3/30/2021
Na początku coś kręciło się w głowie. Budziłam się w nocy, wiedziałam, że muszę wstać wcześnie rano do pracy, a jednak myśli kręciły się wokół nowych pomysłów i spać się już nie dało.
Zazwyczaj szybko „uczepiał się” jeden i ściskał, gonił, nie dawał spokoju.. Krystalizował się w myślach, w zamiarach, ale to nie oznaczało jeszcze nic konkretnego. W końcu normalne życie toczyło się wokół. Codzienna regularna praca, dojazdy, zakupy, dom na głowie, bujne życie towarzyskie. Teatr Ogniska Polskiego to długie 20 lat. A stworzenie w tym czasie dwudziestu siedmiu przedstawień ma swoją historię „twórczą” i o tym właśnie będzie dzisiaj.
Nie o efektach końcowych na scenie, a o tym jak w różny sposób rodziły się nasze sztuki. W tym Teatrze nic nie było normalne! I może na tym polegał jego nieustający entuzjazm i niepodważalny urok.
Kiedy miałam już w głowie poukładany wstępny zarys, podjęłam decyzję otworzyć buzię i opowiedzieć co chcę, chwytałam za telefon i dzwoniłam do Beatki. To była pierwsza instancja moich zwierzeń twórczych. Miejsce pierwszego spotkania – prawie zawsze La Madelaine czyli nasza poczciwa „Madlenka”, francuska restauracyjka. Nasze ulubione miejsce , niedaleko Rice University, gdzie wtedy pracowałam, a później, po latach, zmieniłyśmy miejsce spotkań na bliższe naszych domów. Madlenka była świadkiem setek naszych rozmów, dyskusji, rozważań, przestawiań, wymyślań, telefonów, ustaleń i sam Pan Bóg wie czego jeszcze.. Pochłonęłyśmy tam dziesiątki miseczek francuskiej zupy pomidorowej lub cebulowej (ja czasem zmieniałam na grzybową, ale Beatka była wierna pomidorówce), potem małą sałatę z truskawkami (czasem z kurczakiem) i butelkę wina czerwonego. Po dwóch, trzech godzinach gorących dyskusji dokupowałyśmy jedną napoleonkę (na spółkę do podziału😊) i jeszcze.. po kieliszku wina. Do domu wracałam koło 10 wieczorem z pełnym zarysem właśnie wykrystalizowanego pomysłu sztuki i terminem kolejnego naszego spotkania. Zanim znów spotkałyśmy się, zazwyczaj w następnym tygodniu, już kolejnego dnia robiło się gorąco na linii e-mailowej, bo przecież tyle było do omówienia „pomiędzy” spotkaniami! A przecież projekt był tylko na razie pomiędzy nami dwoma..
Większość pierwszych przygotowawczych spotkań odbywała się nadal w Madlence, ale czasem dla odmiany i relaksu pozwalałyśmy sobie na spotkanie w domu u Beatki i urządzałyśmy sobie wieczór w jacuzzi. Beatka miała jacuzzi na zewnątrz, w ogródku i wtedy jej mąż Donek odkładał na bok ogromną pokrywę, podgrzewał wodę i przygotowywał dla nas relaks specjalny, z szampanem, truskawkami i cichą muzyczką i zostawiał nas same, byśmy mogły prowadzić dalej swoje twórcze dyskusje. Zazwyczaj odbywało się to w chłodne jesienno-zimowo-wiosenne spotkania, bo większość przedstawień szykowałyśmy na miesiące późno-wiosenne. Dopiero po takiej długiej sesji dyskusyjno-wodno-masującej przechodziłyśmy do części drugiej czyli dyskusji z obiadem, zazwyczaj też przyniesionym z ukochanej Madlenki albo z tajskiej restauracji.
Ulubioną częścią naszych dyskusji było dobieranie aktorów do ról. Oczywiście, miałyśmy często różniące się na ten ten temat wyobrażenia. Tu muszę przyznać uczciwie, że Beatka zazwyczaj wierzyła w moją intuicję, ustępowała moim pomysłom i przystawała na moje propozycje. Przy czym często była to dyskusja bardzo teoretyczna, bo na tym etapie nie mogłyśmy mieć pewności czy osoby, które chcemy obsadzić w danej roli, a) – zgodzą się w ogóle grać, b) – zgodzą się grać tę właśnie rolę, c) – sprawdzą się w tej roli tak, jak ja i Beatka to sobie wyobrażamy. Na szczęście, w ciągu 20 lat nie miałyśmy zbyt dużo momentów, kiedy NIE udało nam się wciągnąć aktorów na właściwe miejsce. Różne były sposoby, sztuczki, gierki, podchody… ale zazwyczaj kończyło się to naszym wspólnym sukcesem. Nikt nie żałował – przynajmniej w końcowym efekcie 😊
Kiedy ja już stworzyłam tekst, a Beatka wszystko wokół; pomysły rekwizytów, kostiumy i cokolwiek inne, co miało nam być potrzebne i kiedy już zwerbowałyśmy aktorów, zaczynało się poszukiwanie muzyki, opracowywanie podkładów muzycznych itd. Itd. Dziesiątki, setki spraw do zrobienia, załatwienia, poszukania, o których często – co tu dużo gadać- nie miałyśmy czasem pojęcia! Do dziś zastanawiam się jakim sposobem udźwignęłyśmy to wszystko, jak poradziłyśmy sobie z realizacją pomysłów, które nawet nam samym wydawały się nie do zrealizowania!
Do dziś nie wiem w jaki sposób nigdy nie zapaliła się żadna słuchawka telefoniczna od naszych godzinnych rozmów, żadna z nas nie straciła pracy, ba! każda wykonywała swoją pracę bardzo solidnie i uczciwie, mimo zawirowania teatralnego, zwłaszcza w końcowych fazach przygotowań, tuż przed premierami. Ja w każdym razie mogłam nie jeść, nie spać !! – ogarniała mnie taka adrenalina, takie szaleństwo, że w środku nocy w czasie najgłębszego snu mógł nadejść najbardziej szalony pomysł i pognałabym na koniec świata, by go zrealizować teraz i natychmiast!
Gdy zaczynały się próby, a trwały trzy – cztery miesiące a czasem i więcej, moje życie prywatne prawie nie istniało. Na szczęście miałam wyrozumiałego męża, bo też grał w Teatrze. I dzieci też.. Wszystkie albo raczej prawie wszystkie próby odbywały się w naszym domu. I nieważne czy mieszkaliśmy w małym mieszkanku czy już w większym domu, który też nie był zbyt duży – drzwi do nas w dniach prób były otwarte, każdy przyjeżdżał „na swoją kolej”, bo przecież ćwiczyliśmy różnie – dwójkami, małymi grupami, czasem całym zespołem. Dialogi, większe sceny, piosenki. Jak ktoś był wolny, to – odrabiał zadanie szkolne, albo wyjadał z mojej lodówki co się dało, bo właśnie był bardzo głodny.. Jasiu grał na gitarze w innym pokoju i ćwiczył kolejne piosenki, Mariusz otwierał butelkę wina, Edyta dziergała coś tam na drutach, Ewa śpiewała i wykrzywiała się, że to jej się nie podoba i ona musi inaczej.. Jacek wariował i mnie denerwował, inni się świetnie bawili i śmiali z jego wygłupów, Beatka usiłowała utrzymać porządek, żeby próba szła do przodu.. I jakoś szło!
Jedni przychodzili wcześniej i wychodzili, inni mogli dopiero późnym wieczorem, a jeszcze inna grupa oświadczała, że przyjdzie – ale jutro.. A ja – żeby to zrobić, połapać, mieć, zlepić i wyjść na scenę po kilku miesiącach takiej pracy – godziłam się na wszystko!
Czasem moi aktorzy, w końcu niektórzy dorośli i dojrzali, mieli dodatkowe próby w małych grupach. Wacek i Mariusz spotykali się dodatkowo o 9 wieczór, też w Madlence, po zajęciach Wacka ze studentami na Rice University, żeby poćwiczyć jeszcze inne wersje i zrobić ze swoich scenek prawdziwe perełki. Ewa godzinami śpiewała swoje piosenki i na próbach często zaskakiwała nas własną interpretacją. Młodsi byli gnębieni przeze mnie dużo więcej i dłużej, ale za to potem grali tak dobrze, że ich rodzice nie mogli uwierzyć w ich tak dobrą znajomość polskiego i wrodzony genialny talent aktorski (np. Benjamina, Adama albo Michelle 😊).
Zdjęcia pochodzą z próby, która odbyla się wyjątkowo w Nalco, u Beatki w pracy. Potrzebowaliśmy kilku rekwizytów. które tam były, a nie mogliśmy ich zabrać wcześniej jak w sobotę w dniu przedstawienia, więc w piątek wieczorem „wtargnęliśmy” tam na ostatnią próbę 🙂
Każdy doskonale wiedział, że krzyczę, gonię, prawię biję (no, tu trochę mnie poniosła fantazja słowna..) i że wszystko trzeba „powtórzyć 127 razy”, żeby było tak jak trzeba, na co Grzesiu kiedyś natychmiast wymyślił ripostę, że „nie 127 razy a 1227 razy!” i już przez następne lata wszyscy na każdej próbie przypominali mi ile to razy muszą powtarzać scenki, frazy, piosenki, żeby było jak należy..
I było!
Na próbie generalnej – zawsze wychodziło b e z n a d z i e j n i e !! Jeśli ktoś z zewnątrz znalazł się przypadkowo i obserwował niby gotowy już produkt na dzień przed wyjściem na scenę, był bardzo.. sceptyczny, by nie powiedzieć przerażony. Ja – zła, zdenerwowana, z głową pękającą od uwag, poprawek, koniecznych zmian, nieskończonych wizji.. nigdy nie byliśmy w pełni gotowi. Nigdy nie czuliśmy się spokojni, ale zawsze znalazł się ktoś obok kto mówił: będzie dobrze, jesteście świetni, wszystko jest super!..
Następnego dnia – od rana – „święto wariata”! Kilka godzin wcześniej – ostatnie poprawki dekoracji, kostiumów, zazwyczaj próba muzyki i piosenek i najważniejszych scenek albo fragmentów. Potem przerwa na pizzę (tu zawsze rodzice i przyjaciele stawali na najwyższym podium i dbali o aktorów i obsługę)
A później już tylko upiększanie (znów pełna ekipa pomocników!) i adrenalina osiągała najwyższe piętro, kiedy obserwowaliśmy wchodzących na widownię widzów. Za ten jeden wieczór na deskach warto było oddać całe godziny, dni, miesiące prób. Bo to nie były zwyczajne próby zwykłego teatru. To był Teatr Polski, Teatr radości, przyjaźni. Teatr ludzi, którzy go stworzyli z własnej woli, dla siebie i dla polskiej społeczności.

A po skończonym przedstawieniu, po oklaskach, ciepłych słowach podziękowań i wzruszeń, przy kieliszku winka i smakołykach, o które zawsze dbali nasi wierni widzowie, rodzice i przyjaciele – długo jeszcze cieszyliśmy się wspólnym przeżywaniem każdej scenki, każdego słowa scenicznego, każdej piosenki. Echa tego wydarzenia słychać było w małej polskiej społeczności w Houston jeszcze przez wiele tygodni.
A ja.. już kręciłam w głowie nowy kolejny pomysł 😊
ps. Filmiki i duża część zdjęć pochodzi z archiwum Ani W. Nieoceniona skarbnica!!


















