Fiołkowo i fioletowo

3/6/2021
„W marcu jak w garncu” – pamiętacie takie polskie przysłowie? O tej porze roku czekaliśmy już z utęsknieniem na wiosnę. Jeszcze zimno, jeszcze często śnieg i plucha, a już bywały dni, kiedy słońce nagle przygrzewało tak mocno, że rozpinaliśmy płaszcze zimowe i niemal tańczyliśmy z radości na ulicy ciesząc się podmuchem wiosennego zapachu. Najbardziej lubiłam jak mama wracała rano z rynku kleparskiego w Krakowie i przynosiła bukiet pierwszych tulipanów albo pięknych żółtych żonkili. Mama zawsze miała „świetną rękę” do kwiatów ciętych, do wazonu. Cokolwiek by postawiła, zawsze pięknie się rozwinęło, kwiaty zawsze stały świeże i rozkwitnięte dłużej niż u kogokolwiek innego.
Nigdy nie trzymała i nie hodowała kwiatów doniczkowych, ale zawsze miała w domu kwiaty świeże. Wymieniała je co kilka dni. O każdej porze roku. Nawet jeśli to miały być tylko bazie czy gałązki suszonych zbóż.
Kwiaciarki na Rynku krakowskim też zawsze miały świeże kwiaty. Nawet w zimowe mroźne dni najpiękniejsze róże można było kupić pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Krakowska kwiaciarka zawsze miała kwiatka, często nawet dla tych, co biegli późnym wieczorem na spóźnioną randkę i koniecznie potrzebowali kwiatka na przeprosiny za to spóźnienie…
Kwiaciarka spełniała najwymyślniejsze pomysły i pragnienia klienta i układała piękne bukiety, mieszała różne kwiaty, zielone łodygi i kolorowe wstążki. Kiedy przyjechałam do Ameryki byłam zaskoczona, że bukiet kwiatów jest tak nieciekawy, że każdy jest.. taki sam, że nie ma duszy i pomysłu, że nie ma tchnienia, który ja widziałam i czułam w bukiecie kwiatów od wczesnego dzieciństwa.
Najbardziej kochałam małe bukieciki wiosennych fiołków. Pachnących tak silnie i tak wyjątkowo, że do dziś rozpoznałabym ten zapach na końcu świata. Kiedy byłam już razem z Wackiem, moim przyszłym mężem, dostawałam fiołki gdy tylko pierwszy bukiecik pojawił się na straganie krakowskim. Niestety, fiołki są delikatne, krótkotrwałe – może dlatego tak piękne, wzruszające i ulotne. Za to potem pojawiały się pierwiosnki, tulipany, konwalie, bzy, piwonie. Każde miały swój jedyny i niepowtarzalny urok. Każde pachniały inaczej. I te zapachy są głęboko w mojej pamięci. Głębiej niż sam obraz.
Mieliśmy taką swoją ulubioną kawiarenkę. W tamtych czasach wczesnych lat 70-tych rzadko chodziliśmy do restauracji. Te naprawdę dobre były drogie i niedostępne dla nas, młodych. Zresztą nie było w modzie chodzić do restauracji, nasi rodzice także nie chodzili, raczej spotykali się ze swoimi przyjaciółmi w domach. A te tańsze.. no cóż – nie miały dobrych opinii, uchodziły raczej za speluny z podejrzaną klientelą i ogromną ilością wypijanej tam wódki w najgorszym gatunku.
Za to kawiarnie, cocktail bary były bardzo popularne.
Na ulicy Kazimierza Wielkiego była mała kawiarenka, która wydaje mi się, że nawet.. nie miała nazwy. To znaczy – może nie pamiętam.. ale wiem, że my nazywaliśmy ją „Fioletowa Przystań”. Trochę od moich ukochanych fioletowych fiołków (wtedy wszystko, co było fioletowe wydawało mi się piękne i wyjątkowe!) a trochę dlatego, że przypominam sobie tam lekko fioletowe oświetlenie. Nie wiem czy był to neon, czy lampa z taką poświatą, dość, że tak zachowałam to miejsce w pamięci, jako przytulne, fioletowe, cieplutkie. Było tam kilka małych okrągłych stolików, mała lada przy bufecie i dwie przemiłe panie, które tę kawiarnię prowadziły. Zamawialiśmy tam kawę z bitą śmietanką i chyba czasem jakieś ciastko do tego (sernik, bezę a może kremówkę??) ale najbardziej uwielbialiśmy filiżankę czerwonego barszczyku z krokietem. Ten barszczyk miał niezwykły smak. Tylko tam w tej kawiarence tak smakował barszczyk czerwony! I ten krokiecik, czy może rogalik – bo taki kształt miał ten krokiet, nadziewany mięsem albo grzybkami.
Przychodziliśmy tam dwa, trzy razy w tygodniu choć zupełnie było nam to nie po drodze i choć trwało nie więcej jak trzy cztery lata – jest to jedno z najpiękniejszych wspomnień o miejscach mojej młodości.

Nie wiem czy też macie takie przemyślenia, ale ja myślę, że zapachy i smaki są najmocniej zapamiętywanymi odczuciami w głowie człowieka.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno te wrażenia osadzają się w naszej pamięci i świadomości. Po wielu wielu latach, w bardzo niespodziewanych okolicznościach smak czy zapach potrafi przywrócić nam pamięć tak jednoznacznie, że nie mamy wątpliwości, skąd to pamiętamy.

Nasz ślub kościelny odbył się 7 września. Nie jest to miesiąc, kiedy kwitną fiołki. Ale ja, jak to każda panna młoda, wymarzyłam sobie mieć suknię koloru fiołkowego (niestety, nie udało się, bo moja kochana przyjaciółka Ania, brała ślub rok wcześniej i to ona spełniła to marzenie 🙂 W tamtych czasach taka była moda, że byłyśmy „zbuntowane” i nie chciałyśmy mieć tradycyjnych białych sukien, tylko kolorowe, nie chciałyśmy welonów tylko kapelusze, toczki itp. Byle nie tradycyjnie! No i odpuściłam fiołkową suknię ale uparłam się na fiołki i – wyobraźcie sobie, że (do dziś nie wiem w jaki sposób!!) ale miałam fiołki, świeże dopięte do pomarańczowego kapelusza (a jakże, tak jak chciałam!) i delikatno-pomarańczową prostą, ale elegancką długą suknię. Bukiet był z kwiatów mieszanych z dodatkiem fiołków, a ułożyła go z pewnością czarodziejka – krakowska kwiaciarka! (ale… tego to już tak do końca nie jestem pewna) 🙂 🙂


BACK

Dodaj komentarz