3/11/2021
WAKACJE. Takie proste zwykłe słowo. Kiedyś jednak miało dla mnie zupełnie inne znaczenie niż dzisiaj. Kiedyś oznaczało koniec roku szkolnego, zawsze tego samego dnia (24 czerwca), wyjazd z miasta na niemal całe dwa miesiące, bo chociaż wszyscy byliśmy dość biedni, to jakoś nie przypominam sobie, żebym wakacje spędzała w domu. Gdy sięgam pamięcią do wczesnego dzieciństwa, pamiętam, że jeździliśmy z rodzicami do rodziny Mamy, do Gdańska i tam, nad zimnym Morzem Bałtyckim zamieszkiwaliśmy na całe kilka tygodni to u jednej cioci to u drugiej i wraz z moimi kuzynami i kuzynkami mijały nam wspólne wakacje. Nikt przecież nie przejmował się, że mieszkania były małe i ciasne nawet dla jednej rodziny, zresztą oni też odwiedzali nas w Krakowie, w naszym dwupokojowym mieszkaniu, bo Kraków był atrakcją dla dorastających kuzynów, no i był wygodnym przystankiem na trasie do Zakopanego, gdy zamieniali swoje morze na wakacje w górach. Czasem, już nieco później, jeździliśmy do Sianowa, nad jezioro, gdzie jedyny brat Mamy wraz z rodziną miał mały domek tuż przy samym jeziorze. Nie było tam prądu, nie było wody czyli wychodek zbudowany opodal, w lesie.. Za to wszyscy, cała calutka rodzina uwielbiała to miejsce i w różnych konfiguracjach osobowych i w różnym czasie się tam zjeżdżała. W latach późniejszych szczególnie uprzywilejowanymi gośćmi (niemal gospodarzami „wakacyjnymi”) byli tam moi rodzice, którzy zabierali ze sobą nasze dzieci. Tam tata nauczył ich pływać, tam wyznaczył im „granicę”, której nie mogli przekraczać, żeby nie wkroczyli do głębokiej wody, czemu dzieci bardzo się buntowały uważając, że już są wystarczająco dobrymi pływakami i ograniczenia są niesprawiedliwe 🙂 Tam na spacerach Jacek ćwiczył tabliczkę mnożenia z prędkością światła, tam babcia Helenka uczyła ich piosenek o Jasieńku i historyjek o żołnierzu, który zjadł kawałek gorącego chleba, prosto z pieca, dostał skrętu kiszek… i umarł! Do dziś krąży w naszej rodzinie ta „rodzinna legenda” babci Helenki, nawet nasze wnuki się z niej śmieją 🙂
Sianowo to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie mamy ze wspólnych wakacji z rodzicami i naszymi dziećmi.

Często spędzaliśmy też wakacje z rodziną krakowską (od strony taty) w małej wsi Laskowa, niedaleko Limanowej. Ach, to była wolność! Od rana do nocy biegaliśmy sami po polach i łąkach, nad rzeką o nazwie Łososina, mieliśmy po 10-12 lat i nikt nas nie sprawdzał, nie pilnował, nikt nie interesował się co robimy. Nasze Mamy robiły na obiad tonę pierogów z jagodami i gęstą wiejską śmietaną, albo młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem w glinianym garnku, bardzo zimnym, prosto z piwnicy. Przynosiły nam w dużych koszach nad rzekę, żebyśmy nie tracili czasu na powrót do domu. Wracaliśmy na kolację, zjadaliśmy ogromną pajdę wiejskiego chleba z wiejskim masłem posypaną cukrem i biegliśmy bawić się w podchody, bo ta zabawa, o zmroku, z latarkami była fantastyczna. Przywoływała strachy, duchy i mnóstwo emocji. Następnego dnia mogliśmy o tym opowiadać godzinami dodając oczywiście wiele dodatkowych efektów „specjalnych”.
Kiedy byłam nieco starsza zaczęły się moje wakacje zuchowe i harcerskie i wtedy już całkowicie pochłonęły mnie namioty, plecaki, wędrówki, nocne alarmy, gry terenowe. Nie było bardziej ekscytującej wersji wakacji. Szczególnie, gdy szybko zaczęłam awansować i zostałam przyboczną, a potem drużynową i sama zaczęłam pełnić funkcje instruktorskie na obozach i koloniach zuchowych. Przygotowania programowe, organizacyjne, dyskusje – wszystko to było jak drugie, to „najważniejsze” życie nastolatki.
No i to już były wakacje bez rodziców. Samodzielność choć tak naprawdę zawsze mieliśmy dorosłych instruktorów wokół nas, mnóstwo reguł i regulamin harcerski, które trzeba było przestrzegać.
Mimo to, Gdańsk i moja rodzina mieszkająca tam, morze, które uwielbiałam i do dziś uwielbiam, wciąż mnie przyciągało. Każdego roku znajdowałam trochę czasu, żeby i tam zawędrować. Zwłaszcza, gdy poczułam buzujące hormony 16-latki, moi nieco starsi kuzyni zaczęli imponować mi zabieraniem mnie do Non-Stopu, najmodniejszego wówczas klubu na wolnym powietrzu, tuż przy molu w Sopocie i do innych podobnych modnych wakacyjnych miejsc.
Wakacyjne przygody, wakacyjna pierwsza miłość, wakacyjna muzyka modnych zespołów, nocne włóczęgi (bo z kuzynami mogłam!) i jeszcze ciągłe wizyty i przedstawienia w Teatrze Wybrzeże (kochana ciocia pracowała tam, więc często mnie zbierała ze sobą na letnie przedstawienia. Znałam teatr od drugiej strony kurtyny, aktorów i życie, które mnie tam fascynowało!)
Tam po raz pierwszy oglądnęłam „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej i zakochałam się w tym spektaklu na zabój. Tak bardzo, że po wielu wielu latach (w 2002 roku) tu w Houston, na podstawie tamtego tekstu zrobiłam przedstawienie pt. „Świat nie jest taki zły”.
A gdy kilka tygodni temu, oglądając serial „Osiecka” zobaczyłam fragmenty oryginalnego warszawskiego spektaklu „Jabłoni”, ze wzruszenia odjęło mi mowę a dusza uleciała na moment do nieba..
Mój ojciec uwielbiał podróże. A w tamtych czasach proste to nie było. To on nauczył nas, że świat jest wielki i warto szukać sposobów, by wiedzieć i widzieć jak najwięcej. Od codziennych spacerków po krakowskich plantach, od wyjazdów niedzielnych do Zakopanego, Lanskorony, nad jeziora, w górki, aż do wycieczek zagranicznych do Jugosławii (tak, wtedy to była JUGOSŁAWIA!), Bułgarii, Austrii, Rumunii. I tylko moje pokolenie wie jak te wycieczki wyglądały.
O paszport trzeba było składać podanie i czekać – nie wiadomo jak długo i nie wiadomo czy się uda i nie wiadomo od czego/kogo to będzie zależało.. Ale tata każdego niemal roku próbowal i jakoś miał szczęście. Potem następowały długie przygotowania do wyjazdu, zakupy, pakowania, upychania, bo przecież nie mieliśmy porządnego sprzętu turystycznego, pieniędzy, jechaliśmy starym samochodem, jakąś Skodą albo Trabantem, albo Syrenką. Ostatnie lata wspólnych wyjazdów to już polskim Fiatem 125 i wtedy uważaliśmy to za duży luksus.
Jedzenie robiliśmy w słoikach, jak tradycyjne „weki”, skupowaliśmy konserwy gdzie się dało (przecież niczego nie było w sklepach!) i o ogóle dziś nie mogę sobie ani przypomnieć ani wyobrazić jak za każdym razem udało nam się to wszystko wpakować do auta i jeszcze upchać nas – cztery osoby! No i przetrwać taką podróż przez trzy – cztery tygodnie bez cienia wątpliwości, że to trudne, niewygodne, warte takiego wysiłku. Byliśmy szczęśliwi, zwiedzaliśmy co tylko było możliwe i w zasięgu naszych możliwości (też finansowych). Spaliśmy na campingach, na przypadkowych polach, czasem ktoś za niewielką opłatą pozwolił nam skorzystać ze swojego ogródka, a nierzadko po prostu była to przydrożna zatoczka, bo już nie było siły na szukanie czegoś innego późną nocą.
Podobnie podróżowaliśmy już jako małżeństwo, z naszymi małymi dziećmi, różnica była tylko taka, że pakowaliśmy się do… „Malucha” czyli Fiata 126 i też się dało. Na zasadzie: Polak potrafi, a młodość nie zna przeszkód. Rok przed wyjazdem do Ameryki w taki sposób objechaliśmy z dziećmi kawał południowej Europy: od Związku Radzieckiego poczynając (tak, jeszcze wtedy był Związek Radziecki..) poprzez Rumunię, Bułgarię, Turcję, Grecję, Jugosławię i wróciliśmy przez Austrię (ach, ten wiedeński Prater- park rozrywki i McDonald, cudowne atrakcje dla polskich dzieci!) i Czechosłowację do domu. Nic nie było w stanie nas zniechęcić, ani niewygoda podróżowania, ani kilometrowe kolejki na granicach i wielogodzinne czekanie na ich przekroczenie, ani sposoby traktowania nas. Gdy dziś o tym wszystkim myślę i gdy uświadamiam sobie, że mogliśmy się w tamtych czasach śmiać z tego i być szczęśliwymi, to podziwiam naszą odporność. Odporność na nienormalność, która po prostu była codziennością i.., normalnością. I cieszę się, że ten blog piszę po polsku i że czytają go Polacy, bo myślę że innym trudno byłoby te zjawiska wytłumaczyć. Choć – mam też wątpliwości czy moje wnuki i inni młodzi to rozumieją 🙂
Bakcyl podróży był tak silny w mojej rodzinie, że podłapał go mój mąż i nasze dzieci. I tak trwa do dzisiaj. Tylko, że dziś od wielu lat podróże, wakacje to jakby zupełnie inna bajka!
O podróżach po Świecie moich, a jeszcze więcej moich dzieci i wnuków można by pisać miesiącami, ale nie w tym rzecz. To nie blog podróżniczy.
W tym dzisiejszym fragmencie chciałam sięgnąć w mojej pamięci do tej „szufladki” w głowie, w której ukryła się i zachowała na całe życie potrzeba zwiedzania Świata, poznawania nowego, nieznanego, spotykania ludzi, przyrody, przeszłości i przyszłości Ciągnie nas „gdzieś”, niezależnie ile mamy lat, ile mamy pieniędzy, jak różne mamy zainteresowania. Wciąż jeszcze czeka na nas coś nieznanego. Wydaje mi się, że zwiedziłam ogrom Świata, tyle krajów na niemal każdym kontynencie, a jednak wciąż jestem nienasycona i wiem, że mogłabym tak planować podróżować do końca świata..
Na szczęście – życie jest też wyborem. Zawsze pozostaje COŚ przed nami.
Jest wiele dróg nieznanych, które na nas czekają..
No, i innym też trzeba zostawić miejsce i inicjatywę 🙂
