3/20/2021
20 lat Teatru Ogniska Polskiego to kawał czasu. To długi kawał mojego życia. Byłam nauczycielką w sobotniej szkole polskiej przy kościele polskim w Houston od 1990r, zaczęłam tę pracę niemal kilka dni po przyjeździe. Uczenie języka w takiej szkole jest bardzo specyficzne. Dzieci są przydzielane do klas nie według wieku a według umiejętności i znajomości języka polskiego. Pochodzą one z rodzin polskich lub mieszanych, pół-polskich i co tu dużo mówić, polski jest ich drugim językiem. Na codzień, w szkole z rówieśnikami używają angielskiego i często niechętnie i niełatwo jest im przestawić się na język polski. Poziom językowy był więc w szkole polskiej zróżnicowany a my – nauczyciele mieliśmy jedno podstawowe zadanie, znaleźć najciekawszy i skuteczny sposób, by język polski i polska kultura wciąż dla tych dzieciaków była częścią ich życia i zainteresowań.
kiedy dzieci są małe nie jest to takie trudne, przez zabawę można wiele „przemycić” ale gdy zaczynają dorastać i stają się nastolatkami trzeba wymyślić inne metody. I tak wraz z dorastającymi moimi dziećmi w szkole, w mojej głowie powstał pomysł teatralny. O ileż ciekawiej jest być aktorem i zaistnieć na scenie grając w języku polskim i w ten sposób ucząc się go nadal, w oparciu o literaturę sztukę i wiele nowych ciekawych elementów działań, które wiążą się naturalnie z teatrem. Zaczęliśmy w 1995 roku od przedstawienia, pierwszego samodzielnego występu Teatru Ogniska Polskiego ” Jak kamienie na Szaniec..” o czym już pisałam wcześniej. Mała rzecz, ale zakiełkowało ziarenko i rozkwitło dalszymi pomysłami i sukcesami.
Nie mieliśmy niczego! Ani sali na próby, ani miejsca na występy, ani funduszy na organizację, ani pojęcia o reklamie i marketingu, ani dekoracji i kostiumów – ale mieliśmy pomysły, marzenia, pasję i chętnych aktorów! to wszystko dawało nam niezwykłą się i już po niecałym roku wystawiliśmy „Zemstę” A. Fredry.
Było trochę tak jak u Tuwima w słynnym uwielbianym przez dzieci wierszu „Lokomotywa” :
…Najpierw- powoli,
jak żółw ociężale,
ruszyła maszyna…
ospale..
A potem:
…i spieszy się, spieszy..
jak gdyby to była piłeczka,
i fraszka, igraszka..
To para wprawiła ją w ruch
i pcha ją i gna ją..”
Przez 20 lat istnienia Teatru Ogniska Polskiego wystawiliśmy 27 sztuk. Niby niedużo.
To była trochę „dziwna” praca.. Próby odbywały się wszędzie, w najbardziej dziwnych miejscach, ale najczęściej w moim domu. Nawet wtedy, kiedy mieszkaliśmy w domku szeregowym, w zamkniętym kompleksie domów niedaleko Medical Center, gdzie pan kontrolujący przybywających gości, po trzecim samochodzie wjeżdżającym do nas, już nikogo więcej na teren osiedla nie chciał wpuścić. Biedni aktorzy parkowali na ulicy i maszerowali na piechotę, żeby dostać się na próbę.. Kiedyś, po kolejnym wieczorze grania i głośnego śpiewania piosenek do którejś z muzycznych sztuk, sąsiadka zatrzymała mojego męża w garażu i konspiracyjnym szeptem zapytała: „A co to za spotkania nocne u was? jaka to religia..?”
Nasze miejsca przedstawień także mają swoją długą listę: od szkolnej sali gimnastycznej, poprzez salę Baker College na Rice University (tak, mieliśmy tam swoje „aktorskie wtyczki”, którzy na codzień byli tam dobrymi studentami!), później znów dzięki polskim koneksjom udało nam się skorzystać ze sceny teatralnej w St.Thomas University (to była pierwsza scena prawdziwa scena teatralna) i tam odbyło się kilka naszych przedstawień. Kilkakrotnie przytuliło nas też gościnne miejsce w Warwick Towers i piękna w scena Chateau Polonez. Skorzystaliśmy z uprzejmości Włoskiego Centrum Kulturalnego i polskiego Kościoła.
Przez 20 lat przewinęło się w szeregach Teatru (pozwólcie, że z szacunku dla wszystkich aktorów, twórców, pomocników, muzyków, widzów i tych, którzy w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek czasie po prostu BYLI z nami, będę pisać/mówić o naszym Teatrze przez duże „T”) mnóstwo aktorów – jedni zaistnieli w tylko jednym przedstawieniu, inni pozostali dłużej, jeszcze inni grali, odchodzili, wracali, a byli i tacy wytrwali co wytrzymali ze mną przez całe 20 długich lat!
Nowa era dla naszego Teatru zaczęła się, kiedy dołączyła do nas Beatka, moja kochana przyjaciółka i moja „asystentka”. Niezwykła kobieta – inżynier z wykształcenia, humanistka w duszy, a śpiewała – głos miała miała nieziemski. Wszystko to dodało mam „efektów specjalnych” i nowych pomysłów (no i odwagi) i rozpoczęła się era przedstawień z muzyką i piosenkami. No i dołączyła do nas Ewa T, więc nasze zaplecze śpiewające znacznie się powiększyło i gotowe było podjąć nowe wyzwania. A ja – po Fredrze, Mrożku, Przyborze, wreszcie odważyłam się spełnić moje młodzieńcze marzenia i włączyć do naszego repertuaru sztuki i piosenki Agnieszki Osieckiej. Tak powstała seria mini- przedstawień z cyklu „Listy Śpiewające”. Potem przyszła kolej na sztukę „Świat nie jest taki zły” – na motywach najsłynniejszej sztuki Osieckiej „Niech no tylko zakwitną jabłonie”
Po raz pierwszy obejrzałam to przedstawienie w Teatrze Wybrzeże, kiedy jako młoda 16-letnia dziewczyna spędzałam mnóstwo czasu w tym teatrze, razem z Ciocią, która pracowała tam jako organizator sceny (a może to się wtedy inaczej nazywało?) Przez całe lato gościnnie grano tam to przedstawienie, a ja zakochałam się w nim do szaleństwa. No i po ponad 30 latach sięgnęłam do tekstów Osieckiej i niemal wiernie (choć oczywiście to musiała być interpretacja..) zrobiliśmy przedstawienie – moje marzenie.
A kiedy kilka tygodni temu oglądając nowy serial polski pt „Osiecka” a w jednym z odcinków oryginalne fragmenty „Jabłoni” wystawione po raz pierwszy w 1964 r. moje serce ze wzruszenia zamarło a dusza uleciała do nieba na kilka długich chwil…
Osiecka jeszcze kilka razy była z nami, w przedstawieniu ” Apetyt na czereśnie” w sztuce, o życiu Maryli Rodowicz którą napisałam na podstawie jej książki o sobie. Tam też wykorzystaliśmy wiele piosenek Osieckiej.
Aż wymyśliłyśmy z Beatką wspólny program autorski „Jej portret” o kobiecie – dwie części, jedna mojego autorstwa, mojego „widzenia” kobiety, druga część była Beatki. Inna – jak jak my byłyśmy inne. I bliska, tak bardzo, jak my byłyśmy sobie bliskie…
Zagościły też na scenie pomysły i wspomnienia z naszych ukochanych miejsc polskich, zagościł więc Kraków i Piwnica Pod Baranami ze wspomnieniem o Piotrze Skrzyneckim i piosenkami Ewy Demarczyk. A jak Kraków to i Warszawa, więc i pan Piecyk i Gieniuchna..
A na koniec pomyślałyśmy, że nasz Teatr taki .. „kobiecy”, więc może napiszemy sztukę o mężczyznach, skoro też ich kilku mamy w naszym zespole. I tak powstało przedstawienie „Chłopcy z naszej ulicy”.
Ale życie nie jest tylko piękne i idealne. Naszego Teatru nie ominęły tragedie. Najpierw zachorował mąż Beatki. Nagle. I szybko. Rak mózgu. Wyrok..
Jakoś nie mogliśmy wtedy grać. Byłam z Beatką każdego dnia. Wszyscy, jak rodzina przeżywaliśmy z nią ten ciężki czas. A kiedy już powoli zaczęliśmy myśleć o powrocie na scenę, znów zdarzył się wypadek, który wyłączył Beatkę z roli, jaką pełniła w naszym Teatrze. Dziś mieszka, na swój sposób spokojna i szczęśliwa, w Stanie Oregon.
Przez 20 lat przewinęła się przez Teatr Ogniska Polskiego wielka plejada ludzi – aktorów, twórców, tych co uczyli się ról na pamięć, ćwiczyli, mieli tremę, przeżywali małe porażki i duże sukcesy, takich co planowali, malowali, kleili dekoracje, tworzyli, nagrywali muzykę, wymyślali kostiumy czasem naprawdę z niczego!. I tacy, co robili makijaż i pomagali uspokoić nerwy tuż przed występem i tacy, co nakarmiali aktorów i tacy, co pomagali zorganizować przyjęcie i wspólny czas aktorów i widzów po przedstawieniu, bo to też zawsze była nieodzowna część naszych spotkań teatralnych. Bez tej wspólnej „końcowej” części mielibyśmy niedosyt – rozmów, wrażeń, gratulacji, przeżyć na bieżąco i jeszcze raz. I wspólnych zdjęć i wspólnych zaśpiewanych raz jeszcze refrenów, które zapewne zostały nam w pamięci do dziś.

Za te wszystkie chwile, za godziny prób, za nerwy i euforie, za „faux pas” i za sukcesy, a przede wszystkim za spełnienie moich „zawodowych marzeń”, które nigdy nie stały się prawdziwym zawodem, ale wypełniły mi satysfakcją wielką część mojego życia i mojego serca – wszystkim, którzy mieszczą się w słowie TEATR Ogniska Polskiego – dziś tym wpisem DZIĘKUJĘ!
Są chwile, kiedy coś się w życiu kończy, kiedy trzeba stanąć wobec decyzji – co dalej. Taki moment nastąpił w 2014 roku. Nasi Teatralni pożenili się, powychodziły za mąż, rozjechali się w różne części kraju, ja dojrzałam do wnuków i emerytury – czas przekazać młodszym. Jeszcze wymyśliliśmy piękny happening pożegnalny, po raz ostatni w gościnnym Chateau Polonez. Spotkaliśmy się w bardzo dużym gronie, jeszcze raz zaistnieliśmy we wspomnieniach teatralnych i choć już od kilku lat nie istniało Ognisko Polskie, to wciąż ludzie skupiali się (i nadal są razem) wokół Teatru. Pożegnaliśmy erę 20 teatralnych lat spotkaniem „Ale to już było”, z łezką w oku, ale też ze świadomością, że wykonaliśmy dobrą robotę – dla rodaków w Houston (i nie tylko, bo bywało, ze widzów gościliśmy i z Dallas i z Austin i z innych miast) daliśmy dużo radości, przypomnieliśmy polską kulturę, piosenkę, polski język, a przede wszystkim zrobiliśmy wszyscy wiele dobrego, polskiego dla siebie samych!. Pokochaliśmy to, co zakiełkowało kiedyś w naszych rodzinach, w polskiej szkole. Cieszę się, że umiałam tyle DAĆ innym i sobie również.
Tak tak! Wiem, już stanowczo za długi ten post! Hmm.. Ale to dopiero wstęp do wspomnień o naszych sztukach. Ja się dopiero rozkręcam!!















