2/20/2021
Trafiłam do Liceum Medycznego w fajnym momencie, gdy grono nauczycielskie było bardzo młode, zgrane i dość szybko zaprzyjaźniliśmy się. Szkoła była dość specyficzna, bo oprócz nauczycieli uczących regularnych przedmiotów ogólnokształcących wielu nauczycieli uczyło przedmiotów zawodowych pielęgniarskich. Mieliśmy także lekarzy, którzy przychodzili do nas uczyć przedmiotów klinicznych. Tak więc nie byliśmy typowym szkolnym gronem pedagogicznym. Także system nauczania był inny niż w przeciętnej szkole średniej, bo oprócz regularnego programu licealnego uczennice (bo 98 procent uczniów stanowiły dziewczyny) miały wiele zajęć teoretycznych pielęgniarskich a także praktyczne zajęcia w szpitalach, żłobkach i przychodniach.
Jako młode grono nauczycielskie od początku mieliśmy mnóstwo pomysłów i inicjatyw „specjalnych”. Niestety, czasy były trudne, kontrolowane, dyrektorzy patrzyli nam na ręce, trzeba było robić dziesiątki uników, kamuflaży, żeby zrealizować nasze pomysły. Ale też bawiło nas to, że można podejmować ryzyko, że coś się udaje, więc brnęliśmy tworząc swój mały „ładniejszy” świat..
I tak zaczęły się rodzić moje pierwsze malutkie przedstawienia – szkolne kabarety. Jak wiadomo, w tamtych czasach, z każdej „ważnej” okazji musiała w szkole „odbyć” się akademia albo przynajmniej uroczysty apel. Każdy dyrektor musiał wykazać się, że nie był bezczynny i odpowiednio uroczyście potraktował dane święto.
To była zmora nie tylko dyrektorów dla także nauczycieli, którzy zazwyczaj na siłę byli po kolei wyznaczani do tych specjalnych zadań. A najczęściej – poloniści. Wszyscy inni nauczyciele uważali, że w ogóle tylko poloniści powinni być odpowiedzialni za takie „artystyczne” działania, my zaś uważaliśmy, że niekoniecznie..
W każdym razie – gdzieś w którymś momencie zrodził się taki pomysł.. Jeśli dobrze pamiętam, było to w drugim roku mojej pracy, byłam bardzo młoda i miałam świetny kontakt z moimi uczennicami. Zresztą zawsze miałam i zawsze uwielbiałam uczyć. Może to brzmi dziwnie ale ja naprawdę kochałam mój zawód i moją pracę. Moją pierwszą dyrektorką, była kobieta również młoda, bardzo elegancka, która od początku bardzo mi imponowała. Wiem, że musiała być uzależniona od układów politycznych jak każdy ówczesny dyrektor, ale też czuło się pewną „niezależność” i rodzaj porozumienia z gronem nauczycielskim. Nie wiem, jak inni nauczyciele zapamiętali ją, ale moje wspomnienie o dyrektor G. jest bardzo ciepłe. Niestety – dość szybko odeszła od nas i pojawili się dyrektorzy – już tacy jakich było w tym czasie i w każdej szkole i w każdej innej instytucji tysiące – karierowicze, komuniści, zaprzedani systemowi, służalczy i mało-ludzcy.. Może ktoś powie,że to niesprawiedliwe, co mówię. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy byli tacy sami, że nie wszyscy byli źli i jednakowo niedobrzy. A jednak – zachować balans w tamtych czasach było niezwykle trudno. Nie mnie oceniać ich wszystkich. Mogę tylko wspomnieć tu, że dwóch dyrektorów Liceum Medycznego czasami śni mi się w bardzo ponurych snach..
Wracając do namiastki mojego pierwszego kabaretu szkolnego.. Zbliżał się 1 Maja, bardzo ważne Święto dla polskiego państwa socjalistycznego. Akademia w szkole musi być! No i padło na mnie!. Myślałam, myślałam, szukałam, szukałam – aż wymyśliłam coś nietypowego. Wiedziałam, że mój plan jest ryzykowny. Ale dziewczynom spodobał się i zabrałyśmy się do roboty. Część pierwsza, nie pamiętam już jak dluga, ale pewnie może 20-25 minut to oczywiście jakaś wiązanka wierszy czy piosenek robotniczo-socjalistyczno-patetyczno-wzruszjacych.. Wiedziałam, że wszyscy będą niemal spać z nudów, ale też muszą to przetrwać, bo taka jest potrzeba i jesteśmy wszyscy do tego przyzwyczajeni.
Zaraz potem – na scenę… wyszła uczennica i jak prawdziwa spikierka ówczesnej TV zapowiedziała, że za chwilę przeniesiemy się do Warszawy, gdzie właśnie trwa obudowa zrujnowanej powojennej stolicy itd..
I tu – na scenę wyskoczyli ” robotnicy” w kufajkach (pamiętacie takie części garderoby robotników?), z wąsami, z czapkami i w kaloszach, a także pan majster i pan dyrektor i zaczął się prawdziwy KABARET na budowie socjalistycznej. Słowo daję, że dziś już nie pamiętam skąd wyciągnęłam te teksty! Nie, nie były nielegalne. Ale na pewno nie były dostępne w żadnym podręczniku szkolnym. Pamiętam, że testy były doskonałe – wartkie, dosadne, dwuznaczne, niesłychanie dowcipne, zagrane przez dziewczyny świetnie, bo ćwiczyłyśmy to dość szybko, ale za to z wielkim zapałem bawiąc się przy tym doskonale. Cała scenka nie trwała dłużej niż pół godziny, a te pół godziny było wulkanem śmiechu w całej szkole. I było czymś, czego normalnie na akademii 1-szo majowej NIE było nigdy. NIE było nigdy na żadnej akademii.
Kiedy już opadły emocje, aktorki zebrały ogrom oklasków, a ja gratulacje – wiedziałam, że zaraz przyjdzie czas na rozliczenie się za mój pierwszy kabaretowy występ. Pani dyrektor wezwała mnie na rozmowę, nie była to rozmowa z cyklu przyjemnych, ale – nie trwała za długo, nie była najgorszym kazaniem, jakie w życiu słyszałam.. na koniec pośmiałyśmy się razem wspominając niektóre powiedzonka i jakoś rozeszło się „po kościach”.
Od tego czasu poczułam, że choć nikt głośno tego nie powiedział – mam zielone światło i jak mam ochotę, to mogę próbować swoich sił jako „reżyser”.
No – i tak to się zaczęło..