Skąd przychodzi pasja?

3/‎4/‎2021
Zawsze fascynował mnie teatr i film. Pamiętam takie małe kino niedaleko naszego domu, chyba nazywało się Mikro, a może całkiem inaczej.. musiałam być bardzo małą dziewczynką, bo pamiętam, że tam właśnie po raz pierwszy oglądnęłam film o Jasiu i Małgosi i tak do mnie silnie przemówił, że zapragnęłam mieć własnego.. braciszka, Jasia. No i go „dostałam :). Miałam wtedy cztery lata.
Mieszkając w Krakowie miałam łatwy dostęp do kin i do teatrów, zwłaszcza, że mieszkaliśmy w samym centrum, może 7-10 minut spacerkiem do Rynku. Niemal każdego dnia gdzieś tam w okolicy plątałam się z koleżankami. Gdy byłam już w liceum okazji do takich spacerów było mnóstwo! Każdy przecież umawiał się na spotkanie, na randkę pod Sukiennicami, pod „Adasiem”, wpadał do księgarni, do Noworolla, który przecież był od zawsze w tym samym miejscu, a kiedy byliśmy już „doroślejsi” – przychodziliśmy na kabarety do Piwnicy pod Baranami, zaglądaliśmy (przez okna :)) „Pod Jaszczury”, choć ja akurat nie byłam fascynatką tego miejsca nawet już będąc studentką.
Moja Mama, oprócz tego, że była w swojej pracy księgową, pełniła jeszcze funkcję spoleczną „ka-o-wca” czyli kulturalno-oswiatowej. (jeśli chcecie coś o tym wiedzieć więcej, to już teraz odsyłam was do jednej ze sztuk Agnieszki Osieckiej z cyklu „Listy śpiewające”, pt. „MINY DO LUSTRA”, którą nasz młodzieżowy teatr houstoński wystawił w 2001 roku. Tam właśnie postać ówcześnie ważnego KO-wca (sama już nie wiem jak to powinnam dziś poprawnie pisać 🙂 w polskich przedsiębiorstwach, szkołach i wszelkich miejscach pracy, a zwłaszcza w ośrodkach wczasowych, sanatoriach, została przez Osiecką nakreślona bardzo przekonywująco i… satyrycznie. Jeszcze kiedyś tu do tego wrócę)
Tak więc, Mama jako bardzo zaangażowany KO-wiec (naprawdę lubiła swoją dodatkową funkcję społeczną!) wśród wielu innych rzeczy i wydarzeń, które organizowała, dostawała też każdego miesiąca bilety do teatru i opery. I – jak się łatwo domyślić, nie mogła znaleźć zbyt wielu chętnych na te imprezy. W ten sposób ja stałam się niemal stałą bywalczynią różnych krakowskich teatrów, i w dodatku zawsze miałam dobre miejsca w jednym z pierwszych rzędów. Byłam wiernym obserwatorem i podglądaczem aktorskich poczynań. Natomiast opery odbywały się w niedzielę w południe w pięknym i słynnym teatrze im J. Słowackiego i do dziś pamiętam atmosferę i uczucie zapierania oddechu, kiedy patrzyłam na słynną kurtynę Henryka Siemiradzkiego. Kiedyś, jako nastolatka umiałam wiele o tej kurtynie opowiedzieć. W ten sposób oglądnęłam niemal wszystkie najważniejsze i słynne opery, bo teatry krakowskie w czasach komuny były bardzo ambitne i miały się czym pochwalić. Wystarczy wspomnieć słynne „Dziady” w teatrze „Starym”.
Życie moich młodych lat co chwilę ocieralo mnie o sztukę. W kinach – szalałyśmy z Niną na punkcie filmów Bergmana, Woody Allena, Pollaca czy Andreja Tarkowskiego. Mogłyśmy uciekać na wagary niemal co drugi dzień, by tylko jakoś dostać się do kina „Sztuka”, gdzie zawsze grali coś wyjątkowego.
Każdego roku wykupywaliśmy karnety na Konfrontacje, które wcale niełatwo było dostać w tamtych czasach – był to przegląd najnowszych filmów zachodnich danego roku. Niektóre seanse odbywały się o 2 w nocy i często lektor czytał tłumaczenie dialogów na żywo. Ach, jakież to były przeżycia intelektualne. I emocjonalne!
Kiedy już zamieszkałam w Sosnowcu (tak, życie przynosi różne niespodzianki..) i po kilku latach zaczęłam pracować w Liceum, moja przygoda z teatrem przerodziła się w działalność „szkolnego reżysera” ( widać geny KO-wca gdzieś się przemyciły 🙂 i zaczęłam od czasu do czasu, gdy była ku temu okazja – robić różne małe kabarety, teatrzyki, zabawne scenki, degresje teatralne. A to w czasie studniówki, a to z okazji czyjś imienin, a to Dzień Nauczyciela, a to zakończenie roku szkolnego i pożegnanie uczennic. Zawsze coś się działo, zawsze coś wpadło do głowy, zawsze mnie to bawiło, dawało satysfakcję i poczucie, że życie toczy się w dwóch wymiarach: w rzeczywistości, która bywała różna i w wyobraźni, która może szaleć do woli, jak się chce i na ile jej się pozwoli.
Aż pewnego dnia, jak to w życiu bywa – zawierucha i kolejna niespodzianka – rok 1990 i niewinny wyjazd, jak mi się zdawało, wakacyjno-turystyczny do Ameryki.
Houston. Miasto, z którym kojarzyłam tylko trochę wieści o NASA i z faktem, że mój mąż dostał pracę na Uniwersytecie Rice.. na chwilę. No i ta chwila trwa już ponad 30 lat. A ja, przeszłam metamorfozę zawodową, która jako „skutek uboczny” przyniosła mi doświadczenie teatralne, całkowicie społeczne, a społeczności i młodzieży polskiej trochę zabawy i chyba dużo wrażeń i przeżyć literackich.


BACK

Dodaj komentarz