Daty, daty.. i inne dziwactwa

3/22/2021
„Daty, daty, kolejne daty, jakby nie można inaczej” To słowa z wiersza pt. „Jak te konwalie, jak łzy albo bez” z książki autorstwa Jana Nowickiego „Między Niebem a Ziemią”. Kiedyś, na podstawie tej książki, napisałam sztukę o Krakowie, Skrzyneckim, Nowickim i Piwnicy pod Baranami. Trochę to o dziwactwach (pięknych zresztą!) Piotra Skrzyneckiego i tak mi się skojarzyło z tematem, o którym dziś chcę pogadać.
Każdy z nas ma swoją datę. Datę urodzin (nie wybieraliśmy!). Datę pierwszej komunii, pierwszego dnia pracy czy ślubu. Potem ktoś zapisze datę naszej śmierci, bo to też musi być dla porządku w papierach świata. Istnieją ludzie, którzy mogą żyć bez dat i godzin, bez ciągłej kontroli i układania swego życia według schematów. No i dobrze.
Ja – odwrotnie. Niestety – a może stety – zawsze byłam „pod kontrolą”. I nie mam o to pretensji do nikogo, bo to niczyja wina. Pewnie tylko moja. Ale taka to już konstrukcja mojej głowy. Zawsze trzymałam się kalendarza, poleceń, czasu i wytycznych. Jakoś tak działają moje szufladki pamięciowe w głowie, że mam kłopot z odtworzeniem imion i nazwisk dawno niewidzianych znajomych, ale za to pamiętam o ich urodzinach albo imieninach.. Chociaż – czasem moje „szufladki” zacinają się i już nie są tak dobrze naoliwione jak kiedyś.
Moja rodzina jest datowo bardzo wiosenna. Marzec to miesiąc, który już od drugiego dnia ma daty zapełnione naszymi imionami – począwszy od imienin mojej Mamy Heleny (tak o imieninach kalendarzowych też pamiętam! 🙂 dalej urodziny mojego syna, Teściowej, brata, Mamy, mojej córki, kilku ważnych przyjaciół. Styczeń i luty też nie pozostaje obojętny. Rok zaczyna się od urodzin Christopha, najstarszego wnuka, ale w mojej głowie mam i urodziny bratanka, rocznice ślubu kochanych Aniołów, nawet rocznicę pierwszego ślubu mojego szwagra.. Nie, żebym im wszystkim to przypominała, ale jakoś wymazać z moich szufladek nie potrafię. Kwiecień to miesiąc mój i kilku moich ważnych koleżanek i mojego zięcia, w maju i czerwcu choć robi się już prawie wakacyjnie wciąż łażą mi po głowie daty urodzinowe (9 czerwca, 13 czerwca, 24 czerwca) i tak przez całe następne miesiące.. Trochę wstydzę się to wszystko wymieniać, bo z pewnością widzicie, że to nie jest normalne. Ale przecież każdy z nas ma (jak mówi Nina „swojego mola”), tylko nie każdy się do tego przyznaje. W moim wieku już śmiało mogę o tym mówić, bo mnie bawi mój „mól” i wcale mi nie przeszkadza. 🙂 🙂

Rodzinny kalendarz, rodzinne spotkania, celebracje.. Każda chwila wspólna warta więcej niż całe „złoto świata”

Ja nawet pamiętam, że kiedyś 22 lipca było świętem odrodzenia Polski :), choć dla rodziny nie miało to specjalnego znaczenia. Ale – raz w życiu- byłam na kolonii. Tak – nie na obozie, tylko na kolonii, organizowanej przez pracę mojej mamy. Myślę, że nie mogłam mieć więcej jak 12-13 lat i mama znalazła dla mnie jakąś lukę czasową i wysłała mnie na inne wakacje niż harcerskie. Pamiętam długą nocną podróż pociągiem nad morze. A potem okazało się, że kolonia była gdzieś koło.. Słupska, dość daleko od morza i żeby korzystać z plaży (a pamiętam, że tego lata była ładna słoneczna ciepła pogoda) musieliśmy dojeżdżać jakąś starą „ciuchcią” (nie wiem jak długo, ale wtedy wydawało mi się że bardzo długo!). To był lipiec, chyba 1966r. No i zbliżało się święto 22 lipca, więc oczywiście przygotowywaliśmy program na tę okazję. Wymyśliłam z dwoma koleżankami układ taneczno-gimnastyczny z szarfą. Byłam wtedy zaprzyjaźniona z dziewczyną, której mama była trenerką gimnastyki artystycznej w Krakowie i choć nie uczestniczyłam z zajęciach, to chodziłam tam z Iwoną i zafascynowałam się tym, co obserwowałam. Ćwiczyłam godzinami w domu przed lustrem i postanowiłam wykorzystać to na kolonii. O dziwo, całkiem nieźle się udało! Pamiętam, że nasz wychowawca zabrał nas do sklepu z pasmanterią w Słupsku, żeby poszukać dobrych szerokich wstążek, które nadawałyby się na kijek i można by z nich zrobic „profesjonalne” szarfy do tańca 🙂 Stałyśmy się bardzo popularną trójcą po tym występie. Może dlatego pamiętam tę datę tak dobrze, bo potem już oczywiście nigdy, na żadnym obozie harcerskim nie celebrowaliśmy tego święta.
Pamiętam lądowania pierwszego Człowieka na księżycu i datę naszego przylotu do Ameryki. Także takie, o których niekoniecznie chciałabym pamiętać.
Wrzesień to data naszej „prawdziwej” jak mówimy, rocznicy ślubu (bo ta mniej prawdziwa czyli cywilna jest w maju) imieniny mojego męża, pazdziernik, listopad – znów dużo rodzinno-przyjacielskich dat-celebracji i uwierzcie, że wszystkie te daty i osoby łączące się z nimi mam w mojej głowie.
Moje dzieci wciąż śmieją się, że u nas w rodzinie wszystko jest obchodzone podwójnie, bo według tradycji amerykańskiej i polskiej, czyli urodzinowo i imieninowo i dwie rocznice ślubu, dwie celebracje Dnia Babci, Dnia Matki czy Ojca i co się tylko da.
Cóż – łakniemy siebie, radości i uśmiechu i chyba nic w tym złego.
Poza pamięcią do dat, skłonnością do ich „pielęgnacji” mam jeszcze inne dziwactwa, więc idąc dziś „za ciosem” do kilku przyznaję się za jedna wyliczanką: nie pozwalam na celebrację moich urodzin przed prawdziwą kalendarzową datą, bo mam taką („rosyjską” obsesję), że NIE wolno, bo można ich nie dożyć :), jak czarny kot przebiegnie mi drogę, natychmiast uruchamiam w swej głowie taki refren:

„Gdy ci kot przebiegnie drogę,
nie myśl, że to pech!
Kot ci szczęście przynieść może,
jeśli tylko chcesz”..

I wyobraźcie sobie, że jeszcze kilka dni temu nie miałam pojęcia skąd mi się wziął ten refren w głowie przez tyle długich lat! Z jakiej piosenki, kiedy i w jakich okolicznościach wpadł mi w ucho. Kiedy zaczęłam szukać go w internecie (dzięki ci technologio, za internet i wszystko, co w nim siedzi!!) znalazłam tytuł „Koci twist” i wykonawczynię piosenki – Fryderykę Elkanę. Nie mam pojęcia jak i gdzie mi się to przyplątało! Sprawdziłam, że piosenka powstała w 1964 roku. Patrząc na tytuły innych piosenek Fryderyki Elkany, chyba nie znam żadnej innej. Kot jednak przemówił do mnie bardzo mocno i przekonywująco, bo:
po pierwsze – bardzo lubię koty, po drugie – bardzo lubię czarne koty, a po trzecie -uważam, że przynoszą szczęście jak w piosence i mój refren służy mi jako amulet do odstraszania pecha!
Mam jeszcze zwyczaj odpukiwania w niemalowane drewno jak mi coś bardzo NIE pasuje i czegoś bardzo nie chcę, lubię liczbę trzynaście i nie mam nic przeciwko piątkom 13-go. Osobiście nie ubrałabym czarnej sukienki na czyjś ślub, choć wiem, że to nawet modne teraz się zrobiło, ale ja mam swoje uprzedzenia…
To chyba tyle mojej spowiedzi na dzień dzisiejszy, bez księdza i sądu 🙂


BACK

Dodaj komentarz