To co z tymi mijankami?

3/8/2021

Kto z nas nie lubi klocków lego!? Każdy kiedyś (dziś też!) coś z nich budował i miał pomysł na własny projekt. W życiu podobnie. Wymyślamy, marzymy, budujemy, dążymy. Udaje się albo nie.. Ludzie mówią, że jak bardzo bardzo chcemy, to osiągniemy to. Wiara czyni cuda. Cuda są albo nie.
Są też przypadki – dobre i złe. Są decyzje – mądre albo chybione, choć bardzo chcieliśmy, żeby się udały. Tak naprawdę, nie wszystko w życiu zależy od nas samych, choć staramy się być “kowalem swego losu”. Czy oglądaliście film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”? Jeśli tak, to wiecie o czym myślę w tym momencie. Nasza myśl, nasza decyzja jest jedna, droga, którą znajdujemy wydaje się być jedna, nasze serce jest takie same – a w tym samym momencie dzieją się wokół nas najdziwniejsze zdarzenia, na które nie mamy wpływu, ale one na nas – tak. I to one właśnie zmienią nasze życie. Czy chcemy czy nie.
Tylko dlatego, że moja mama jako jedyna ze swojej całej rodziny wyszła za mąż za „Krakusa” i wyjechała z Gdańska, ja urodziłam się w Krakowie. Moje 21 szczęśliwych lat toczyło się w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, w samym centrum, tuż przy krakowskim rynku. Szkoła podstawowa, Liceum Sobieskiego, Uniwersytet Jagielloński, to najlepsze szkoły krakowskie. Wszystko poukładane, toczyło się planowo i niemal wiedziałam co z moim życiem będzie dalej… aż tu nagle po pierwszym roku studiów wyszłam za mąż i wyjechałam do… SOSNOWCA! Każdy, kto usłyszał tę wieść, patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami i krzyczał: „oszalałaś! z Krakowa do Sosnowca!? Co to za zamiana? Dlaczego??” A ja z lekkością i absolutnym przekonaniem, że tak ma BYĆ odpowiadałam: bo tam będzie teraz moje życie, mój nowy „życiowy blok klocków lego”
Nie będę się rozwodzić co i jak zdarzyło się potem. Jak bardzo to życie zmieniło się w sensie „technicznym” – organizacyjnym, jak zupełnie innym światem okazało się Zagłębie Dąbrowskie (a ja, naiwna i głupia, myślałam, że Sosnowiec to jest po prostu: Śląsk! ). Moje życie było wciąż moje, ale już nie moje, krakowskie.
To był zupełnie inny świat, w którym wszystko (absolutnie wszystko!!) było dla mnie nieznane, choć ludzie mówili tym samym języku (no,chyba, że ktoś nagle zaciągnął gwarą śląską..)
Nagle wszystko było daleko, musiałam zacząć jeździć autobusami i tramwajami, podczas gdy w Krakowie niemal wszędzie mogłam dojść na piechotę. Obce sklepy, obce urzędy, moje samodzielne decyzje, inni ludzie, inna uczelnia, gdzie każdy budynek był w innym miejscu, ba – nawet innym mieście. Sosnowiec, Katowice, Będzin, Szopienice, Czeladź, Zabrze, Gliwice. Trudno uwierzyć, ale dla mnie mimo, iż miałam ponad 21 lat wszystko to stanowiło niemal zerową wiedzę geograficzną! Nie potrafiłam odróżnić Zagłębia od Śląska.
Pamiętam taki moment – mieszkałam już w Sosnowcu może pół roku, czekałyśmy z koleżankami na przystanku przed akademikiem, gdzie była mijanka tramwajów (tak, tak! tramwaje miały tylko jeden tor i na przystanku ten tor rozdzielał się na dwa. W związku z tym tramwaj, który przyjechał pierwszy musiał czekać na ten z przeciwnej strony, żeby mogły się minąć i pojechać dalej). Czekamy więc i czekamy, robi się coraz zimniej a ja zła i zmarznięta rzucam ze złością: „Beznadziejne te śląskie mijanki!” A tu jedna z moich koleżanek z pełnym wielkim oburzeniem „Na ŚLĄSKU nie ma mijanek!”. Popatrzyłam na nią zdziwiona, nic nie zrozumiałam o co jej chodzi, ale też już nic nie pytałam, bo właśnie nadjechał z naprzeciwka oczekiwany tramwaj. Hmm.. Zeszło mi wiele miesięcy, żeby zrozumieć o co poszło… że Śląsk, to nie Zagłębie, że Sosnowiec, to nie Śląsk i że w ogóle to duży błąd mylić takie pojęcia, że to dawny historyczny konflikt itd, itd.. Ale tak naprawdę ludzie żyli z sobą zgodnie i wiele z tych niby „konfliktów” było tylko przyczynkiem do śmiesznych opowiastek. Przez następne 16 lat nauczyłam się dość dokładnie całej historii i przysłuchiwałam się im z dystansu i z uśmiechem.
Sosnowiec stał się dla mnie… piękny! I nie dlatego, że miasto mnie urzekło, ale dlatego, że miasto to LUDZIE. Spotkałam ludzi, którzy sprawili, że pokochałam to miejsce i moje 16 lat życia aż do wyjazdu do Houston nabrało sensu i ogromnego kolorytu. Tam skończyłam studia i pracowałam jako nauczycielka polonistka i pokochałam tę pracę całym sercem, choć mówią że “uczenie cudzych dzieci to ciężki kawałek chleba”. Tam urodziły się moje dzieci i właśnie w Sosnowcu zbudowaliśmy naszą rodzinę.
Najpierw poznałam fajne koleżanki na zajęciach na uczelni i w akademiku (nigdy wcześniej nie mieszkałam w akademiku, to była dla mnie nowość!), potem pewnego dnia otworzyłam drzwi akademikowego pokoiku i pojawiła się Łucja i Piotr, potem Teresa, która znalazła się w nowej pracy mojego męża a już wcześniej przez pięć lat studiowała z nim w Krakowie, a potem inni. Wszyscy tak szybko zaprzyjaźniliśmy się, że stanowiliśmy niesamowicie zgraną paczkę przyjaciół na dobre i na złe. Byliśmy fascynatami literatury polskiej i rosyjskiej, dyskutowaliśmy o tym w mniejszych czy większych grupach niemal całymi nocami, rodziły się idee solidarnościowe, wzbierała się energia, rosły marzenia o lepszym życiu. Graliśmy namiętnie w brydża, gotowaliśmy we wspólnej akademikowej kuchni, a kiedy urodziła się nasza córka Kasia, i trzeba było prać pieluchy z tetry (kto to pamięta?) w publicznej pralni na korytarzu, to do pralni przenieśliśmy stolik i dalej kontynuowaliśmy brydża przy dźwiękach pralki, a czasem nocnym wrzasku niemowlaka.
Sosnowiec miał wtedy specjalny status miasta Gierkowskiego (w końcu tam się urodził nasz ówczesny przywódca) a takie instytucje jak np. Uniwersytet Śląski były szczególnie preferowane i dzięki temu pracownicy naukowi dostawali mieszkania spółdzielcze dużo szybciej niż w innych miastach. W ten sposób po niespełna czterech latach oczekiwania otrzymaliśmy wymarzone własne trzypokojowe mieszkanie w dużym blokowisku, niedaleko uniwersytetu, które wprawdzie trzeba było zacząć “urządzać” od szorowania podłóg i zdrapywania farby z szyb, ale za to radość z faktu jego posiadania była tak ogromna, że kiedy wylewając setne wiadro brudnej wody do kibla po myciu kolejnego kawałka podłogi, spuściłam ją wraz ze złotym pierścionkiem, który ześlizgnął się mi z palca, nawet się tym za bardzo nie przejęłam..
Zmieniło się nasze życie akademikowe na bardziej rodzinne i „normalne”, ale przyjaźnie i spotkania kwitły nadal niemal każdego dnia i wieczora (nie wyłączając nocy) i wiele z nich pozostało do dziś choć oczywiście w innej formie.
Budujemy kolejny “blok życia”, ale o tym już innym razem…


Nasze sosnowieckie mieszkanie, na ósmym piętrze. Zdjęcie od lewej, pochodzi z lat 80-tych, zrobione od strony wejścia na klatkę schodową. Po prawej- nasz blok w roku 2019, kiedy to po raz pierwszy po 25 latach patrzyłam na niego z równie dużym wzruszeniem jak wiele lat wcześniej. Zdjęcie pokazuje stronę od głównej ulicy, gdzie każde mieszkanie miało swój balkon. Niestety, była bardzo głośna, ale kto by się takimi drobiazgami wtedy przejmował 🙂


BACK

Dodaj komentarz