Posłaniec uczuć

3/15/2021
Przyznaję się od razu, że tytuł dzisiejszej opowiastki pożyczyłam sobie z tytułu pewnej książki, którą dostaliśmy pewnie jakieś 15 lat temu od naszej koleżanki, a właściwie przyjaciółki z kręgu uniwersyteckiego czasów Sosnowieckich mojego męża. Polonistka, kobieta niezwykła, nieprzeciętna, trochę szalona – czasem nawet bardzo. Oczytana, niezwykle inteligentna, przypominająca kota, co to po nocy zawsze chodzi własnymi drogami. W tej swojej niezwykłości miała wiele ciepła dla każdego i ale także kryła w sobie jakąś tajemnicę i nikt z nas tak naprawdę do końca nie potrafił jej „opowiedzieć”. Była sama, ale wśród ludzi, nie potrzebowała i nie dążyła do gromadzenia wokół siebie zwykłych przedmiotów, które człowiek po prostu chce „mieć” w różnych momentach życia. Jeździła na rowerze, nawet w zimie, nawet w środku nocy. Niestety, właśnie rower stał się przyczyną nieszczęśliwego wypadku i ta pełna entuzjazmu, optymizmu i fantazji kobieta zginęła bez sensu pozostawiając mnie – dziś to wspomnienie. Przyszło mi dziś na myśl wraz z tytułem wyżej wspomnianej książki.
O uczuciach i odczuciach, o całej gamie i kolorycie człowieczych wrażeń można bez końca. Natura obdarowała każdego z nas bogactwem odczuwania, wrażliwością na wszelkiego rodzaju bodźce. Ale większość z nas przez całe swoje życie ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć, z wyartykułowaniem słów, przekazywaniem ich innym: czy to rodzicom, czy przyjaciołom, obcym, czy nawet własnym dzieciom. Emocje rodzą się w najprzeróżniejszych momentach życia, w warunkach, które nie stwarzają nam wygodnych i komfortowych sytuacji, by je szczerze ubrać w słowa i przekazać drugiej osobie, co czujemy. I tu zaczynają się „schody”. Tu tworzą się bariery, mury, chmury a potem jeszcze gorzej – płacze, wojny, nieporozumienia, rozstania i urazy do końca życia.
Jesteśmy sobie bliscy. Matka i córka, syn i ojciec, bracia, siostry, dorośli i młodsi – gdzieś poróżniliśmy się na swej wspólnej drodze, nie dogadaliśmy się, brniemy w dalszą dyskusję, ale ale żadne już tak naprawdę nie słucha tego drugiego.
Łączą nas więzi krwi, kochamy się, ale nie lubimy się. Myślimy o sobie, a nie potrafimy słuchać siebie nawzajem i mówić tego, co naprawdę czujemy…
Jestem osobą, która wierzy w „posłańca uczuć”. Wierzę w stary wypróbowany od wieków sposób. Tak, jestem staroświecka i tradycjonalna. Lubię wziąć do ręki biały kawałek papieru i ołówek albo długopis i napisać tradycyjny zwyczajny list. List, w którym dużo łatwiej opowiedzieć o swoich uczuciach, bo można pisać bez wstydu, bez zahamowań, bez poczucia, że za chwilę ktoś zacznie się ze mnie śmiać, a może będzie się ze mną kłócić albo będzie agresywny i nieprzyjemny. Gdy już napiszę mój list pełen moich myśli, emocji, uczuć, gdy naprawdę wyrzucę na papier wszystko co mam w głowie i w sercu, popatrzę na to jeszcze raz, sprawdzę samą siebie i uwierzę, że tak właśnie chcę powiedzieć, bo tak naprawdę czuję! Nie boję się, mówię swoją prawdę!
Widzę swoje słowa swoje myśli i swoje czucia jak w lusterku. To jest moje „ja” to w środku – w sercu i głowie. Podobne terapie przeprowadzają fachowi terapeuci, więc i ja potrafię poradzić sobie sama ze sobą.
Ten mój list może zawędrować dalej. Możemy go świadomie zaadresować do osoby, która jest dla nas ważna, której te słowa chcemy przekazać, z którą chcemy podjąć dialog. Coś naprawić. Może otrzymamy odpowiedź. Może też będzie to list. Może spotkanie, pogadanie. A może wystarczy podanie ręki, przytulenie bez słów..
Są listy, które piszemy i których nigdy nie wysyłamy. Zapisujemy krótkie myśli, pojedyncze zdanie, czasem ze łzą co spłynęła i rozmazała atrament. I chowamy je do szuflady. Gdzieś w cichy kącik, a potem zapominamy na zawsze o tym. Może kiedyś ktoś trafi na te kilka słów sprzątając szufladę, może zadziwi się ich treścią, pomyśli chwilę. Przez jedną chwilę może te słowa będą dla kogoś inspiracją, dobrym duchem? Słowo ma przecież dużą moc.
Za moich młodych czasów uwielbialiśmy taką piosenkę zespołu „Skaldowie” o listach i listonoszu. Tak to jakoś szło;

„Może ktoś na ten list czeka kilka długich lat
Dostanie go może dziś!
Ludzie listy piszą, zwykłe, polecone
Piszą, że kochają, nie śpią lub całują cię”..

List pisany na korze brzozy. Ma prawie 50 lat i wciąż jest piękny 🙂

Tak, ja wiem, że spojrzycie przewracając oczami, albo popukacie mi w czoło – swoje 🙂 bo przecież w dzisiejszym świecie prawie nikt listów nie pisze. Są szybkie wiadomości e-mailowe, messages, krótkie „tak-nie-może”. Godzina, miejsce, może jakiś epitet miły lub nie bardzo. Wystarczy.
Takie modne słowa, niezależnie od języka, w którym piszemy wiadomość : „cool, amazing, super, siema, nara..”. Nie myślcie, że ja nie korzystam z tych technologii i wygód. A jednak – wierzę w siłę otwarcia swego serca słowem, wrzucenia ciepłej myśli albo chwili rozgoryczenia czy złości na małą karteczkę, nawet gdy nie ma koło mnie adresata tej myśli. Nawet, jeśli wiem, że może nigdy to co czuję do niego nie dotrze. Ale wiem, że umiem nazwać swoje uczucie, wiem, że TO właśnie i TEJ chwili chciałabym powiedzieć.
Niektóre listy przechowujemy przez lata, czytamy dziesiątki razy, często nawet zaczynamy je rozumieć po tysięcznym spojrzeniu na tekst. Są duchem drugiego człowieka, jego stałą obecnością z nami. Są czasem legendą rodzinną, są „posłańcem uczuć” i żywym dowodem jego bliskości.

Pewnie dziś jestem sentymentalna i staroświecka. Ale wcale się tego nie wstydzę. W końcu nie ja na przestrzeni wieków wymyśliłam listy i ich przesłanie. Epistolografia czyli dział literatury zajmujący się utworami napisanymi w formie listów jest ogromny! Zawsze możecie sprawdzić. Filmów podobnie zrealizowanych też mamy do wyboru i do koloru.
Nie jestem więc w tym temacie żadnym odkrywcą. Ale mogę być „przypominajką” – tak, to moje ulubione słowo, kto mnie trochę zna osobiście wie, że dla dobrego zorganizowania, lubię przypomnieć 🙂 Dziś więc przypomnę sobie o pewnym pakiecie pięknie i kolorowo zaadresowanych listów- posłańców uczuć, które leżą przewiązane fioletową wstążeczką w szufladzie małej szafki, o małym pakiecie listów, ostatnich i jedynych, które napisał do nas mój tata w ostatnich miesiącach przed śmiercią, o dziesiątkach terapeutycznych uczuć – wrażeń – myśli – nagłych wdechów i wydechów w głowie, karteczek, które pewnie gdzieś szwędają się w zakamarkach dawno przeczytanych książek, w szufladach, szafach, starych pudełeczkach.


BACK

Dodaj komentarz