3/2/2021
W kalendarzu polskim dziś są imieniny Heleny. Helenki. Imieniny mojej Mamy.
To był zawsze ważny dzień dla mnie. Dopiero niedawno zaczęłam zastanawiać się, jak to właściwie było w tej polskiej tradycji?..
Kartka z kalendarza przypominała rodzinie i przyjaciołom o dniu imienin, ale osoba, której imieniny tego dnia były sama musiała się na te imieniny przygotować. Chyba, że to był facet to wtedy biegała i przygotowywała mu wszystko żona – takie czasy.. Kilka dni wcześniej robiła plany, biegała po sklepach, zdobywała produkty, potem piekła, gotowała, sprzątała i czekała na swoich gości. Nigdy do końca nie było wiadomo kto naprawdę będzie pamiętać, kto wpadnie tylko na chwilkę, a kto tradycyjnie odsiedzi cały wieczór.
Tradycją było nie przenosić celebracji na inny dzień tygodnia, nie zapraszać specjalnie gości, tylko oczekiwać, że goście pamiętają i z potrzeby serca przyjdą z życzeniami, kwiatami, prezentem czy – do panów zwłaszcza – z półlitrówką wódki czy koniakiem. Mieszkania były małe, stoły zazwyczaj okrągłe, a wszystko co trzeba mieściło się na nich. Wszystko, to znaczy – zimne zakąski, kiełbaski, szyneczka (a jakże, zawsze jakoś się ją zdobyło!) pasztet własnej roboty, nóżki w galarecie, nierzadko bigos czy flaczki. Dopiero nieco później, już w latach 70-tych, jeśli dobrze pamiętam, Mama spróbowała takich innowacji kulinarnych jak leczo z papryki czy schab ze śliwkami. Zresztą…różnie przyjętych przez panów z konserwatywnymi podniebieniami 🙂 Na deser obowiązkowo był sernik (palce lizać!), czasem tort orzechowy, mama piekła też pączki, bo bywało, że jeszcze zahaczyło to o czas karnawału albo pyszne francuskie rogaliki z różanym nadzieniem.
No i wódeczka, bo któż piłby co innego w owych wódkowych czasach.
Nieco później, gdy moi rodzice, a zwłaszcza tata zaczął podróżować do Jugosławii (dziś już byłej) przywoził koniak w wielkiej butelce o nazwie CEZAR. Wtedy podawał go deseru i była to duża efektowna uczta dla gości. Miałam może 16-17 lat kiedy i ja dostałam maleńki kieliszeczek do spróbowania. Pamiętam oburzenie cioci Kazi, jak to można dziecku!! dać alkohol, ale tata powiedział wtedy, że lepiej bym pierwszy raz spróbowała jak smakuje alkohol w domu pod okiem rodziców, niż gdziekolwiek indziej. Zapamiętałam dobrze ten moment i rzeczywiście nigdy potem nie miałam żadnych ciągotek do picia alkoholu po kryjomu, na prywatkach.
Później, już w pełnoletności polubiłam te małe koniaczki z rodzicami wieczorem, przy oglądaniu filmów czy rozmowach, choć nie zdarzało mi się to zbyt często.
Jako dziecko, no może dziewczynka w 5 czy 6 klasie starałam się przygotować coś dla Mamy na jej imieniny prezent – niespodziankę.
Już wtedy lubiłam prezenty wymyślone, zrobione własną ręką. Na początku to były laurki (to takie modne było wtedy!) wyklejane zdjęciami z kolorowych gazet (wcale nie było łatwo je zdobyć), pisałam życzenia, takie od siebie, z serca, chciałam, żeby były inne niż robili to standartowo wszyscy inni. Później, kiedy byłam starsza, wymyślałam prezenty takie jak obrazki namalowane własnoręcznie, „książeczki” poezji (nie, wierszy nie pisałam!) ale szukałam takich, które oddawałyby specjalne myśli na taką okazję, dopasowywałam ilustracje. Każdego roku starałam się wymyślić coś innego. Nie pamiętam kiedy przestałam. Może w którymś momencie wstydziłam się już swoich „dziecinnych” pomysłów, może później już miałam jakieś swoje pieniążki i mogłam jej kupić już prezent..
Wiem, że długo przechowywała te moje wypociny artystyczne, kiedyś po latach, kiedy już byłam mężatką, znalazłam w szafce taką laurkę (zdaje się, że była z okazji Dnia Matki) i byłam bardzo wzruszona.. Nie wiedziałam, że gdzieś taki papier przetrwał aż tyle lat. Nie było „w modzie” przechowywanie takich dziecięcych pamiątek.
A kiedy myślę o sobie dziś, to wydaje mi się, że takie „potrzeby” nie uciekają z nas całkowicie. Często i dziś lubię zrobić coś dla moich bliskich, co nie jest zwykłą choćby najpiękniejszą kartką ze sklepu. Lubię napisać coś od siebie, lubię, zaskoczyć moich przyjaciół nietuzinkowym prezentem. Choć te nie mają wartości „złota czy diamentów” – dla mnie to jest wewnętrzna potrzeba i ogromna przyjemność pomysłu, samego tworzenia, przygotowywania czegoś dla bliskiej osoby. Gdybym spisywała takie moje pomysły i życiowe inicjatywy, to dziś miałabym już długą listę dla moich wnuków czy takich wariatów jak ja.
Muszę być jednak uczciwa – nie pamiętam takich pomysłów i ich realizacji na imieniny Taty czy jego inne święta. Choć także celebrowaliśmy je rodzinnie. Może uważałam, że mężczyznom nie wypada, że to za bardzo.. sentymentalne? Nie wiem. Ale wiem, że 1-go września, w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, wieczorem, zazwyczaj w piękny ciepły jeszcze letni wieczór, rodzinka spotykała się na imieniny Bronisława – i stół był zastawiony nie mniej bogato, niż w zimowy, jeszcze nie wiosenny wieczór, 2-go marca.
Oczywiście, nie mam zachowanych żadnych pamiątek „prezentowych” z czasów młodości, wszystko to było ulotne i pozostało w mojej i może jeszcze czyjejś pamięci. Ale mam kilka zdjęć moich fanaberii ostatnich lat i te mogę wam tutaj pokazać. Smieszne? Dziecinne? Ale ja to lubię! To mnie przede wszystkim sprawia radochę, kiedy osobistego coś wymyślam i robię i dedykuję dla ważnej dla mnie osoby. Cóż – każdy ma „swojego mola” – jak mawia jedna z moich przyjaciółek 🙂
