie określać, bo wyjdzie zupełny mix pokoleniowy.  Magdę „odnalazłam” kilkanaście lat temu, kiedy zaczęłam odwiedzać rodzinę w Gdańsku już mieszkając w Houston. Nagle ożyła więź z nią, z jej dziećmi, a także z wieloma innymi członkami mojej ogromnej teraz już rodziny w Gdańsku.

W październiku 2015 nasza kochana Siania kończyła 100 lat. Cała rodzina zgodnie okrzyknęła, że jest to niepowtarzalna okazja do zjazdu rodzinnego i  pięknej wspólnej celebracji. Oczywiście pojechałam na tę uroczystość i było to dla mnie  (i pewnie dla wszystkich) niesamowite i niezapomniane przeżycie. Uroczystość miała dwie części – rano oficjalną z udziałem Prezydenta miasta Gdańska w Nowym Ratuszu. Ciocia wyglądała pięknie i elegancko jak DAMA, w kapelusiku i  białym kostiumiku. Wysłuchała przemówienia pana prezydenta a jak skończył to powiedziała : „No, pięknie powiedziałeś, a teraz zasłużyłeś na całusa” i z rozbrajającym uśmiechem tego całusa mu przesłała 😊

Królowa rodu kończy 100 lat (październik 2015r) Zjazd rodzinny pięciu pokoleń.
Najstarsza i najmłodsza siostra. Dzieli ich różnica 19 lat, łączy wszystko inne.

Późnym popołudniem odbył się rodzinny obiad, na którym zgromadziło się  mnóstwo osób, nie chcę cyganić, ale było nas pewnie ponad 70 ludzi i aż pięć pokoleń, bo znalazły się tam też najmłodsze maluchy. Było wiele osób, których po prostu nie znałam, inni podchodzili do mnie i sami się przedstawiali. Obie strony musiały się dobrze „nagłówkować” żeby ustalić jakie pokrewieństwo nas łączy, w której linii i z jakiej strony. Był to fascynujący wieczór, ale przede wszystkim ogromnie wzruszający. Ale mnie – uczta dla serca, niesamowite poczucie więzi, które człowiek uświadamia sobie szczególnie silnie, kiedy mieszka zagranicą.  Mam tak wielką rodzinę! I choć rozumiem, że wiele z tych osób mnie nie zna, najprawdopodobniej nie spotka mnie nigdy więcej a ja ich, to istnieje coś co nazywa się „więzami krwi”. I takie, choć często nieświadome pozostają na zawsze. Kto wie, może kiedyś moje wnuki albo ich dzieci zechcą odszukać swoje polskie korzenie i pokoleniowa układanka będzie dalej dokładać swoje kolejne małe cząsteczki…

Moja ukochana Ciocia Hania

Moje wielkie marzenie spełniło się w 2016 roku gdy do Houston w odwiedziny przyjechała moja kochana ciocia Hania ze swoja córką Magdą, jej mężem i dwójką dzieci. Było to także spełnienie niedoszłych marzeń mojej Mamy, która zawsze planowała przyjazd tutaj razem z Hanią ale mimo, że Mama była tu kilka razy, nigdy do ich wspólnego przyjazdu nie doszło. Mama zmarła w 2003 roku a ciocia dotrzymała obietnicy i dotarła do nas z całą swoją rodziną. Na tę wizytę przygotowaliśmy się najlepiej jak tylko potrafiliśmy. Spędziliśmy razem jedne z najpiękniejszych trzech tygodni życia. Było cudnie! Każdy dzień, każda chwila, to najbardziej wartościowe momenty rodzinne. Dla nas, dla ich dzieci, dla moich dzieci. Wszyscy na nowo się poznawaliśmy, uzupełnialiśmy każdą „straconą” minutę. Plotkowaliśmy, wspominaliśmy to co minęło, co nas łączy, to co było i co będzie. Chłonęliśmy siebie nawzajem zdając sobie sprawę, że życie daje nam szczęście, jakiego nie każdemu daruje.

Zdjęcie zrobione na zjeździe rodziny z okazji 99 urodzin cioci Frani. Niestety, nie uczestniczyłam w tej uroczystości ale dotarłam na setne urodziny, rok później. To zdjęcie daje wyobrażenie o częściowej liczbie naszej gdańskiej rodziny.

Mam wspaniałą rodzinę. Nie tylko tę najbliższą, ale także tę, która składa się z dziesiątek części układanki  rodzinnej. Części, które pasują do siebie, choć mają różny kształt, wiek i miejsce swojego istnienia. Mamy te same korzenie. Jesteśmy elementami tej samej układanki.

Kilka migawek z różnych momentów rodzinnych spotkań – w Gdańsku, w Houston. W różnych momentach życia i w różnych konfiguracjach pokoleniowych. Na tym zdjęciu brakuje wielu „puzzlowych części” ale ja wiem, że jesteśmy jedną wielką całością. Rodzinną układanką .

BACK

Jedna odpowiedź na “Pokoleniowa układanka

  1. Hej.
    Czytam tego bloga z wielkim zainteresowaniem. Wiele tych wspomnień jest też w mojej pamięci. Otwierają się szufladki we wspomnieniach, z których wydobywam takie szczegóły że sam się dziwie że pamiętam to. A minęło z górka 50 lat.
    W wielu momentach tak się serdecznie uśmiałem że aż postanowiłem dopisać to i owo. Siostrunia wspomina nasz pobyt w Jugosławii, kiedy to nasz poczciwy Trabancik (600 zwany mydelniczką) holował Syrenkę naszego wujka Ryśka, któremu zepsuł się pasek rozrządu. I tu wybuch mojego serdecznego śmiechu. Jaki pasek rozrządu. Skąd moja siostra takie coś wymyśliła? Syrenka , jak przystało na socjalistyczną myśl techniczną posiadała dwucylindrowy silnik od motopompy strażackiej. Tam nie było zaworów ani paska rozrządu. Ha, Ha, Ha.
    Prawda była inna. Tu w tym momencie przywołuję głęboką szufladkę pamięci. Wujek Rysiek przed wyjazdem dokonał remontu silnika poczciwej Syrenki, ale z braku nowej zastosował starą uszczelkę pod głowicę i to ona wskutek gorąca i gór Bałkanów nie wytrzymała. Pamiętam jak Tato z Ryśkiem kleili warstwy gazety i z tej klejonki wycinali kształt uszczelki. Po odpaleniu silnika usterka była usunięta. Była tak dobra jakościowo że pojazd poszedł do ludzi bez wymiany.
    A skoro już jestem przy wujku Ryśku to zdziwiło mnie to, że Małgosie nie pamięta słynnego na całą Rodzinę zwrotu do Lilki. To było jak kanon rodzinny i brzmiało ,, cicho wydra” Prawda jak subtelnie ?
    Na dziś to tyle. Jeszcze raz przeczytam wpisy i poszperam w mej pamięci i jak znajdę uzupełnienie wspomnień to napiszę.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz