Jestem „mieszczuchem”

4/12/2021
Jestem na kolejnej wakacyjnej wycieczce z moją rodziną. Jak to dobrze, że nasze dzieci chcą jeszcze zabierać nas czasem ze sobą! Wtedy my nie musimy łamać sobie głowy planami i „rozpiską” każdej godziny. Moja córka zorganizuje wszystko fantastycznie, Christoph sprawdzi w internecie każdy szczegół z prędkością światła, a my dotrzymamy im towarzystwa tam, gdzie damy radę dojść bez zadyszki i dźwigania nas „na barana”.
Tak więc nasza wyprawa zaczęła się kilka dni temu i już w ciągu pierwszego dnia zdążyliśmy objechać i obejść różne atrakcje w stanie Maryland, Virginia, West Virginia i Pensylwania (USA). Akurat poruszaliśmy się na styku tych Stanów i przekraczaliśmy ich granice kilkakrotnie. Jechaliśmy drogami przez małe wsie, miasteczka, gdzie właśnie w tym momencie kwitną drzewa owocowe obsypane cudnymi białymi i różowymi kwiatami. Trawa zaczyna być intensywnie zielona a drzewa właśnie wypuszczają pierwsze świeże listeczki. Jest cudna wiosna. I jest cisza. Pojedyncze domy, które mijamy po drodze wydają się puste i samotne, ludzi widać niewielu. Dziwny spokój. Obserwuję ten obrazek i zastanawiam się- nie pierwszy raz w życiu – że znów widzę coś, co istnieje obok mnie, coś, co mimo mojego długiego życia nie jest jego częścią.

Miasto mojego dzieciństwa i młodości- najpiękniejsze, do którego powracam z sentymentem i wspomieniami dobrego choć nie zawsze łatwego życia.

Urodziłam się w Krakowie, przez pierwsze dwadzieścia lat krążyłam niemal codziennie wokół Rynku, małymi ale bardzo miejskimi uliczkami i zawsze myślałam, że to najlepsze najwygodniejsze miejsce do życia. Zresztą, kto z nas w dzieciństwie zastanawiał się gdzie i czy można będzie kiedyś żyć gdzieś indziej i zupełnie inaczej. Gdy planowałam studia, ani przez moment nie pomyślałam, że mogłabym studiować w innym mieście, w innej szkole niż Uniwersytet Jagielloński. Owszem, już wtedy często, jak na możliwości polskich dzieci, wyjeżdżałam z rodzicami na wakacje do różnych ciekawych miejscowości w Polsce i zagranicą. Zanim skończyłam studia zdążyłam być kilka razy w Niemczech, w Czechosłowacji, ZSRR, Rumunii, Jugosławii, Bułgarii, także w Europie Zachodniej – Turcji, Grecji, Holandii, Austrii a nawet Monaco! Jak na owe wyjazdowo ciężkie czasy, Europa i podróże po niej nie były mi obce. Czy kiedyś przez myśl mi przeszło, by zastanowić się, że tam też mieszkają ludzie – i jak mieszkają? Jak inne życie wiodą? Nie..
Patrzyłam na te inne miejsca jak patrzy się na obrazki wiszące na ścianie. Podobały mi się przez moment gdy je podziwiałam, ale były takie.. nie moje. Zupełnie obce.
Gdzieś głęboko w duszy wiedziałam, że są mi niedostępne, nawet nie miałam marzeń, w których bym siebie w tych obrazkach widziała.
Kraków był mój. Wszystko było znajome, bliskie, własne. Aż pewnego dnia, spakowałam walizki i wyjechałam do Katowic, a zaraz po dwóch miesiącach znalazłam się w Sosnowcu. To tylko 80 kilometrów od Krakowa, ale jakże inna sceneria! Niby także miasto, ale jakiś zlepek – „wielka aglomeracja” kilkunastu miast różnych w stylu, pełnych kopalń, pomieszanych dróg, małych, dużych, szybko powstających wtedy nowoczesnych osiedli przypominających kamienne pustynie, o których ludzie marzyli, by tam właśnie dostać swoje własne M-4.
Kiedy przychodziła wiosna, parki pokrywały się naturalną soczystą zielenią, jesienią robiło się żółto-czerwono, by potem zima zamieniła tę miejski obrazek w białą scenerię lub błotną śliską i ponurą, w której też umieliśmy żyć, bo tak przyzwyczailiśmy się istnieć od urodzenia. Oczywiście, każdego roku, w czasie wakacji a także w soboty czy niedziele jeździliśmy na wycieczki w zielone rejony kraju. Na wieś, gdzie wynajmowaliśmy w wiejskim domu pokój, bez łazienki, na początku nawet z „wychodkiem” w przybudówce domu albo koło stajni czy kurnika. Dopiero później były to pokoiki z łazienką. Lubiłam wyjazdy na wieś, lubiłam leniuchowanie nad rzeką, wyprawy w góry w okolice Zakopanego czy w Bieszczady. Lubiłam obozy harcerskie i ciszę nocnych wart, gdy cały obóz pogrążony był we śnie i tylko ja jako wartowniczka wsłuchiwałam się w szum nocnego wiatru. Uwielbiałam szum fal morskich, gdy zdarzało mi się, że siadałam na brzegu morza i wokół nie było nikogo. Obojętnie w jakim zakątku świata to było, czy nad Bałtykiem, czy w Oregonie na plaży, czy na plaży w Australii, czy tu w Galveston, nad Zatoką Meksykańską. W cichym zakątku plaży, bez ludzi – tylko niebo, morze i ja. Zawsze doceniałam takie momenty, zapamiętałam je głęboko. Każdy człowiek potrzebuje takiego wyciszenia. Jednej chwili, która jest tylko jego własnością. Lubiłam chwile ciszy i samotności w lesie i górach, ale nigdy nie pragnęłam ani przez moment w mojej głowie, by takie miejsca stały się moim domem na dłużej. Wyciszenie, samotność traktowałam jako balans konieczny do przywrócenia równowagi w umyśle, w sercu zanim znów wrócę do mojego codziennego miejsca w życiu. Do miasta, do ruchu, do ludzi. Do zgiełku, szumu. Pulsu, który dla mnie jest równoznaczny z moim istnieniem.
Zdaję sobie sprawę, że to co tu piszę wielu czytelników uzna za co najmniej dziwne albo szokujące. Zwłaszcza ludzie starsi wolą spokój i cenią sobie „sielskość i anielskość”. Jakie to modne teraz – masz trochę uskładanych pieniążków, szukasz domku gdzieś w dzikiej głuszy albo budujesz własną chatkę, z kominkiem, drewutnią pełną drewna do tego kominka, z dala od autostrad, głównych dróg. Zaczynasz odkrywać w sobie zamiłowanie do uprawiania własnego ogródka warzywnego, wędzenia wędlin i mięs, chodzenia na grzyby, kiszenia ogórków, smażenia dżemów. Może nawet pisania pamiętników czy książek. Masz Internet, oglądasz filmy w domu, rzadko spotykasz się z ludźmi. Świat samotności, spokoju wystarcza ci i jesteś osobą szczęśliwą.
Rozumiem. Ludzie są różni. Ludzie zawsze byli różni i dzięki ci Panie Boże, że tak jest! Byłoby straszliwie nudno, gdyby było inaczej.

Houston – mój dom od ponad 30 lat. Moje miasto!

A ja nie wstydzę się powiedzieć głośno i wszystkim wokół, że jestem mieszczuchem i uwielbiam wielkie miasta! Widać Pan Bóg wiedział o tym, bo pewnego dnia, wielką niespodziankę dla mnie przygotował. „Rzucił” nasze życie rodzinne do wielkiego, czwartego co do wielkości miasta w Stanach Zjednoczonych – do Houston. Kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam pojedziemy, byłam pewna, że to będzie kolejna duża przygoda życia. Nie miałam pojęcia, że to wielkie miasto stanie się moim domem, że nauczę się: zamiast chodzić – jeździć wszędzie samochodem, zamiast mieszkać na ósmym piętrze w dużym osiedlowym budynku będę miała własny dom z ogródkiem i będę lubiła w tym ogródku sadzić kwiatki krzaczki, i będę miała wysokie palmy i nauczę się jeździć ogromnymi autostradami i nie pomylę skrzyżowań wielopiętrowych i polubię ten zwariowany nieustający przez 24 godziny na dobę ruch. Tu wszystko jest duże! Parkingi, gdzie nie trzeba parkować auta tyłem i wciskać się na styk z drugim samochodem, sklepy, szkoły, które skupiają po kilka tysięcy uczniów.. Teraz kiedy przyjeżdżam z wizytą do mojego ukochanego Krakowa – miasto wydaje mi się malutkie przytulne i .. spokojne.

Przez ponad 30 lat mieszkania w Houston mam na swoim koncie bardzo wiele podróży. Różnych podróży – na różne kontynenty, z rodziną, z przyjaciółmi, tylko we dwójkę z mężem, z przyjaciółkami.
Widziałam wiele cudów tego świata, nie sposób tego spisać bo to wymagałoby osobnego blogu, książki a i tak pewnie nie umiałabym dziś cofnąć się i odtworzyć wszystkich moich wspomnień. Na trasach tych podróży zawsze były jakieś fascynujące wielkie miasta. Fascynujące, bo uświadamiające mi… jaką siłę ma ludzki mózg, który potrafi wymyśleć i zrealizować potęgę tak wielkich i skomplikowanych metropolii. Kiedy człowiek jest Europejczykiem, ma w sobie przywiązanie do historii i tradycji tej części Świata, wychodzi na Świat z Krakowa, pokocha Paryż, Barcelonę czy Ateny – ma w sobie pokorę i szacunek dla historii. Europejczyk rozumie wartość wszystkiego co stare, co pozostawiły nam w spadku przeszłe pokolenia. Człowiek współczesny też ma ambicje, by po nim pozostał ślad trwały. Jednym ze sposobów jest tworzenie architektury, która zadziwi przez wieki obecne i następne pokolenia. Gdy ujrzałam Nowy Jork, którego wielkie budynki szokujące wielkością i powalające siłą, a w środku organizacją wnętrza, wykończeniem, przydatnością i przystosowaniem do potrzeb ludzkich – nie mam wątpliwości, że człowiek potrafi wszystko! Wielka aglomeracja miejska to dzieło ludzkiego mózgu, stworzone dla człowieka przez człowieka – praktyczne, logiczne i sensowne.

Miasta Świata, które w różnym momencie życia zrobiły na mnie wrażenie: Pekin i XI’AN – dawna stolica Chin, Las Vegas – USA, Rzym i Siena – Włochy, Rio De Janeiro – Brazylia, Dubai i Abu Dhabi – Zjednoczone Emiraty Arabskie – i wiele wiele innych, których zdjęć i nazw tu w tym krótkim rozważaniu nie wspominam, co nie znaczy, że nie podobały mi się…

A równocześnie piękne, bo każde może być inne, każde może mieć coś, co jest charakterystyczne tylko dla tego konkretnego jedynego miasta. Coś, co odwiedzający zapamięta jako jego symbol, a mieszkający tam będzie pielęgnował jako element jedyny i wyjątkowy. Gdy ujrzałam Sydney, na zawsze zapamiętałam tamtejszą Operę i jej niesamowity „skrzydlaty” kształt budynku i Harbour Bridge – obie budowle są wielką dumą mieszkańców Sydney i Australii. Dubai powala budynkiem Burj Al Arab czy Burj Khalifa, zarówno ich wysokością, kształtem jak i wszystkim innym, o czym człowiek może dowiedzieć się nie wyobrażając sobie nawet, że ktoś mógł pomyśleć a takich czy innych rozwiązaniach. Nie jest moją intencją opisywanie ich tutaj, bo to już dawno zrobiono i można o tym poczytać choćby w naszym poczciwym dostępnym wszystkim „wujku Google”. Ja chcę tylko wskazać, potwierdzić moje mieszczańskie emocje, mój zachwyt miastem jako elementem ludzkiej wiedzy, możliwości ludzkiego mózgu, siły tworzenia ręki pracującej. Nie sposób wyliczyć wszystkich miast, które mnie w życiu zachwyciły, budowli, które zapierały mi dech w piersiach i ukazywały jak wiele potrafi stworzyć CZŁOWIEK.
Mur Chiński, Piramidy w Egipcie, Świątynia w Luksorze, Świątynia Ramzesa II , Zapora Trzech Przełomów w Chinach czy Golden Bridge w San Francisco. Każda budowla stworzona przez człowieka. Każda cząstka przemyślana, zbudowana przez miliony istnień, w różnych czasach. Miasta w różnych wymiarach, miejsca mające służyć człowiekowi.

Trzy miasta, w których los wymyślił mi miejsce do życia – Kraków, Sosnowiec i Houston. Tu jestem, tu wracam, tu mam swój kącik na Ziemi.

Jestem „mieszczuchem”! W dobrym znaczeniu. Myślę o sobie, że choć nie zbudowałam nigdy żadnego domu, nie wymyśliłam żadnego fragmentu tak pięknych konstrukcji, to czuję się częścią tego miejskiego świata. Przynależę do niego, jestem cząsteczką wielkiego globalnego Miasta – Świata.


BACK

Jedna odpowiedź na “Jestem „mieszczuchem”

  1. No wiec to prawda ze Katowice w latach 70tych nie miały żadnego uroku , Gliwice były jeszcze bardziej przyprószone prochem węglowym , jakkolwiek tak bliskie sercu i pełne dobrych wspomnień z tamtych lat ….

    Polubienie

Dodaj komentarz