Nie bój się – swojego strachu..

3/24/2021
Jeszcze na długo przed naszym wyjazdem do Ameryki mój mąż miał takie trzy marzenia: posiadać garaż na dwa samochody, lodówkę, która produkuje lód i.. zobaczyć prawdziwy australijski busz! Tak, wiem – to marzenia bez składu i ładu, nic w nich nie ma wspólnego, no ale tak sobie gdzieś w swojej głowie wymyślił i tak często to powtarzał przy każdej okazji, gdy mówiliśmy o przyszłości, zresztą bez określonych bliżej dat i planów. I wcale nie miały się spełnić w Ameryce! Zupełnie przypadkowo tak się zdarzyło, że garaż i lodówka ziściły się a Texasie a busz.. no, poniekąd też dzięki Ameryce 🙂
Wiele lat później, gdy przyjechaliśmy do Ameryki mieszkaliśmy przez pierwsze lata w kilku różnych wynajmowanych mieszkaniach nie mieliśmy tam ani lodówki, którą sobie wymarzył, lodówka była duża, ale jednodrzwiowa, bez urządzenia produkującego kostki lodu. Nie mieliśmy wciąż garażu, bo w apartamentach zazwyczaj były (teraz już są, ale to było 30 lat temu) miejsca na samochody pod zadaszeniem, po prostu wiaty. Dopiero w 1996 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom, kupiliśmy również lodówkę z częścią produkującą wymarzone kostki lodu i dom posiadał wreszcie garaż na dwa samochody. Od tego czasu w naszym garażu mogą stać tylko auta! Mój zwariowany mąż nie pozwala zostawić samochodu przed garażem nawet na jedną noc, gdy z jakiejś przyczyny potrzebowałabym przestrzeń garażu na przechowanie czegoś innego. Nie! Garaż jest dla auta i nie ma mowy o innej wersji wykorzystania tej powierzchni domu.

Do zrealizowania pozostało zobaczenie australijskiego buszu. Za bardzo się tym nie przejmowałam, bo nie było to w końcu takie proste. Życie jednak wymyśla nam niespodziewane scenariusze. Rok 2004. Ciężki dla mnie. Nie miałam pracy, zdecydowałam przekwalifikować się z humanistki i wejść w inną branżę. Zrobiłam kursy asystentki dentystycznej i miałam nadzieję, że gdy moja córka skończy swoją rezydenturę, będę mogła dla niej pracować. Ale to miało nastąpić dopiero za dwa lata.. A ja coś musiałam ze swoim zawodowym istnieniem zrobić. Szukałam pracy i – nie szło mi zbyt dobrze. Nie miałam żadnego doświadczenia, jak na taki zawód stanowczo za późno chciałam zaczynać.. Byłam w dołku, był sierpień i miałam dość myślenia: co dalej? Pewnego popołudnia wpadł do domu mój mąż, rzucił mi na stół dwa bilety (tak, wtedy takie papierowe książeczki) do Nowej Zelandii i Australii i powiedział że to jest prezent na naszą 30 rocznicę ślubu, jest we wrześniu, i dalej to muszę wszystko zorganizować (tanio i szybko!) bo mamy wylot 29 sierpnia! No i „miałam” pracę! Zresztą w tym samym czasie dostałam też nową prawdziwą pracę. O dziwo! mój przyszły pracodawca słysząc, że mam już bilety do Australii zgodził się, bym ją rozpoczęła po powrocie. No i nabrałam oddechu w płuca, energii „w skrzydełka” i uleciałam w organizację i realizację marzeń. A nie było to łatwe – dla mnie, bo za dużo nie umiałam, bo z pieniędzmi było krucho, ale od czego są przyjaciele i Internet!

I może teraz oczekujecie na piękny opis wycieczki, ale NIC z tego! Tak, cała wycieczka była wspaniała, dotarliśmy do wymarzonego buszu, zrealizowaliśmy marzenie mojego męża, spotkaliśmy się z jego przyjacielem ze szkolnej krakowskiej ławy, spędziliśmy wieczór rocznicowy w słynnej Operze w Sydney – i przeżyliśmy wiele, wiele niezapomnianych cudownych atrakcji.

To bilet – reklamówka naszej nieszczęsnej wyprawy podziemnej

Ta historia będzie jednak o STRACHU. O wielkim niespodziewanym, zaskakującym strachu, o którym zazwyczaj nie chce się później w dalszym życiu pamiętać. Strach, który zamazuje się z czasem, ale równocześnie pozostawia taką ranę, że kiedyś trzeba o nim opowiedzieć głośno. Te kilka godzin naszego życia stało się „przedsionkiem do śmierci” i jakkolwiek to dziś brzmi absurdalnie, takie było nasze poczucie wtedy i gdy dziś o tym myślimy, z perspektywy minionych prawie 17 lat, nic się w nas nie zmieniło. I z pełną świadomością piszę to w liczbie mnogiej, mając na myśli nas oboje – mnie i mojego męża.
Kilka miesięcy wcześniej jedna z moich najlepszych przyjaciółek, Beatka, zarekomendowała mi jako jedną z największych atrakcji w Nowej Zelandii, w Waitomo- Blackwater Rafting. Opowiadała o tym godzinami. Razem z mężem byli zachwyceni i zarazili nas tak bardzo, że zaraz po przylocie zgodnie z ich instrukcją zarezerwowaliśmy taką turę. Byliśmy bardzo podnieceni i nastawieni na wyjątkową przygodę. Podziemne pływanie, na „tubach” wspinanie się, przechodzenie drogą wodną z jednej jaskini do następnej, skoki do wody. Wszystko to brzmiało niesłychanie atrakcyjnie, no i oczywiście miało być z przewodnikami w małej grupie – w pełni bezpiecznie. Cała wycieczka miała trwać około czterech godzin.
Zgłosiliśmy się do wyznaczonego miejsca, spotkaliśmy tam grupę sześciu innych młodych ludzi (znacznie młodszych od nas..) i dwóch przewodników. Musieliśmy podpisać różne papiery, że to na naszą odpowiedzialność itd. co w gruncie rzeczy nas nie zdziwiło, ale zdziwiły nas komentarze naszych przewodników, pół-słówka i uśmieszki i już wtedy powinno było nam to dać coś co myślenia.. Następnie przewieziono nas w dalekie puste miejsce, gdzie stał budynek, a w nim tylko kostiumy do podwodnego „spaceru”.

Na zdjęciu górnym – jeszcze przed wycieczką – uśmiechnięci gotowi na przygodę. Na zdjęciu dolnym – po wyjściu z podziemnej rzeki. Wykończeni zniesmaczeni i zawiedzeni.

Potem zaczęliśmy schodzić w dół po drabince w głęboką dziurę ziemi. Dostaliśmy latarki na pasku na głowę i to okazało się być przez cały czas jedyne źródło światła. Początkowo droga prowadziła w wodzie nie głębszej niż po kolana czy uda, ale potem już po pas i rzeka zaczęła być coraz bardziej rwąca, nasza grupa rozciągnęła się, przestaliśmy widzieć siebie wzajemnie, a za to słyszeliśmy bardzo niemiłe ironiczne, powiedziałabym wyśmiewające się komentarze naszych przewodników. Na nasze prośby pomocy, poczekania na nas, przyświecenia nam dodatkowym światłem (oni takowe posiadali) zachowywali się lekceważąco. Koszmar zaczął się w momencie, gdy komory jaskini łączyły się i z jednej do drugiej trzeba było przeciskać się przez otwór ledwo mieszczący nasze ciała na czworakach. Nie mogłam sobie poradzić. Byłam przerażona i sparaliżowana strachem! Byliśmy ostatni, za mną był tylko Wacek, jeszcze bardziej przerażony jak ma się przecisnąć. Woda zalewała nam całe ciało i twarz. W pewnym momencie nie mogłam chwycić powietrza. Wtedy – naprawdę – myślałam, że to już koniec! Że nie dam rady, że nie wyjdę stamtąd i już nigdy nie zobaczę moich dzieci.. Nie wiem jak zdołaliśmy się przeczołgać. Nie wiem jak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Woda była tam rwącą rzeką i wtedy nagle musieliśmy się chwycić ściany, bardzo śliskiej, której nie mogłam się utrzymać, bo woda niosła mnie i porywała dalej. Zaczęłam okropnie krzyczeć, a mój mąż jeszcze bardziej. Nie widziałam go za sobą i myślę, że on nie widział mnie. Młodzi ludzie gdzieś zniknęli nam z pola widzenia i też jakoś zamilkli. Pojawili się przewodnicy- dziwnie spoważnieli i podali nam tuby. Wsiedliśmy na nie, spięli nas linami i jakiś kawałek podholowali na spokojniejszą część rzeki. Tam zrobili nam 10-minutowy odpoczynek. Było bardzo, bardzo zimno. Trzęsłam się z zimna, wysiłku i niesamowitego strachu. Pamiętam, że dali nam jakieś batoniki i soczki i próbowali rozładować atmosferę „wesołymi” opowiastkami. Jakoś nikt się nie śmiał. Albo jeśli ktoś próbował, to dość nieudolnie. Chyba już wtedy nikomu nie było do śmiechu. Nie wiem, co myśleli ci młodzi ludzi, może ich odczucia były zupełnie inne, ale na mój gust – oni też wyglądali na zdezorientowanych. Wiem, że szanowni przewodnicy mieli aparat fotograficzny i próbowali nam robić zdjęcia, zachęcić do uśmiechu w podziemnej scenerii nadal opowiadając swoje rozśmieszająco-żałosne historyjki. Zaraz po wyjściu z jaskini, w punkcie początkowym mieliśmy możliwość kupienia sobie pamiątkowych zdjęć z niezwykłej przygody życia.

Nie pamiętam jak długo jeszcze szliśmy w wodzie, co działo się potem.. Wyszliśmy na powierzchnię także po drabince, ale w innym miejscu niż zaczynaliśmy nasz koszmar. Przywieźli nasze rzeczy, mogliśmy się umyć i ubrać. Potem zawieźli nas do punktu wyjścia, gdzie na parkingu mieliśmy nasz samochód.
Wsiedliśmy do środka. Siedząc w kompletnym milczeniu zjadaliśmy kanapki, które przygotowałam przed wycieczką. Nie weszliśmy odebrać naszych zdjęć..
Nie zaskarżyliśmy nigdy zachowania naszych przewodników ani organizacji tej wycieczki. Od pierwszej chwili staraliśmy się pokonać strach, którego doznaliśmy w tych czterech godzinach życia. P r a w i e się udało… Ale i tak pisząc dziś o tym mam wewnętrzne drgawki, których nie potrafię opanować…

Wymarzony BUSZ austalijski

A potem już wszystko było piękne!: Geizery, gorące błota, Maori-tubylcy Nowej Zelandii, Hobbiton, gdzie kręcono film „Lord of the Ring”. I rafy koralowe w Cairns w Australii, i krokodyle, cudowna trasa wzdłuż Gold Coast z Brisbany i serfujący po falach na wybrzeżu Surfers Paradise. Winiarnie w słynnej Hunter Valley Wine Country i Blue Mountain – skały , naprawdę niebieskie szczyty gór, dziesiątki wodospadów, niesamowita zieleń i wymarzony przez mojego męża australijski BUSZ! Kilka dni w Sydney, ach, zachwyciłam się tym miastem! Stara artystyczna dzielnica The Rocks, slynny Harbour Bridge, i najpiękniejsza Opera Świata, gdzie obchodziliśmy dzień 30 rocznicy ślubu. Także pawie, kangury, kookaburra, wombat, strusie, misie koala. I Great Ocean Road po 24 wakacyjnych dniach, powrót z Melbourne do Houston.

Sydney – piękne miasto!
Austalijskie zwierzęta i ptaki: struś Emu, kangur, jeżozwierz, wombat, koala

BACK

Dodaj komentarz