3/28/2021
Dzisiaj Palmowa Niedziela a za tydzień Wielkanoc. Każdego roku powtarzamy tę tradycję od wieków. Choć jest to święto „ruchome” i jego daty kalendarzowe nieco się zmieniają, zawsze i niezmiennie kojarzy nam się z wiosną, nowym życiem i radością zmartwychwstania. Ja jednak chcę dziś wrócić pamięcią do moich Świąt Wielkanocnych z czasów mojego dzieciństwa i młodości, do Wielkanocy krakowskiej. To były zupełnie inne święta! Kraków miał wtedy swoje tradycje, których nie było w innych miastach a i Wielkanoc miała inny wymiar niż dzisiaj.
W moim dzieciństwie czekaliśmy na te święta z tęsknotą na słońce – tak, od tygodnia już obserwowaliśmy pogodę i bardzo ważne było czy będą to „wiosenne” święta czy też będziemy musieli nadal trzymać się zimowych płaszczy i kozaków. Tak bardzo zawsze chciałam na Wielkanoc móc założyć letni płaszczyk, półbuty czy czółenka, a nie ciężkie wysokie kozaki. Może w kontekście ciepełka houstońskiego wydaje się to dziwnym wyznacznikiem Świąt Wielkanocnych, ale dla nas miało wtedy to duże znaczenie. Do tych Świąt przygotowywaliśmy się w domu równie solidnie jak do Bożego Narodzenia. Słynne „polskie” wiosenne mycie wszystkich okien i trzepanie dywanów było w każdej rodzinie niemal obowiązkowe! No i oczywiście pastowanie drewnianych podłóg, tak żeby pachniało pastą w całym domu.
Zakupy, gotowanie a przede wszystkim pieczenie zaczynało się już kilka dni wcześniej. I choć w Wielki Piątek (piszę dużą literą, bo to TEN piątek!) obowiązywał ścisły post (u mnie w rodzinie jadło się tylko ziemniaki „w mundurkach” i śledzie, dzieci mogły jeszcze chleb z dżemem) to mama piekła mnóstwo mięsiwa, pasztety, skądś tam wynajdowała szynki, balerony, boczki. Niby sklepy były puste, ciężko było zdobyć cokolwiek, ale na święta niczego nam nie brakowało.

W czwartek zaczynało się pieczenie: mazurki to najpopularniejsze słodkie polskie przysmaki na wielkanocny stół, ale u mnie nie pamiętam mazurków. Jeśli dobrze kojarzę to chyba dopiero ja jako młoda gospodyni (a zaczęłam być samodzielna w kuchni mając 21 lat) wprowadziłam mazurki do rodzinnego słodkiego menu. Lubiłam je piec, eksperymentować i dekorować. I tak jest do dzisiaj, choć robię ich dużo mniej niż kiedyś. Mama natomiast piekła obowiązkowo makowiec polewany czekoladą (trochę inny niż na Boże Narodzenie), koniecznie cwibak! czyli inaczej keks – ucierane ciasto z mnóstwem bakalii różnego rodzaju, bardzo lekkie i długo utrzymujące świeżość. Królem ciast był sernik, czasami tort orzechowy i inne wymyślne zmieniające się specjały. Nie mogło zabraknąć wielkanocnych bab. Czasem była to babka drożdżowa, czasem piaskowa, rumowa o różnych kształtach, bo foremek nie brakowało, były wysokie i płaskie, gładkie i w szerokie prążki. Na wierzchu lukier albo cukier puder, pychota! Moja teściowa robiła znakomity torcik migdałowo-kokosowy. Nigdy się tego nie nauczyłam od niej, ale był to jej popisowy numer kulinarny.

U mnie w domu nie jadaliśmy na śniadanie żurku z jajkiem. Nauczyłam się tego dopiero gdy wyszłam za mąż i dołączyłam do tradycji rodziny mojego męża.
No i „Żurek” to nasza piękna tradycja wspólnej Soboty Wielkanocnej w naszej polskiej Houstońskiej rodzinie.
Już wiele razy wspominałam o Rynku krakowskim, który zawsze spełniał – i wciąż spełnia – centralne funkcje dla miasta i Krakowian. Odkąd sięgam pamięcią na kilka tygodni przed Świętami, na Rynku pojawiały się stragany a na nich świąteczne artykuły: baranki z cukru (te były najważniejsze i najpopularniejsze! który maluch krakowski nie lizał cukrowego baranka??? ) z gipsu wszelkiej wielkości, dziergane, klejone, kurczaczki, kaczuszki, zajączki, bazie, kwiaty, wszelkiego rodzaju wyroby ludowe – koszyczki, serwetki a przede wszystkim pisanki. Nie ma nigdzie piękniejszych pisanek jak w Polsce, a przede wszystkim w Krakowie! Wydmuszki wyklejane ręcznie wycinanymi wzorami, wyklejanki, malowanki, rysowane piórkiem, wyszywane.. Ach, już nie potrafię spamiętać tych cudów, ale wiem, że jako dzieci staliśmy przy każdym straganie i wpatrywaliśmy się godzinami we wszystko, co można było tam podglądnąć.

Oddzielnym rozdziałem sztuki były PALMY! Od malutkich po wielkie, przystrojone suszonymi kwiatami, słomkami, wstążeczkami. Kolorowe, ślicznie uplecione. Do dziś mam takie tutaj i używam je jako dekorację, wystawiam je na stół już na tydzień przed Niedzielą Palmową i trzymam do Świąt, żeby się nimi raz w roku nacieszyć. Wiem i pamiętam, że na wielu polskich wsiach ludzie budowali palmy wysokie, większe od człowieka i pielęgnowali tę tradycję bardzo uroczyście. Zdarzyło mi się iść do amerykańskiego kościoła w Palmową Niedzielę z polską palmą w ręce i wielu ludzi zaczepiło mnie pytając o jej pochodzenie.
Moja rodzinna celebracja Wielkanocna zaczynała się w Wielką Sobotę. Jak niemal wszyscy Polacy, rano przygotowywaliśmy koszyczek z symbolicznym jedzeniem do święcenia. Na białej serwetce, zazwyczaj ładnie haftowanej królował baranek, symbol Zmartychwstałego Chrystusa, a potem już dowolnie, co kto uważał, ale prawie każdy miał tam kawałek chleba, kiełbasy, sól, oczywiście jajka, pisanki, czasem pomarańczę, jabłko.. Nie mieliśmy jajek kolorowanych tak jak dzisiaj. Uzyskiwaliśmy bardzo ładny kolor brązowy i ciemno-żółty gotując jajka w łupkach cebuli. A gdy wcześniej przed ich włożeniem do gotującej się wody, udało się nakreślić jakiś wzorek świeczką, co nie było wcale łatwe, bo ledwo było widoczne, to uzyskiwaliśmy po ich ugotowaniu jaśniejszy wzorek. Wychodziły z tego czasem bardzo śmieszne dość niespodziewane wygibasy..
Rzadko, ale próbowaliśmy tez farbować jajka w wodzie razem z burakami i wtedy uzyskiwały one kolor czerwony albo z czerwoną kapusta, która dawała kolor niebieski, ale niezbyt ładny, taki trochę siny.. W czasach późniejszych, kiedy pojawiły się już w sklepach naklejki, mogliśmy je używać do dekoracji.

Koszyczki dekorowaliśmy zielona rośliną – bukszpanem, kupowanym na Rynku lub kleparzu, innym rynku, na którym kupowało się wszystko inne! Od jarzyn owoców, tysiąca dziwnych drobiazgów do kwiatów, bazi i dziesiątek artykułów pół- legalnych albo nawet nielegalnych, nowych, używanych – czyli co kto chciał i czego „dusza zapragnęła” w tamtych trudnych czasach.
Właśnie – BAZIE! Czyli inaczej kotki! Maleńkie nieco podłużne kuleczki w szaro-białym kolorze mięciutkie, miłe i delikatne w dotyku, rosnące na długich sztywnych gałązkach. Musiały być w wazonie na Wielkanoc! To też była nieodzowna część tego Święta. Z tymi baziami to pamiętam duży stres rodzinny, choć byłam wtedy małą dziewczynką. Mój brat, który jest ode mnie o cztery lata młodszy, tak się zachwycał baziami, że co najmniej dwa razy skończyło się to jeżdżeniem na pogotowie i wyjmowaniem mu „kotka” raz z ucha a raz z nosa. Mama musiała trzymać wazon bardzo wysoko, żeby nie mógł się do nich dostać. Później już nieco zmądrzał i przestał się nimi w taki sposób interesować.
W Krakowie kościoły katolickie są niemal na każdej ulicy. I każdy z tych kościołów oferował przez całą sobotę mniej więcej do 16.00 co pół godziny święcenie pokarmów. Ludzie wchodzili do przedsionka albo innej sali, który był na tę okazję specjalnie przygotowany, stawiali w ciszy swoje koszyczki, ściągali z wierzchu serwetkę, a ja uwielbiałam podglądać co tam w nich jest innego, niż my mamy, jak są udekorowane. Potem wychodził ksiądz często w towarzystwie ministranta, odmawiał modlitwę, święcił pokarmy, życzył wszystkim Wesołych Świąt i za pół godziny duży stół zapełniał się następną falą cudnie przystrojonych koszyczków.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek stół był pusty, żeby nie było albo było mało ludzi. Wydawało się, że pójście każdego człowieka z koszyczkiem pełnym symbolicznych wielkanocnych pokarmów do kościoła jest tak naturalne, iż nikt nigdy tego nie może i nie opuścić.. Po święceniu kończył się w naszym domu post, ale nie jedliśmy takiego normalnego pełnego obiadu. Mama zawsze miała jakąś lekką zupę, chwytaliśmy kawałek kiełbasy i kromkę chleba, czasem udało się ją namówić na spróbowanie któregoś z ciast, zazwyczaj babkę, bo tych było najwięcej. W końcu to już był świąteczny dzień!
A po południu całą rodziną zawsze szliśmy na oglądanie grobów. W każdym kościele, a jak już wspominałam, w Krakowie na każdej ulicy był i wciąż jest kościół – było co oglądać, przystanąć i pomodlić się przez moment. Dla nas dzieci, ta wyprawa miała wtedy wymiar wycieczki. Tłumy mieszkańców Krakowa, niemal bez względu na pogodę wychodziło na ulice, bo to była krakowska, zakorzeniona w sercu każdego Krakowianina tradycja. Każdy kościół starał się zrobić to miejsce wyjątkowe, piękne i nieco inne, niż miały sąsiednie kościoły. Choć centralnym elementem był Chrystus naprawdę inwencji nie brakowało. To były miejsca kultu ale i dzieła sztuki! Ale najpiękniejszy grób był w kościele Ojców Pijarów na ulicy Pijarskiej. Kolejka do wejścia w podziemia – bo raz w roku otwierano żelazną bramę i udostępniano podziemia publiczności- ustawiała się już u wylotu Pijarskiej przy Rynku. Ludzie stali rozmawiając szeptem i czekali bez marudzenia i kłócenia się. Do dziś pamiętam jak serce mi waliło z przejęcia, kiedy dochodziliśmy do krętych schodów w dół piwnicy i widziałam gaj zielony.. I słyszałam głosy dziesiątków ptaków.. To robiło tak niesamowite wrażenie, że wszyscy milki, schodzili w dół do grobu, przesuwali się powoli, przyklękali, niektórzy odmawiali krótką modlitwę, bo był zawsze taki tłum, że nie było jak zatrzymać się na dłużej.
Później, gdy przez kilka lat chodziłam na tę „sobotnią wyprawę” z Wackiem, wtedy moim chłopakiem, czasem też z Aniołami, też uwielbialiśmy tę tradycję. Niestety, gdy przeprowadziliśmy się do Sosnowca, nawet gdy przyjeżdżaliśmy na Wielkanoc do Krakowa, jakoś zabrakło czasu na kontynuowanie tej pięknej i niezapomnianej dla mnie tradycji.
W Sosnowcu już nie było takiego zwyczaju mimo że kościół był i grób Boży też. Ale to już nie była.. krakowska tradycja i tamta atmosfera…
Polska Wielkanoc to zawsze dwa dni – w niedzielę to celebrowanie świąteczne w gronie rodzinnym. Prawie zawsze musieliśmy po śniadaniu iść na spacer z rodzicami, spędzać całe popołudnie i wieczór z nimi, co już jako nastolatce nie bardzo mi się podobało. Ale rodzice nie pozwalali mi spotykać się w ten dzień z przyjaciółką czy z chłopakiem. Czasem, gdy była bardzo ładna pogoda wyjeżdżaliśmy na spacer w okolice Krakowa, jako że odkąd sięgam pamięcią zawsze niemal mieliśmy samochód. Nie była to chętnie przyjmowana propozycja przez mamę, bo powszechnie uważano, że niedziela Wielkanocna to może być spokojny spacerek po plantach albo parku w odświętnym ubranku, a nie wyjazdy w sportowych ubraniach i na dodatek w spodniach!
Natomiast drugi dzień – poniedziałek to już zupełnie coś innego! Dzień, w którym odwiedzaliśmy się wzajemnie z rodziną Taty, bo ta mieszkała w Krakowie niedaleko nas, spotykaliśmy się z przyjaciółmi rodziców i dla nas, dzieci a później nastolatków dzień był o wiele ciekawszy. No a przede wszystkim – poniedziałek to wyczekiwany przez nas Śmigus-Dyngus. Jako dzieci czekaliśmy na to cały rok i przygotowywaliśmy się do tego bardzo solidnie. Kupowaliśmy każdego roku nowe plastikowe jajka, chowaliśmy po najciemniejszych kątach, żeby nikt z domowników ich nie znalazł. Rzecz była w tym, że dorośli także bawili się doskonale i oni też mieli swoje sposoby, żeby od rana zaskakiwać się wzajemnie i oblewać wodą. Mój tata miał swojego kolegę – sąsiada mieszkającego na tym samym piętrze naszej klatki schodowej i każdy z nich był takim samym „wariatem”. Który pierwszy obudził się tego dnia rano, zaczajał się pod drzwiami drugiego i gdy tylko ten drugi wychylał głowę zza drzwi.. zaczynała się walka na hektolitry wody! Mama krzyczała, że zaleją jej świeżo wypastowaną podłogę, potem, że tata zniszczy jej świąteczną fryzurę (lakierowaną i trzymaną całą noc na grubym walki pod głową, żeby się nie zniszczyła) a panowie i my – dzieci mieliśmy wielką radochę. Zwłaszcza, że mogliśmy zawsze dołączyć się do tej walki z naszymi zapasami jajek wodnych i nikt na nas nie krzyczał.
Gdy już byłam w szkole średniej, drugiego dnia spotykałam się z Wackiem i zapraszana byłam do jego rodziny na obiad. Tylko jeden raz zaryzykowałam dojechanie do niego sama. Autobusem. Świąteczny rozkład jazdy był tak rzadki, wystałam się na przystanku na tyle długo, że przechodzący tamtędy młodzi chłopcy oblali mnie wodą kilkakrotnie. Przyjechałam do mojego chłopaka niezbyt szczęśliwa z powodu swojego mokrego specjalnie na tę okazję przygotowanego stroju.

I jeszcze jedna piękna i bardzo krakowska tradycja Wielkiego Poniedziałku- EMAUS! Nie wiem, czy wiele jest osób, które wie co to było i właściwie jest. Bo jak dowiedziałam się z dużym zdziwieniem owa tradycja wciąż istnieje, oczywiście z przerwą z powodu covida w ostatnim roku. Ja pamiętam ja z mojego dzieciństwa. Dawno dawno temu i też nie każdego roku, ale w ładny ciepły dzień, po południu chodziliśmy z rodzicami na Emaus czyli odpust. Krakowski tradycyjny odpust, który odbywał się przy klasztorze Norbertanek, na Zwierzyńcu a dokładnie na prawym brzegu rzeki Rudawy. U zbiegu ulic Emaus i Kościuszki. Kiedyś wydawało mi się, ze to było bardzo daleko od nas (pamiętajcie, że mieszkałam w samym centrum Krakowa!) ale tak naprawdę to było bardzo blisko. Tradycja i historia tego wydarzenia jest bardzo stara i każdy może sobie o niej przeczytać teraz w internecie. Ja chcę tylko wspomnieć to co zapamiętałam bardzo głęboko z tych rodzinnych wypraw. Dziesiątki straganów z cudami, które dla nas, dzieci wydawały się tak niesamowicie kolorowe i przyciągające, że błagaliśmy rodziców o kupienie niemal każdej zabawki którą tam ujrzeliśmy. Pamiętam precelki z ciasta bardzo lekkiego, niemal „pustego” w środku, połączone ze sobą jak łańcuch a pomiędzy nimi kolorowe kokardki z papieru. Można je było sobie założyć na szyję i nosić jak korale. Dziesiątki tradycyjnych figurek Żydów bardzo ładnych w różnych pozach. Mimo, że Żyd z polskiej społeczności był wtedy wypierany, to na straganach Emausu był i nikt mu tego za zle nie poczytywał.
I były piłeczki celofanowe zawieszone na gumce, które godzinami można było podbijać i bawić się nimi. I ptaszki z gliny albo z drewna, które były gwizdkami i w zależności ile miało się siły w płucach wydawały inny dźwięk. I jeszcze ptaszki drewniane na kółkach prowadzone na patyku. Ich skrzydełka wtedy stukały o siebie i wydawały dość głośny dźwięk. Mama bardzo tego nie lubiła. No i wata cukrowa! I lody. Pierwsze lody, których często rodzice NIE chcieli nam kupić, bo twierdzili, że jest za zimno i na pewno dostaniemy anginy albo zapalenia gardła.. 😦
Później, kiedy podrośliśmy, przestaliśmy interesować się tą krakowską tradycją. Jaka szkoda, że nigdy nie udało mi się tam zabrać moich dzieci i wnuków..
Cała ta moja dzisiejsza opowieść wielu czytelnikom może się wydawać banalna i znana i bliska. Dla mnie jest – wspomnieniem krakowskiego dzieciństwa, młodości i szansą ocalenia tego, czego nie zdążyłam pokazać w praktyce mojej rodzinie.
Dziś, mimo że obchodzimy każde wielkanocne święta razem, to są już inne Święta.
To jest po prostu „inna NIEDZIELA”. Nie zrozumcie mnie źle. Mamy swoja rodzinną tradycję, malujemy razem jajka, święcimy pokarmy jak się uda, szukamy jajek z niespodzianka w środku.. Cieszymy się bardzo, że jesteśmy razem. Robię żurek z polską białą kiełbasą i piekę mazurki.
Ale moja krakowska Wielkanoc to już wspomnienie i legenda. To coś co chciałabym ocalić od zapomnienia. Przekazać pamięci moim dzieciom i wnukom..
Ach Emaus ! To bylo wspaniale miejsce. Te wszystkie odpustowe cudenka, wystrojone panny, Smigus Dyngus w Zwierzynieckim wymiarze i dla nas chlopcow konfrontacje wzrokowo – slowne a i czasem fizyczne ze Zwierzynieckimi andrusami . Przypomniec chcialbym Rekawke, ktora odbywala sie we wtorek i przez to popularnosc tego wylacznie krakowskiego festynu byla mala bo nie byl to juz dzien swiateczny . Ale tradycja sie uchowala. A kolejki do Grobow Panskich, szczegolnie u oo.Pijarow pamietam do dzis ! Wesolego Alleluia !
Marek
PolubieniePolubienie