3/10/2021
Te dwie książki stały się w latach szkoły średniej moją najważniejszą biblią życiową tamtego czasu. Zawsze lubiłam przedmioty humanistyczne, w przedmiotach ścisłych byłam przysłowiową „nogą”. Inne – biologia, chemia czy języki- średnio, „na jeża”. Nauczyciela historii mieliśmy fantastycznego choć .. hmm – nieco dziwnego. Lwowiak z pochodzenia, posiadał wielką wiedzę, niekoniecznie akceptowaną przez ówczesny szkolny system (i państwowy też) 🙂 i tę wiedzę przekazywał nam uczniom w równie niekonwencjonalny sposób. Dłłłłłłuuugggooo by o tym opowiadać, do dziś mnie fascynuje, co nasz profesor miał w swojej głowie w sprawie sposobu nauczania. Faktem jest, że nauczyć potrafił. Więcej o tym mogłaby powiedzieć moja przyjaciółka Nina, która jakoś ten jego system szybciej chwyciła, podobnie jak całą historię, tak dogłębnie, że w końcu ukończyła historię na uniwersytecie i wspaniale przez lata swojej profesjonalnej kariery kontynuowała tradycję naszego profesora.
Ale to nie on zafascynował mnie historią Powstania Warszawskiego, choć on pierwszy rzucił w klasie zakazaną wówczas nazwę Katyń.. Wiele nam wyjaśnić nie mógł, ale raz rzucone ziarno kiełkowało dalej. Jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najbardziej, szczególnie młodym ludziom.
Kiedy obie z Niną znalazłyśmy się w kręgu instruktorskim Harnasi (my dwie dziewczyny a reszta grupy instruktorskiej to chłopaki na czele z „Szefem” czyli szczepowym) szybko zorientowałyśmy się, że przyjaźń tej grupy jest niezwykła nie tylko dlatego, że łączy ich harcerska wspólna działalność, ale jest w tym coś więcej. Coś, co było jakąś tajemnicą, emocjonalną, „męską”, pozytywną siłą, której i my chciałyśmy doświadczyć. Powoli (oj, bardzo powoli…) wchodziłyśmy w ten krąg i z czasem zrozumiałyśmy, że Szef stworzył piękną tradycję. Zakazaną oficjalnie w tamtych czasach w szeregach harcerstwa polskiego, ale niezapomnianą przez takich instruktorów jak nasz Szczepowy. I powiem, że nie był on jedynym takim instruktorem. Człowiekiem, który pamiętał i pielęgnował tradycje Szarych Szeregów. Tradycję Harcerstwa, które zapisało najpiękniejszą kartę swej działalności i swego istnienia w czasie Powstania Warszawskiego. I choć dziesiątki, setki historyków wypowiedziało się już na temat tego powstania – jedno jest dla mnie pewne i niepodważalne – to co zrobili dla Polski mali harcerze przenoszący meldunki pod murami płonącej Warszawy, sanitariuszki czy wreszcie młodzi chłopcy jak Rudy, Alek czy Zośka i wielu wielu innych walczących w Szarych Szeregach byli dla nas bohaterami i drogowskazem młodzieńczego życia.
Szef wykorzystywał każdą okazję, każdą rocznicę, żeby nas nauczyć tej historii, szacunku i patriotyzmu młodych i wyjątkowych harcerzy. Na obozach, każdego roku, 1-go sierpnia, przemykaliśmy się w małym instruktorskim gronie do lasu, gdzie wcześniej Szef przygotowywał naprędce ułożony i postawiony krzyż, zazwyczaj brzozowy, na nim wisiała malutka kopia zdjęcia Tadeusza Kamińskiego – pseudonim „Zośka” i w ciszy i skupieniu wysłuchiwaliśmy fragmentów owych najważniejszych książek o akcjach batalionu Zośka, niesamowitych wyczynach Rudego czy Alka. Słowa takie jak: konspiracja, Wawer, podziemie – to była nasza życiowa harcerska encyklopedia. Byliśmy wtedy pod jej wielkim wrażeniem.
Z czasem nasze drogi rozeszły się, co nie znaczy, że kontakty urwały się. To, czego nauczył nas Szef zostało głęboko w pamięci, ale – jak to w życiu, nowe tematy, nowe sprawy zawładnęły moją głową i sercem. Działo się dużo.
Aż przyszedł taki moment, już w Houston, w 1995 roku. Uczyłam już pięć lat w polskiej szkole sobotniej, a raczej już wtedy w Ognisku Polskim. Moje „małe” dzieci zaczęły nieco dorastać i trzeba było wymyślić nieco inną formę szlifowania języka polskiego. I tak powstał (jeszcze nieśmiały…) pomysł spróbowania sił teatralnych. Wymyśliłam wystawienie sztuki (och! to przesadnie wielkie słowo! po prostu przedstawienia, niemal takiego zwykłego szkolnego..), którego tematem miało być Powstanie Warszawskie!
Wrócił sentyment do tematu, potrzeba przekazania polskiej młodzieży w Ameryce garstki tej fascynującej historii, zarażenia ich choćby na chwilę tym, czego ja doświadczyłam w swojej młodości. Wybrałam materiały (a jakże, oparłam je także na moich ikonowych książkach!), dodałam własne opracowanie scenariuszowe no i oczywiście piosenki Powstania Warszawskiego, które niemal wszyscy choćby częściowo znali. Wtedy były już coraz bardziej popularne. Któż nie lubiłby posłuchać „Pałacyku Michla Wola” czy „Nie grają nam surmy bojowe” albo „Warszawskie dzieci” czy „Mała dziewczynko z AK”..
I wiersze. A, ileż pięknych wierszy napisano na ten temat! Młodzi poeci, nieznane nazwiska, ale piękne, do bólu szczere i prawdziwe słowa ujęte w strofy wierszy. Nie pominęliśmy też Baczyńskiego. Wszystko to okrasił ładnym wstępem historycznym nasz dobry Ogniskowy przyjaciel (już śp.) Tadeusz Burzyński.
I choć przedstawienie odbyło się w wynajętej sali gimnastycznej małej szkoły, dekoracja była bardzo prosta (powiedziałabym.. prymitywna, ale zrobiona własnymi rękami) a w dość już gorący kwietniowy dzień w Houston nagle zepsuła się w środku budynku.. klimatyzacja – przedstawienie i tak było pierwszym UDANYM debiutem Teatru Ogniskowego, od którego zaczęły się następne, coraz lepsze pomysły.
Jeszcze raz wróciliśmy na scenie do motywu Powstania Warszawskiego, ale już dużo później i w innym wymiarze.
Ale o tym będzie przy innej okazji.




