„Duch – wieczny rewolucjonista”

2/‎26/‎2021
Każdy człowiek wie doskonale, że geny są elementem, który przekazują nam rodzice i wcześniejsi przodkowie, czy tego chcemy czy nie. Nie mamy na to wpływu. Są różne teorie na temat charakteru człowieka – do mnie najsilniej przemawia teoria: „Tabula rasa” (czysta tablica) – człowiek rodzi się czysty jak pusta niezapisana tablica.. Ale – tak jest tylko na początku. Wszystko co dzieje się z nami potem, od pierwszego dnia po urodzeniu zapisuje się na tablicy życia i jest już doświadczeniem kontaktów, uczuć, wrażeń. I tak już przez całe nasze życie. Aż do momentu odejścia.
Pierwszy kontakt z matką, pierwsze spojrzenie, ciepło jej ciała to już nasze doświadczenie. Dobre doświadczenie. Potem są słowa, sytuacje, w których dokonamy własnych wyborów, nauczymy się samodzielnie myśleć, nauczymy się uczuć, które w dniu pojawienia na świecie nie są nam przecież znane. Wchodzimy w interakcje, układy, sytuacje, dokonujemy przemyśleń, wyborów, uczymy się słów i uśmiechów, złości i współczucia… Naszym najmniejszym i pierwszym światem doświadczalnym jest rodzina. Jeśli wszystko układa się szczęśliwie i prawidłowo – mamy rodzinę i szansę na zapisanie naszej tablicy krok po kroku właściwymi elementami emocji, myśli i doświadczeń. Hmm.. ale to nie takie proste!
Każdy z nas miał inny dom. Innych rodziców. I w dorosłym życiu nasza „pusta tablica” ma różne zapisy. Są takie, które bardzo chcemy odciąć od siebie i nie powtarzać tych samych błędów w naszym dorosłym życiu. Często jednak łapiemy się na tym, że jesteśmy tacy sami jak nasi rodzice.. że tak naprawdę mimo, że byliśmy świadomi ich błędnych decyzji, nie potrafimy dziś postąpić inaczej. Geny? Siła nauczenia się czegoś, co jest silniejsze od rozumu, logiki? Więzy krwi, które są silniejsze, niż nasz własny rozum??
Kiedy byłam młoda, często nie podobały mi się reakcje mamy czy taty, byłam pewna, że ja NIGDY tak nie będę robiła! a dziś – z uczciwym spojrzeniem do lustra muszę przyznać, że popełniam te same błędy. Może nawet nie są to wielkie błędy, ale te same reakcje, które dziś nie podobają się moim dzieciom.
Kiedy patrzę na mojego męża, widzę niemal kopię mojego teścia. Nie tylko fizyczną, ale jego odezwania się, reakcje, ruchy są po prostu żywą kopią. A jednak – jest to INNY człowiek..
Wszystko to piszę po to, by powiedzieć, jak bardzo dziś rozumiem ważność domu, rodziny. Jak wielką istotną rolę pełni dom i rodzina w kształtowaniu nas na przyszłość. Wiele elementów naszego przyszłego życia możemy nauczyć się sami, sami wypracować własne cechy, ale nie oderwiemy się od tego co daje nam dom, rodzina, najbliżsi. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo zaprzeczali samym sobie, uciekali od kręgu, w którym pojawiliśmy się na świecie, pewne cechy są w nas. I pozostaną na zawsze. I tylko od nas zależy jak je wykorzystamy, jak będziemy je pielęgnować w sobie. Nie ma ludzi tylko dobrych i tylko złych. Wszyscy jesteśmy różni – skomplikowani, zmienni, wrażliwi. I ciągle się zmieniamy, rozwijamy. Mamy dni trudne i łatwiejsze.
Kiedy patrzymy na siebie wydaje nam się, że potrafimy się ocenić. Dużo trudniej jest zrozumieć własnych rodziców czy swoje nastoletnie dzieci albo nawet dorosłe już. Z wiekiem nasze oceny zmieniają się. Doświadczenie uczy w życiu bardzo wiele, zmienia się nasz temperament, wytrzymałość, Jakże często słuchamy planów naszych dzieci, które brzmią jakby one były pewne, że zawsze będą mieć 20 lat.. a przecież nie możemy ostudzić ich zapałów, ich wspaniałych marzeń, ich nawet najbardziej niedorzecznych, niewiarygodnych planów, bo one nie mogą zdawać sobie sprawy, że za 30 lat nie będą mieć tyle siły fizycznej co w tym momencie, że będą mieć inne preferencje, że wydarzy się wiele rzeczy, które przemieści ich kolejność spraw ważnych i mniej ważnych niż mają dzisiaj.
My to wiemy, młodsi nie. Nasi rodzice wiedzieli, my nie, a przecież też spieraliśmy się z nimi i uważaliśmy, że wiemy lepiej i „po swojemu”.
Tak jest zbudowany świat. Tak ciągnie się nieustanny pochód pokoleń.
Jak to kiedyś powiedział nasz wieszcz J. Słowacki: „Duch – wieczny rewolucjonista”. I z pewnością nie miał na myśli żadnego rewolucjonisty/komunisty 🙂
Mój dom dzieciństwa był bardzo zwyczajny.
Tata – przeciętny inżynier, nerwus, raptus. Ale dbający o rodzinę. Trochę po swojemu, czego ja za bardzo w dzieciństwie czy młodości nie rozumiałam i nie dostrzegałam. Właściwie tak naprawdę zaczęłam mieć dobre porozumienie z moim ojcem, kiedy opuściłam dom, wyszłam za mąż i urodziły się moje dzieci. Wtedy dopiero zobaczyłam jak bardzo mój tata kocha rodzinę. Jak bardzo kocha… wnuki. Nas – dzieci kochał tak, jak w tamtych czasach kochało się dzieci: bez zbędnych słów, bez okazywania uczuć, bez ciepłych gestów. Byliśmy rodziną, mieliśmy wspólne obiady czy kolacje, czasem wakacje, swięta. Nie rozmawialiśmy na tematy ważne, nie dyskutowaliśmy o nurtujących nas problemach. Czasem jakiś wspólny film w telewizji, spacer po plantach.
Mało, za mało.. Dopiero kiedy moje dzieci zaczęły jeździć z dziadkami na wakacje, okazało się że mój tata potrafi chodzić z nimi na spacery, uczyć ich tabliczki mnożenia, pływania w jeziorze. Dawał im to, czego nie potrafił dać nam, swoim dzieciom. Nie potrafił, bo takie były czasy. Ojcowie zarabiali pieniądze, dbali o rodzinę ale bawić się, żartować z dziećmi nie bardzo potrafili..
Mama była prostą dobrą kobietą. Przez pierwszych kilkanascie lat małżeństwa nie pracowała, zajmowała się domem i wychowywaniem mnie i mojego młodszego brata. Byłam chyba w drugiej klasie, kiedy mama zaczęła pracować. Chciała po prostu dołożyć trochę pieniędzy do rodzinnego budżetu i zgłosiła się do sprzątania biur ale tak jakoś szybko „wylądowała” w biurze księgowości i została księgową na wiele wiele lat, aż do swojej emerytury. Miała trochę doświadczenia, była bystra, a przede wszystkim miła, uczynna i wszędzie, gdzie się pojawiała, bardzo lubiana.
Lubiły ją wszystkie sąsiadki, koleżanki, panowie w pracy, wszystkie siostry (a rodzina byla naprawde duża!!). Uwielbiały ja moje koleżanki i koledzy, od pierwszego spotkania polubił ją mój przyszły mąż. Myślę, że to właśnie było jej największą zaletą życiową – mimo niełatwego życia, niesłychany optymizm i uśmiech dla każdego, zawsze i wszędzie.
Dziś myślę, że dała nam wszystkim o wiele więcej niż od nas otrzymała. Karmiła nas dobrociami, piekła najlepsze pączki na świecie, jej sernik był zawsze znakomity. Szyła ubranka dla lalek mojej córki (nie, nie można było kupić gotowych w sklepach). Kleiła, dekorowała kostiumy na przedstawienia do przedszkola dla swoich wnuków, kiedy przyjeżdżała do nas, już do Ameryki, z zachwytem opowiadała o dzieciach mojego brata, gdy wracała do Polski i przyjeżdżała do nich, wspominała nieustająco o nas i o naszych dzieciach. Chciała, by mimo, iż byliśmy już wtedy osobno i daleko od siebie – rodzina miała poczucie bliskości i wspólnoty.
I choć chyba wtedy tego nie czuliśmy – dziś, kiedy nasze dzieci są dorosłe i mają własne dzieci, myślę, że duch babci Helenki wciąż jest wśród nas obecny i to właśnie ona scaliła nas mocno niewidzialnym węzłem.

Zdjęcie Taty zrobione w dniu naszego ślubu cywilnego, w maju 1974 roku
Jedno z niewielu zdjęć z Mamą z mojego dzieciństwa. Mama zawsze uśmiechnięta, ja jakaś naburmuszona 🙂 🙂

BACK

Dodaj komentarz